Rozenek: Pamięci Melchiora Wańkowicza

Melchior Wańkowicz polski pisarz, uznany za mistrza polskiego reportażu, jego książka “Bitwa o Monte Cassino” jest właściwie całym reportażem z pola walki.  Beletrystyka zajmuje wiele miejsca w jego twórczości.   Bardzo znane i sfilmowane “Westerplatte”, tak samo “Hubalczycy” na podstawie której to książki powstał film “Hubal”.

Teraz właśnie 10 września minęło 46 lat od śmierci Wańkowicza, zmarł w 1974 roku.   Za klika lat będzie  okrągła rocznica 50 lecie jego śmierci, warto więc trochę przypomnieć sobie o twórczości tego pisarza i reportażysty.

Zwłaszcza, że Wańkowicz, mimo iż był wartościowym pisarzem jakoś omijały go nagrody czy wyróżnienia za jego twórczość. Właściwie oprócz kilku odznaczeń nie otrzymał żadnej wartościowej nagrody za swoje pisanie. Pomijając oczywiście konkursy na hasło reklamowe dla linii lotniczych “Lot”, to Wańkowicz wymyślił  “Lotem bliżej”, czy inne hasło “Cukier krzepi” – to też Wańkowicz.

Warto wracać do jego twórczości, bo pisze ciekawym językiem, a ja osobiście mogłem sobie przypomnieć zwroty i wyrażenia, które już nie funkcjonują w mowie polskiej, albo bardzo rzadko. Na przykład:  widocznie – prawdopodobnie, widać tak było – pewnie tak było, pono – podobno, dziewcak – dziewczyna, psianknom – piękną, ostawiam – zostawiam, nie wiada – nie wiadomo, scubeł – szczupak,  kiźlaki – źrebaki, wleźlim – weszliśmy,  sobzie – sobie, Zizło – Wisłą,  scepki – zaszczepione drzewa, uzijajta się – spieszcie się (uwijajcie się) i wiele innych.

Jakoś rządzącym w Polsce Ludowej nie pasowały książki – reportaże o polskim sukcesie gospodarczym lat międzywojennych. Bo rzeczywiście od odzyskania niepodległości 1918 roku, gdzie zaborcy opuszczając Polskę rozkradli właściwie wszystko. Potem był rok 1920 i wielkie zniszczenia, straty w ludziach i straty materialne, czego Armia Czerwona nie rozkradła to zniszczyła.

Potem odbudowa, ale  po roku 1920 zaczynał się uwidaczniać coraz większy dystans między wschodem a zachodem Polski.  Zaczął uwidaczniać się pusty środek Polski, zaczęto myśleć jak to zapełnić, scalić. Wschód, żeby połączyć z zachodem, trwało to trochę, ale w 1936 roku podjęto wysiłek budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Budowy wielkiego przemysłu w zupełnie szczerym polu, albo inaczej w środku gęstego lasu. Minister skarbu oraz jednocześnie wiceminister do spraw ekonomicznych Eugeniusz Kwiatkowski podjął tę śmiałą decyzję by wyjść naprzeciw kryzysowi ekonomicznemu i wielkiemu bezrobociu.  W szczerym polu a więc od zera, żadnej infrastruktury, nic.

Jak już wspomniałem, tam gdzie coś było, zaborcy zabrali,  wszystko. Jak Wańkowicz pisze w “Sztafecie”, zostały tylko szkielety fabryk a cały sprzęt ruchomy zabrali ze sobą. Rozkręcono nawet szyny kolejowe i część też wywieziono.

“Sztafeta” ukazała się w 1939  roku i była tak popularna, że po miesiącu od pierwszego wydania, wydano drugie i  czytali ją nawet… analfabeci a to dlatego, że było tam wiele zdjęć, bardzo wymownych, które nie wymagały opisu, potem, po wojnie już jej nie wznowiono z przyczyn jak już mówiłem, nie pasował ten sukces władzy ludowej. Dopiero w 2000 roku powstał reprint z roku 1939.  To samo książka o Centralnym Okręgu Przemysłowym “C..O..P – ognisko siły”.

Następna książka, na którą warto zwrócić uwagę i którą bardzo polecam, powiedziałbym więcej, kto się czuje Polakiem patriotą powinien przeczytać koniecznie  “Na tropach smętka” .

Książka była tak popularna, że od 1936 roku do 1939 wznowiono ją 6 razy. Powstała jako reportaż z podróży kajakiem po ziemi mazurskiej na pograniczu Polski i Prus z przekraczaniem granicy.  Płynąc rzeką Krutynią ze swą młodszą córką Martą zbierał informacje o stosunkach polsko – niemieckich. Głównie jak Niemcy dążyli do germanizacji mieszkających tam Polaków z użyciem siły włącznie. Można tam się dowiedzieć, dlaczego Polska w 1920 roku przegrała plebiscyt o ziemie, które zajmowały teraz Prusy.

Mógł śmiało się poruszać po tych wodach ponieważ miał przyjaciela pisarza Niemca i w niepewnych sytuacjach powoływał się na niego. Obecność córki Wańkowicza też miała tam znaczenie jako pewien kamuflaż. Wańkowicz w swoim stylu nie trzyma sztywno czytelnika w jakichś regułach, lecz w poważnych sytuacjach potrafi wejść z humorem. Płynąc kajakiem, w pewnym momencie oznajmia córce, że “przepływamy teraz przez pupę”. zdziwionej córce wyjaśnia, że teraz mijamy miejscowość Pupa.

Za tę książkę Niemcy, gdy zajęli Polskę w 1939 usilnie chcieli schwytać  Wańkowicza, lecz on już był w Rumunii, wiedząc o tym, że jeszcze przed wojną odgrażano mu się za jej opublikowanie.

Długo by tak pisać, ale przypomnę jeszcze tylko parę tytułów:   “Ziele na kraterze” – poświęcona jego córkom, szczególnie córce Krysi, która zginęła w Powstaniu Warszawskim a jej ciała nigdy nie odnaleziono, chociaż poczyniono wielkie starania ku temu. Używa w tej książce wiele zwrotów, które wymieniłem wyżej, a które już nie wszędzie funkcjonują. Tutaj ma też wyrzuty, że nie wziął wtedy na spływ kajakowy zaginionej Krysi.

“Tędy i owędy”- bardzo wartościowa książka, gawędziarska, zahacza o okres międzywojenny i PRL, napisana z humorem, ale i pełna refleksji.

Następnie książki z wojaży zagranicznych a był też w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych  “Przez cztery klimaty”.

Wspomnę jeszcze o książce “Od Stołpców po Kair” i jest tam taki fragment, gdzie Wańkowicz zwiedza mauzoleum Hindenburga pod Tannenbergiem, dzisiejszy Grunwald.

Niemcy chcieli zatrzeć pamięć po przegranej bitwie z Polską  pod Grunwaldem w 1410 roku i pobudowali mauzoleum na upamiętnienie wielkiej wygranej feldmarszałka  Hindenburga nad Armią Imperium Rosyjskiego dowodzoną przez generała Samsonowa, który po przegranej popełnił samobójstwo.

Gdyby losy drugiej wojny światowej potoczyłyby się inaczej i Niemcy by wygrały, do tej pory już nikt by nie wiedział, że Polska wygrała z Zakonem Krzyżackim pod Grunwaldem, tylko Cesarstwo Niemieckie z Imperium Rosyjskim.

Mauzoleum ze spiżu, granitu i szkła, gdzie była zainstalowana makieta z planem sytuacyjnym starcia dwóch wrogich armii. Wycieczki mogły oglądać jak lampki czerwone sygnalizujące żołnierzy rosyjskich gasły, aż do ostatniego żołnierza.   Zginęło tam 30 tys żołnierzy rosyjskich i 90 tys. wzięto  do niewoli a niewiele ponad 10 tys. zginęło niemieckich.   Wańkowicz oglądając to mauzoleum w pewnym momencie zamknął oczy i ukazała mu się zamiast tego kupa gruzów zarośniętych chwastami.   Gdy po wojnie w 1958 roku powrócił do Polski został rzeczywiście taki sam widok, jak wtedy przed wojną, gdy….. na chwilę przymknął oczy.

Mauzoleum Niemcy wysadzili w styczniu 1945 roku w obawie, że Sowieci zbezczeszczą to ich święte miejsce. Zabrali Prezydenta Hindenburga jego żonę i jeszcze innych bezimiennych żołnierzy i wysadzili na rozkaz gen. Reinefartha, tego samego co pacyfikował Powstanie Warszawskie, a później po wojnie był długoletnim burmistrzem w zachodnich Niemczech. Nigdy nie odpowiedział za zbrodnie z czasów  Powstania Warszawskiego.

Wańkowicz próbował wydawać swoje książki za granicą w Ameryce, ale nie zawsze, ze względu  na jego język były łatwe do przetłumaczenia, a już przetłumaczone nie spełniały tego co w założeniu właśnie na język którym się posługiwał Wańkowicz.

Podobnie miał z tłumaczeniem Trylogii Sienkiewicza Wiesław, Stanisław Kuniczak, urodzony w przedwojennym Lwowie,  który tworzył w Ameryce, znany z powieści historycznych. Np. ”Dzień tysiąca godzin”. Mieszkał w Ameryce, pisał w jęz. angielskim, przetłumaczył na angielski całą Trylogię Sienkiewicza i pisał jakie miał trudności ze staropolskim językiem, który zastosował w swoich powieściach Sienkiewicz.

Przetłumaczoną przez Kuniczaka na angielski trylogię Sienkiewicza  po przeczytaniu podarowałem znajomej z Kanady.

Na koniec wspomnę o ostatniej pozycji Wańkowicza, a jest to “Karafka La Fontaine’a”, zwana przez niektórych “biblią dziennikarstwa”, ponieważ zawiera wiele szczegółów przydatnych w sztuce dziennikarskiej.  Dwa tomy, drugi wydany już po jego śmierci w 1981 roku i tutaj też Wańkowicz co jakiś czas wplata pewną dozę humoru, tak, że mimo, że niektóre zagadnienia filozoficzne i czysto z warsztatu dziennikarskiego to czyta się lekko i chętnie, nie nuży.

Może słów parę co wpłynęło na moje zainteresowanie Wańkowiczem. Otóż będąc na targach książki w Warszawie lat paręnaście już temu, spotkałem  tam pisarkę Aleksandrę Ziółkowską z jej książkami, która jak się okazało, była przez dwa lata sekretarką Wańkowicza, aż do jego śmierci.  Ona napisała książkę o Wańkowiczu  – “Blisko Wańkowicza” i tam pierwszy rozdział tej książki to “Nadliwie” a Nadliwie to mała miejscowość wypoczynkowa w widłach rzek Bugu i Liwca, może tak nie zupełnie w widłach, ale blisko Wyszkowa ok 3 km, znajome strony.  Dosyć ciekawie opisane zachowanie Wańkowicza, z humorem, zainteresowało. Przyznam, że wtedy bardzo mało wiedziałem o Wańkowiczu, w szkole był przemilczany. Było kilka programów w telewizji, jeden nawet, jak ktoś pamięta (starsze pokolenie) z Ireną Dziedzic w Tele Echu.

Na jego szerszym rozpowszechnieniu pisarstwa zaciążyło podejrzenie o współpracę z Radiem Wolna Europa i podpisanie tzw. Listu 34 (34 intelektualistów podpisało list o cenzurze, braku papieru do publikacji itp.) i skazanie na 3 lata bezwarunkowego więzienia, który potem anulowano, mimo, że Wańkowicz już wtedy 72-letni sam zgłosił się do odbycia kary, to nie chciano, go przyjąć. Pewnie obawiając się protestów.  Krąży anegdota, a może to prawda, że stawił się do więzienia ze szczoteczką do zębów i szlafrokiem.

Potem został zrehabilitowany, ale może te jego kary były powodem braku wyróżnień i nagród.

Po przybyciu z Ameryki prawie cały czas mieszkał na Puławskiej, dopiero na rok przed śmiercią wybudowano mu z pomocą państwa domek na Studenckiej, też na Mokotowie w Warszawie.

Wańkowicz postać ciekawa, ciekawe jego pisanie warte zainteresowania, odkrycia na nowo.

Ja pamiętam, będąc w Kanadzie mieszkałem u Państwa Kozłowskich, Pan Jacek, znany, bo rozlicza tax i ma wielu klientów, miał w swoim zbiorze wiele książek Wańkowicza, których z braku czasu niewiele przeczytał, ja w tym czasie już, oprócz  bajek dla dzieci, które jeszcze w czasach zaboru rosyjskiego Wańkowicz napisał, przeczytałam większość.  Zmobilizowałem pana Jacka streszczając niektóre z nich, ale nie do końca i pan Jacek ambitnie kończył i mieliśmy o czym przez długie zimowe wieczory dyskutować.

Sumując, twórczość Wańkowicza potrafi zainteresować i wciągnąć, bo nie jest nudna, dużo tam humoru, a w “Karafce La Fontaine’a”  same mądrości, to jakby podsumowanie pracy pisarza.

Mam nadzieję, że choć trochę Państwa zainteresowałem tym bardzo ciekawym i nietuzinkowym pisarzem, teraz jednak jakby trochę zapomnianym, który stawił czoła władzom komunistycznym.  Nie bacząc na to, że jego utwory są cenzurowane, wiele rzeczy, tak jak o Katyniu, czy o Wołyniu zostało usuwanych.   Z trzytomowej  “Bitwy o Monte Cassino” usunięto prawie cały pierwszy tom, tak był niewygodny,  ale tym się nie zrażał i pisał do końca.  I chwała mu za to.

Dla wielu do dziś pozostał mistrzem reportażu.

Jerzy Rozenek