W naszym nieszczęśliwym kraju marzec obfituje w rocznice, no i oczywiście – święta. To znaczy – jedno święto, którego ja akurat nie obchodzę, bo zostało ustanowione po rewolucji francuskiej, a nie jest ani świętem kościelnym, ani narodowym, ani państwowym.

Mówię  oczywiście o idiotycznym święcie pod nazwą “miedzynarodowy dzień kobiet” – jakby kobiety nie miały innych dni do swojej dyspozycji. Ponieważ jednak nad kobietami intensywnie pracują promotorzy komunistycznej rewolucji, wmawiając im, że są oprymowane przez “męskie szowinistyczne świnie”, a z tej opresji wybawią je rewolucjoniści – oczywiście nie za darmo, tylko za rewanż w postaci “wyzwolenia” z majtek na każde skinienie – no i te których uda im się w ten sposób oduraczyć, stają się “feministkami”.

Myślą, że w ten sposób lokują się w awangardzie nieubłaganego postępu, podczas gdy tak naprawdę używane w charakterze “mięsa armatniego” przez rewolucjonistów, którzy oczywiście nie chcą płacić za przyjemności, toteż wypychają feministki na ulicę, żeby walczyły o radosny przywilej aborcji na żądanie.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Tymczasem pierwszego marca przypada Dzień Żołnierzy Wyklętych, czyli tych, którzy w skrajnie niekorzystnych okolicznościach usiłowali dochować wierności Rzeczypospolitej Niepodległej, sprzeciwiając się zbrojnie sowieckim okupantom, podobnie jak wcześniej – niemieckim – i tępiąc kolaborantów.

Było to najtragiczniejsze pokolenie Polaków, tragiczniejsze, niż ofiary powstań w okresie zaborów, bo tamci mogli emigrować, podczas gdy ci, zostali przez sowieckiego okupanta przeznaczeni wyłącznie do eksterminacji, bezlitośnie przeprowadzonej  przez Sowietów, ich tubylczych kolaborantów z polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, czyli kryminalistów tworzących aparat “władzy ludowej”, no i oczywiście Żydów, którzy stanowili najtwardsze jądro komunistycznego aparatu terroru.

Toteż Żołnierzy Wyklętych Polacy otaczają życzliwą pamięcią i miłością, wdzięczni za poczucie miary. Podnieśli oni bowiem poprzeczkę patriotyzmu  na poziom tak wysoki, że trzeba bardzo się starać, by się  do tego poziomu zbliżyć.

Oczywiście z tej samej przyczyny hołota rekrutująca się z polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej zieje do nich nienawiścią, bo każde życzliwe o nich wspomnienie jest jak splunięcie im w mordę, toteż próbują chować się za murem pogardy i złorzeczenia – jak to tradycyjnie robi Wielce Czcigodna Joanna Senyszyn, która i w tym roku wydała z siebie żabi skrzek, że “bandyci”… – i tak dalej.

Jakieś humerzęta  i fejginięta zawiesiły na skrzyżowaniu tabliczkę, że to ulica “ofiar Żołnierzy Wyklętych”. Ofiar – czyli kogo? Ano – PPR-owców, ubowców, konfidentów – czyli  przedstawicieli polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej z którą historyczny naród polski od 1944 roku  musi dzielić terytorium państwowe. Okazuje się, że potomstwo tej polskojęzycznej wspólnoty też ma swój ideał: nastawiać się każdemu, kto im obieca możliwość dalszego pasożytowania na historycznym narodzie polskim.

Z tym dniem wiąże się merytorycznie kolejna rocznica – tak zwanych “wydarzeń marcowych” z roku 1968. Korzenie tych “wydarzeń” sięgają do lat 50-tych, kiedy to po śmierci Stalina najpierw w Rosji, a potem w innych “demoludach” pojawiło się pytanie, kto jest winowajcą komunistycznego ludobójstwa.

Stalin przecież  nie wydusił tych milionów własnymi rękami. Kto mu w tym pomagał? Nietrudno się domyślić, że wspólnicy tej zbrodni starali się zejść z linii strzału, żeby nieubłagany palec nie wskazał przypadkiem na nich.

W Polsce zbrodniarze pochodzenia żydowskiego, stanowiący najtwardsze jądro reżymu, mieli szybszy refleks i nieubłaganym palcem wskazali na swoich tubylczych pomocników. Tamci nawet się nie spierali, ale powiedzieli: no tak mordowaliśmy, łamaliśmy kości – ale to przecież wyście nam rozkazywali!

Na co tamci – że to “antysemityzm”.

Tak doszło do wyodrębnienia się dwóch frakcji: “Chamów” i “Żydów – bo tak się one wzajemnie przezywały. W 1956 roku Gomułka, który musiał się jakoś z Żydami ułożyć, zaklajstrował te frakcyjne podziały – ale odżyły one w 1967, po wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, w której Izrael dał w kość krajom arabskim, popieranym przez Sowieciarzy. W Rosji, a za nią – w całym “socu”, rozpoczęła się walka z “syjonistami”. Partyjni prostaczkowie nie mieli oczywiście pojęcia, co to takiego, ten “syjonizm”, więc pojawiły się hasła “Syjoniści do Syjamu!”.

I kiedy drugie pokolenie “Żydów” podniosło bunt przeciwko partii, skwapliwie przyłączyli się do niego polscy studenci, wykorzystując okazję zamanifestowania swoich prawdziwych uczuć i zapatrywań. Wykorzystały tę okazję “Chamy”, żeby odegrać się na “Żydach” za dawne upokorzenia. “Żydy”, rozumiejąc, że za wszystkim  stoją Sowieciarze, skwapliwie skorzystały z nadarzającej się okazji, by czmychnąć na Zachód z cudnego raju, jako współtworzyły. Popularna była w związku z tym angedotka o Aaronku: dyrektor szkoły w czasie lekcji zastaje Aaronka spacerującego po szkolnym boisku i surowym tonem pyta: dlaczego nie na lekcji? Na to Aaronek: bo panie dyrektorze, w tym wszystkim logiki nie ma. Jak to: logiki nie ma – pyta zirytowany dyrektor. Bo panie dyrektorze, ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie z klasy i oni wszyscy siedzą tam w tym smrodzie, a ja chodzę sobie po wolnym powietrzu.

Problem wszelako polegał na tym, że na “wolnym powietrzu” nie wypadało się chwalić uczestnictwem w komunistycznym aparacie terroru, ani rękami ubabranymi we krwi polskich patriotów. Za to nikt by po główce nie pogładził, toteż wszyscy “uchodźcy” podnieśli klangor, że są ofiarami “polskiego antysemityzmu”.

Im bardziej taki jeden z drugim łotr miał ręce unurzane we krwi, tym głośniej o tym “antysemityzmie” wrzeszczał. Na przykład taki Oskar Szyja Karliner, który jako dygnitarz prokuratury wojskowej dopuścił się wielu łotrostw, w związku z czym partia wycofała go w bezpieczne miejsce na stanowisko dyrektora Państwowej Agencji Energii Atomowej. Tam żył sobie jak pączek w maśle, aż w roku 1968 stracił tę posadę, a nawet został wyrzucony z partii. Takiego męczeństwa nie mógł już znieść, toteż  wyjechał do Izraela, gdzie potem umarł, a epilog całej sprawy jest taki, że jego obydwu synom polskie paszporty wręczył osobiście pan prezydent Lech Kaczyński.

Toteż nic dziwnego, że Michnikuremek co roku wykorzystuje rocznicę  “wydarzeń marcowych” z 1968 roku aplikować mniej wartościowemu narodowi tubylczemu “pedagogikę wstydu” i dźgać nieubłaganym palcem w chore z nienawiści oczy. Ciekawe, co żydokomuna wymyśli w tym roku; czy przypadkiem nie wyeksponują męczeństwa pani Engelking i pana Grabowskiego?

Na razie żydowska gazeta dla Polaków otworzyła huraganowy ogień propagandowy na prezesa PKN Orlen, pana Daniela Obajtka. Jakiś anonimowy dobroczyńca ludzkości udostępnił funkcjonariuszom tej gazety treści podsłuchanych rozmów, jakie przed laty pan Obajtek prowadził, będąc wójtem Pcimia. Używał przy tym brzydkich słów, nawet w większej ilości, niż ich padło podczas słynnej rozmowy Adama Michnika z Lwem Rywinem, którzy przyszedł do niego z interesem, to znaczy – z propozycją korupcyjną.

Myślę jednak, że nie to było przyczyną tego huraganowego ostrzału. A co? Przypuszczam, że mogą być dwie przyczyny, które zresztą wzajemnie się uzupełniają. Po pierwsze, pan Obajtek  sprawiał od pewnego czasu wrażenie, jakby był Najukochańszą Duszeńką samego Naczelnika Państwa, toteż pojawiły się fałszywe pogłoski, że jest on przeznaczony na premiera, kiedy pana Mateusza Morawieckiego trzeba będzie spuścić z wodą.

Myślę, że Judenrat “Gazety Wyborczej” zareagował na to odruchem solidarności plemiennej. Wprawdzie pan Morawiecki się teraz bisurmani, ale z jego opowieści o ciotkach wynika, że ma pierwszorzędne korzonki, podczas gdy pan Obajtek jest zwykłym, pospolitym gojem. Więc z dwojga złego… – i tak dalej.

Druga przyczyna jest taka, że pod dyrekcją pana Obajtka PKN Orlen skupuje coraz to nowe, państwowe i prywatne składniki majątkowe. Jeśli tak dalej pójdzie, to PKN Orlen może  stać się właścicielem całej Rzeczypospolitej. Miałoby to oczywiście mnóstwo plusów ujemnych, ale też jeden plus dodatni – że mianowicie żydowskie organizacje przemysłu holokaustu nie mogłyby kierować przeciwko Orlenowi żadnych roszczeń majątkowych, zwłaszcza, gdyby na koniec nastąpiła jego prywatyzacja w ten sposób, że każdy obywatel stałby się jego akcjonariuszem – bo organizacje te wysuwają roszczenia przeciwko Rzeczypospolitej i ustawa nr 447 też traktuje o roszczeniach wobec Rzeczypospolitej.

Nie jest tedy wykluczone, że takie podejrzenie mogło przyjść do głowy staremu grandziarzowi, który ma co najmniej 11 procent akcji spółki “Agora”, więc nakazał redaktoru Michniku, żeby Obajtka zlinczował, najpierw medialnie, a potem normalnie.

             Stanisław Michalkiewicz