Jedną z najbardziej charakterystycznych cech Polskiej Szkoły Filmowej (1956-1963) – tego bodaj najwspanialszego wykwitu talentów naszego kina, był rozrachunek z latami wojny. Zrywano z tradycją tzw. bohaterszczyzny czyli pokazywania wojny przez pryzmat wielkich czynów, wielkiej odwagi, które czyniły z wojny swoistą scenę na której można było pokazać się, zaistnieć bez względu na to kim się było. Tymczasem wojna jaką opisywali w swoich filmach m.in. Munk, Wajda czy Has była zwykłym szaleństwem, ogromnym cierpieniem milionów ludzi, a jej bohaterowie byli często kreowani przez przypadek, łut szczęścia, niekiedy wbrew własnej woli.

W tym nurcie znalazł się także Kazimierz Kutz debiutując w 1958 roku filmem „Krzyż Walecznych”.

Pomysłem na ten film stały się opowiadania Józefa Hena (nadal żyjący nestor naszej literatury, specjalizujący się także w pisaniu scenariuszy filmowych). Trzy zupełnie różne wątki stały się kanwą trzech różnych nowel filmowych przy czym miały one wszystkie ten sam wspólny mianownik: wojnę albo raczej spustoszenia jakie czyni ona w ludzkiej psychice.

Tytułowy Krzyż Walecznych (odznaczenie wojskowe ustanowione w 1920 roku przyznawane żołnierzom za czyny męstwa i odwagi wykazanych w boju) pojawia się tylko w pierwszej noweli za sprawą szeregowego Franka Sochy (Jerzy Turek) uznawanego do tej pory za wiejskiego fajtłapę, który nieoczekiwanie likwiduje gniazdo karabinów maszynowych za co otrzymuje Krzyż, awans na kaprala i kilka dni urlopu. Potyczka z Niemcami rozgrywa się w okolicach jego rodzinnego domu więc uradowany Franek ma zamiar wszystkim pokazać, że nie jest już fajtłapą. Niestety los chce jednak inaczej.

Innym aspektem wynaturzeń wojny zajmuje się druga nowela zatytułowana „Pies”. Każdy z nas, a w każdym razie większość z nas nosi w sobie sympatię dla czworonogów i pewnie nie jest tego w stanie zmienić nawet wojna. Saper Sypniewski (Andrzej May) przygarnia psa przybłędę pomimo podejrzeń (uzasadnionych zresztą), że to wilczur esesmanów. Frontowi towarzysze Sypniewskiego są przekonani, że psa trzeba wobec tego zabić. Z moralnego punktu widzenia wrogów należy unicestwiać, ale czy Bogu ducha winien pies jest właśnie takim wrogiem? Oto dylemat zatwardziałych przecież w boju żołnierzy.

Trzecia, najdłuższa nowela nosi tytuł „Wdowa” i w rzeczy samej traktuje o wdowie po bohaterskim oficerze. Nie bardzo wiemy czym zasłużył się kapitan Joczys, ale mieszkańcy miasteczka na Ziemiach Odzyskanych wielbią jego imię. Większość z nich to byli żołnierze kapitana dla których wdowa (Grażyna Staniszewska) to jakby uosobienie bohaterskiego dowódcy. Oddawanie czci to jedna sprawa, ale w zamian idą też pewne oczekiwania, a tych wobec wdowy jest co niemiara. Tymczasem kapitanowa Joczys jest młodą kobietą, która najchętniej zapomniałaby o strasznej wojnie. Umożliwia jej to poznanie przystojnego zootechnika (Zbigniew Cybulski) ku rozpaczy zgorszonych mieszkańców. Czy kult bohaterstwa okaże się silnieszy od potrzeby normalnego życia?

Debiut Kutza zwiastował ogromną skalę talentu reżysera. On sam potwierdził go zresztą wielokrotnie m.in. takimi obrazami jak: „Nikt nie woła”, „Ludzie z pociągu”, „Skok”, „Pułkownik Kwiatkowski”. Największą jednak sławę przyniosły mu filmy o Śląsku. Nikt nigdy nie znał lepiej atmosfery tego regionu. Kazimierz Kutz wychował się na Górnym Śląsku, mieszkał wśród Ślązaków, był ogromnie przywiązany do śląskich tradycji i łatwiej mu było tworzyć autentyczne i pełne realizmu portrety tej regionalnej zbiorowości. Do historii polskiego kina przeszedł jego śląski tryptyk: „Sól ziemi czarnej” (1969), „Perła w koronie” (1971), „Paciorki jednego różańca” (1979). Nie pozostawił też bez komentarza tragedii górników kopalni Wujek spacyfikowanych podczas stanu wojennego („Śmierć jak kromka chleba”). Kutzowi nigdy nie było po drodze z reżimem PRL-u, a „Krzyż Walecznych” był zaledwie preludium do jego niepokornej twórczości. Naprawdę warto ją poznać.

Janusz Pietrus
Link:
https://www.cda.pl/video/51001987c