Trud­no będąc Pola­kiem nie mieć sym­pa­tii do Indian; nasze wycho­wa­nie jakoś tak w dobry spo­sób mówi­ło o tych, któ­rzy w Ame­ry­ce byli „od zawsze”. Wycho­wa­ni na mitach Karo­la Maya nie mogli­śmy nie lubić Win­ne­tou, prze­cież w pia­skow­ni­cy każ­dy pol­ski pię­cio­la­tek chciał być tym wodzem.

        Może dla­te­go łatwo nam to przy­cho­dzi­ło, że sami mie­li­śmy za sobą histo­rię bycia pod­bi­ja­nym i ponie­wie­ra­nym; że sami jeste­śmy poobi­ja­ni przez tych sil­niej­szych z lewa i z pra­wa i  że sami też wie­lo­krot­nie pod­ry­wa­li­śmy się i sta­wa­li do nie­rów­nej wal­ki, więc zna­my gorycz i złość ludów podbitych.

        Oczy­wi­ście pół­noc­no­ame­ry­kań­scy India­nie nie two­rzy­li jed­ne­go naro­du, oczy­wi­ście to są zwy­kli ludzie, jed­ni dobrzy, inni źli, jak my wszy­scy; nie popa­daj­my więc w indiań­skie  „chło­po­mań­stwo”, ale może brak tej impe­rial­nej nuty w pol­skim wycho­wa­niu spra­wia, iż mamy do Indian sentyment.

Reklama

        Szcze­rze mówiąc, tutaj w Kana­dzie spo­ty­ka­jąc potom­ków tych, „któ­rzy byli tu od zawsze” nigdy jakoś nie natkną­łem się na ludzi zło­śli­wych, złych, któ­rzy usi­ło­wa­li coś mi zro­bić, a prze­ciw­nie wie­le razy, jeśli tyl­ko oka­zy­wa­ło się zain­te­re­so­wa­nie kim są, byli mili.

        Tzw. szko­ły inter­na­ta­mi to  pro­blem bry­tyj­ski, zresz­tą trud­no mi powie­dzieć co wów­czas w tam­tych cza­sach bym myślał, bo prze­cież wie­lu ludzi świa­tłych było prze­ko­na­nych, że tędy dro­ga do asy­mi­la­cji, że wła­śnie jest to ucy­wi­li­zo­wa­nie, danie szan­sy dzie­ciom, któ­re ina­czej wege­to­wa­ły­by w rezer­wa­tach. Czy w tam­tych cza­sach mogło być ina­czej? Czy my cza­sem nie sto­su­je­my teraź­niej­szej wraż­li­wo­ści i dzi­siej­sze­go rozu­mie­nia tak zwa­nych praw czło­wie­ka do oce­ny ludzi, któ­rzy w zno­ju budo­wa­li ten kraj, wyry­wa­li go dzi­kiej przy­ro­dzie, indu­stria­li­zo­wa­li i wresz­cie, ludzi któ­rzy byli wycho­wa­ni przez bry­tyj­skie impe­rium w poczu­ciu wyż­szo­ści i wybrań­stwa. Wystar­czy przy­po­mnieć, jak wów­czas byli trak­to­wa­ni robot­ni­cy, czy bie­do­ta — ta euro­pej­ska, ta bia­ła.  Dzi­siaj wie­lu ludziom w gło­wie się to nie mieści.

        Tak było wte­dy, dzi­siaj tak nie jest, ale czy powin­ni­śmy oce­niać tam­tych ludzi według dzi­siej­szych stan­dar­dów? Oba­lać ich pomni­ki? Czy nie lepiej rozu­mieć histo­rię niż ją zamia­tać pod dywan, usu­wać z pola widzenia?

        Pro­blem z wyna­gro­dze­niem za mię­dzy­po­ko­le­nio­we krzyw­dy jest taki, że ci, któ­rzy to zro­bi­li daw­no już są w innym świe­cie, ich dzi­siej­si spad­ko­bier­cy z regu­ły zaś usi­łu­ją zasy­pać rzecz pieniędzmi.

        Kło­pot tym­cza­sem nie jest w pie­nią­dzach to wie każ­dy, kto jakiś czas pomiesz­kał w  rezer­wa­cie, pro­blem jest struk­tu­ral­ny i  w dużej czę­ści po stro­nie indiań­skiej. Z tymi pie­niędz­mi, któ­re dzi­siaj są — gdy­by były to spo­łecz­no­ści dum­ne z pocho­dze­nia wypo­sa­żo­ne w war­to­ści pozwa­la­ją­ce odno­sić suk­ces i orga­ni­zo­wać się — mogło by być zupeł­nie ina­czej. Głów­ny pro­blem pod­bi­tych to pater­na­li­za­cja ze stro­ny tych, któ­rzy ich pod­bi­li, i tę pater­na­li­za­cję pogłę­bia­ją środ­ki z Otta­wy.  India­nie  nie będą god­nie żyć dopó­ki nie  powró­cą do sta­rych war­to­ści, zre­for­mu­ją struk­tu­rę swej admi­ni­stra­cji i nie wyzwo­lą z uci­sku bia­łych adwo­ka­tów, kon­sul­tan­tów i dorad­ców, któ­rzy do dzi­siaj  żyją z ich bie­dy, jak pącz­ki w maśle, odci­na­jąc kupo­ny od wie­lo­mi­liar­do­wej rze­ki pły­ną­cej do rezerwatów.

        Po to, żeby India­nie mogli żyć god­nie, muszą mieć sil­ne  rodzi­ny, by wycho­wy­wa­ły dzie­ci w poczu­ciu god­no­ści i dumy z  pocho­dze­nia, ale też dawa­ły im wykształ­ce­nie pozwa­la­ją­ce odno­sić suk­ces poza rezerwatem.

        W swym zało­że­niu szko­ły inter­na­ta­mi mia­ły indiań­skie dzie­ci ode­rwać od zaco­fa­nia; być może dzi­siaj koniecz­ne są inne szko­ły, któ­re pozwo­li­ły­by mło­dym India­nom funk­cjo­no­wać i odno­sić suk­ce­sy w tym spo­łe­czeń­stwie, któ­re znisz­czo­ne przez kon­sump­cjo­nizm poszu­ku­je nowych wartości?

        Szko­ły z inter­na­ta­mi były pro­gra­mem  kana­dyj­skie­go rzą­du, obsłu­gi­wa­nym nie­mal po poło­wie przez kościo­ły kato­lic­ki i pro­te­stanc­kie; odpo­wie­dzial­ność za zło, któ­re zosta­ło wyrzą­dzo­ne spo­czy­wa na kana­dyj­skim pań­stwie. Nie jestem zwo­len­ni­kiem prze­pra­sza­nia wszyst­kich za wszyst­ko. Jeśli uwzględ­ni się kon­tekst tam­tych cza­sów, zro­zu­mie się moty­wa­cję ludzi, któ­rzy wów­czas „chcie­li dobrze”. Bar­dzo czę­sto  absol­wen­ci tych szkół  zdo­by­wa­li wykształ­ce­nie koniecz­ne do funk­cjo­no­wa­nia wśród bia­łych i nie zawsze tra­ci­li swo­ją kul­tu­rę; bar­dzo czę­sto to oni sta­wa­li się przy­wód­ca­mi indiań­skich społeczności.

        India­nie sami muszą w dzi­siej­szym świe­cie zna­leźć naj­lep­szą dro­gę oca­le­nia wła­snej toż­sa­mo­ści. I nie tyl­ko oni.

Andrzej Kumor