Świę­ty Jan uro­dził się oko­ło roku Pań­skie­go 1414 z cno­tli­wych i bogo­boj­nych rodzi­ców, Jana i Kata­rzy­ny, w mia­stecz­ku Dukli, w dyece­zyi Kra­kow­skiej, poło­żo­nem nad gra­ni­cą Węgier­ską. Gdy jesz­cze był pacho­lę­ciem, już obja­wiał zna­ki świę­to­bli­wo­ści, któ­rą póź­niej w Koście­le Bożym zaja­śniał. Pierw­sze wyra­zy jakie wycho­dząc z koleb­ki nauczył się wyma­wiać, były to Naj­święt­sze Imio­na Jezu­sa i Maryi. Począt­ko­we nauki pobie­rał w szkół­ce para­fial­nej rodzin­ne­go mia­stecz­ka, chwa­leb­ną pil­no­ścią i skrom­no­ścią oby­cza­jów celu­jąc pomię­dzy rówien­ni­ka­mi. Prze­wod­ni­czył im zwy­kle na wspól­nych pacier­zach, i z taką gorą­co­ścią ducha odma­wiał zawsze Ojcze nasz, Zdro­waś Maryo i Wie­rzę w Boga, że naj­ozię­blej­szych przez to do poboż­no­ści pobu­dzał. Widząc w Janie wiel­ki do nauki pohop, rodzi­ce nie szczę­dząc kosz­tów, mimo iż byli nie­za­moż­ni, odda­li go do Aka­de­mii Kra­kow­skiej, gdzie wyż­sze nauki świet­nie ukoń­czył a nad­to bie­gle się wyćwi­czył w języ­ku nie­miec­kim. Za towa­rzy­szów miał tam Jana Kan­te­go, świę­te­go Szy­mo­na z Lip­ni­cy i kil­ku innych poboż­nych mło­dzień­ców, któ­rzy poczy­ty­wa­li sobie za obo­wią­zek stro­nić od zepsu­tej mło­dzie­ży, a odda­jąc się jak naj­pil­niej nauce, nie zanie­dby­wać wca­le ćwi­czeń pobożnych.

Świę­ty Jan z Dukli.

        Gdy nade­szła dla Jana chwi­la obra­nia zawo­du, zły duch natarł na nie­go poku­sa­mi próż­no­ści, przed­sta­wia­jąc mu nie­chyb­ność dostą­pie­nia wyż­szych w kra­ju urzę­dów i bogactw, co mu było nie­trud­nem przy wiel­kich zdol­no­ściach i wiel­kiej nauce, o któ­rą pod­ów­czas nie­ła­two było. Lecz Świę­ty nie uległ tym ludz­kim pod­nie­tom, czu­jąc się do wyłącz­nej służ­by Boga powo­ła­nym. Wró­cił więc do swe­go rodzin­ne­go mia­stecz­ka i umy­ślił wieść życie pustel­ni­cze. Wie­dząc o wynio­słej ska­le w lesie nad wio­ską Cer­go­wą, o pół mili od Dukli, a pra­wie nie­do­stęp­nej dla swo­jej spa­dzi­sto­ści, na jej szczy­cie zamiesz­kał. Wysta­wił tam sobie małą kaplicz­kę z wize­run­kiem Mat­ki Bożej, do któ­rej zawsze miał szcze­gól­ne nabo­żeń­stwo, a w pobli­żu wyko­pał stu­dzien­kę, któ­rej woda po dziś dzień cudow­nie cho­rych uzdra­wia. Żywił się leśny­mi owo­ca­mi, dnie całe i więk­szą część nocy na bogo­myśl­no­ści trawiąc.

        Tak spę­dził lat trzy, wię­cej duszą w Nie­bie niż na zie­mi prze­by­wa­jąc, gdy pobu­dzo­ny do tego natchnie­niem Ducha świę­te­go, posta­no­wił wstą­pić do zako­nu, pra­gnąc pra­co­wać oko­ło zba­wie­nia dusz, do cze­go głów­nie pobu­dza­ła go wieść, że kacer­stwa Ary­usza, Socy­na i Hus­sa po Pol­sce się sze­rzy­ły. Udał się więc do klasz­to­ru san­dec­kie­go bra­ci Mniej­szych świę­te­go Fran­cisz­ka Sera­fic­kie­go, obja­wił ojcom zakon­nym swo­je powo­ła­nie, a ci ode­sła­li go do klasz­to­ru lwow­skie­go, gdzie do nowi­cy­atu został jak naj­chęt­niej przy­ję­ty, gdyż sła­wa wiel­kiej jego nauki, a jesz­cze wyż­szej świę­to­bli­wo­ści już go tam uprze­dzi­ła. — Zaraz też prze­ko­na­li się Ojco­wie, że się na nim nie zawie­dli. Jan wyćwi­czo­ny w bogo­myśl­no­ści i życiu pokut­nem na pusz­czy, oka­zał się od chwi­li przy­wdzia­nia suk­ni świę­te­go Patry­ar­chy Assy­skie­go, jego god­nym i bliz­kim naśla­dow­cą. Wkrót­ce też, pomi­mo opo­ru, jaki sta­wi­ła jego głę­bo­ka poko­ra, wynie­sio­ny został do wyż­szych urzę­dów zakon­nych. Spra­wo­wał obo­wiąz­ki Gwar­dy­ana w Kro­śnie i we Lwo­wie, a następ­nie został Kusto­szem to jest Pro­win­cy­ałem pro­win­cyi Pol­skiej. Na wszyst­kich tych urzę­dach, przy­świe­cał nasz Świę­ty wszyst­kie­mi cno­ta­mi dosko­na­łe­go Bra­ta Mniej­sze­go, a szcze­gól­nie zami­ło­wa­niem ubó­stwa i cno­tą poko­ry, jako głów­ne­mi synów Fran­cisz­ka cnotami.

        Pod tę wła­śnie porę, poja­wił się w Koście­le Bożym i zawi­tał na Pol­ską zie­mię św. Jan Kapi­stran, wiel­ki Apo­stoł, któ­ry prze­by­wa­jąc w Kra­ko­wie zało­żył nowy klasz­tor Bra­ci Mniej­szych, zapro­wa­dza­jąc w nim pier­wot­ną ści­słość ich Regu­ły. Kościół, przy któ­rym osiadł był z dwu­na­stu brać­mi, na przed­mie­ściu zwa­nem Stra­dom, był pod wezwa­niem świę­te­go Ber­nar­dy­na Seneń­skie­go, świe­żo pod­ów­czas kano­ni­zo­wa­ne­go, i od tego to ten szczep Fran­cisz­kań­ski nazwa­ny został u nas zako­nem Ber­nar­dy­nów. Wkrót­ce potem ubo­gi klasz­to­rek Bra­ci Mniej­szych refor­my świę­te­go Kapi­stra­na sta­nął i we Lwo­wie, na przed­mie­ściu Halic­kiem. Świę­ty Jan widząc w nim jak naj­ści­ślej­sze zacho­wa­nie Regu­ły świę­te­go Fran­cisz­ka, lubo z wiel­ką trud­no­ścią uzy­skał wkoń­cu zezwo­le­nie swo­ich prze­ło­żo­nych, prze­szedł do tego nowo­zre­for­mo­wa­ne­go zgro­ma­dze­nia, ku nie­ma­łe­mu żalo­wi swo­ich daw­nych Bra­ci. A jak w świe­żo odko­pa­ną zie­mię prze­sa­dzo­ne drze­wo, obfit­sze wyda­je owo­ce i buj­niej się krze­wi, tak i świę­ty Jan w tem na nowo duchem Sera­ficz­nej Regu­ły oży­wio­nem zgro­ma­dze­niu podwo­ił ostro­ści życia i wyso­kie­mi cno­ta­mi zakon­ne­mi jesz­cze świet­niej zajaśniał.

        Nikt go w ubó­stwie zakon­nem nie prze­wyż­szał, toż samo w świę­tem posłu­szeń­stwie, zami­ło­wa­niu cel­ki i pil­no­ści w speł­nia­niu obo­wiąz­ków wspól­nych, na któ­rych zawsze był pierw­szym. Gło­sząc nad­to nie­zmor­do­wa­nie Sło­wo Boże, zawsze był gotów do kon­fe­sy­ona­łu, gdzie się do nie­go tłum­nie gar­nę­li, jako do wiel­kiej świę­to­bli­wo­ści i roz­trop­no­ści prze­wod­ni­ka duchow­ne­go. Dla cho­rych ze szcze­gól­ną był miło­ścią, a pod­czas panu­ją­ce­go moro­we­go powie­trza, dzień i noc poświę­cał się na ich usłu­gi. Szcze­gól­ne miał nabo­żeń­stwo do tajem­ni­cy Nie­po­ka­la­ne­go Poczę­cia Mat­ki Bożej i do Jej bole­ści. Codzień odma­wiał na Jej cześć tak zwa­ne Offi­cium Parvum, a koron­ki z rąk nie wypusz­czał. Razu też pew­ne­go, gdy w nocy trwał na modli­twie w koście­le lwow­skim przed Jej ołta­rzem, obja­wi­ła się mu Boża Rodzi­ciel­ka z Dzie­ciąt­kiem Jezus nie­po­ję­tej jasno­ści, upew­nia­jąc go, iż jest w łasce Bożej, że osią­gnie nie­chyb­nie chwa­łę nie­bie­ską i że będzie szcze­gól­nym Patro­nem swo­je­go narodu.

 Wiel­kim był miło­śni­kiem wspól­ne­go życia zakon­ne­go, cho­ciaż w począt­kach swo­je­go świę­te­go zawo­du, przez trzy lata zakosz­to­wy­wał pociech duchow­nych w życiu samot­nem i pustel­ni­czem. Widząc razu pew­ne­go kil­ku bra­ci zakon­nych zamy­śla­ją­cych o życiu pustel­ni­czem, jako mniej oka­zyi do grze­chu przed­sta­wia­ją­cem, taką dał im naukę: „Co do mnie, nie­skoń­cze­nie dzię­ku­ję Bogu, że mnie do zako­nu powo­łać raczył. Życiu pustel­ni­cze­mu scho­dzi na wie­lu pomo­cach duchow­nych, któ­re tyl­ko we wspól­nem, zakon­nem poży­ciu zna­leźć moż­na. W życiu na pusty­ni dwie wiel­kie nie­do­god­no­ści napo­ty­ka czło­wiek: jed­na, że gdy mu scho­dzić będzie na jakiej cno­cie, o tem nikt go nie ostrze­że, i w wadach swo­ich leżeć może na zawsze; dru­ga że oprócz bogo­myśl­no­ści i umar­twień cia­ła, w innych cno­tach pustel­nik nie łatwo się wyćwi­czy, bo skąd­że nabę­dzie poko­ry, kie­dy nie będzie tam niko­go, coby go upo­ka­rzał? skąd­że cier­pli­wo­ści, jeśli nie napo­ty­ka prze­śla­dow­ców, albo zło­śli­wych języ­ków, któ­re mu przy­ci­na­ją? Ale przedew­szyst­kiem, jak­że on nabę­dzie wiel­kich zasług posłu­szeń­stwa, kie­dy Prze­ło­żo­ne­go nad sobą nie ma. Pozo­staw­my tam­te dro­gi dla małej licz­by szcze­gól­nie do tego wybra­nych przez Boga, a sami trwaj­my w powo­ła­niu, do któ­re­go nas zawe­zwać raczył.“ Sło­wa te utwier­dzi­ły waha­ją­cych się bra­ci w ich zakon­nym sta­nie na zawsze.

        Świę­ty Jan prze­szedł­szy do zgro­ma­dze­nia refor­mo­wa­nych Ojców Ber­nar­dy­nów, zało­żył we Lwo­wie żeń­skie zgro­ma­dze­nie trze­ciej Regu­ły świę­te­go Fran­cisz­ka Sera­fic­kie­go, przy­da­jąc do niej, przez nie­go same­go wiel­kiej roz­trop­no­ści uło­żo­ne usta­wy. Wkrót­ce też te poboż­ne zakon­ni­ce zaja­śnia­ły wiel­ką świę­to­bli­wo­ścią, i nie­któ­re z nich umar­ły poczy­ta­ne za Świę­te. A jako sam miał szcze­gól­ne do Mat­ki Bożej nabo­żeń­stwo, tak i tym cór­kom swo­im, w poda­nych im usta­wach cześć Jej wyjąt­ko­wo naka­zał, i pozo­sta­wił w ich kościół­ku wize­ru­nek Mat­ki Bożej, przez świę­te­go Kapi­stra­na z Włoch przy­wie­zio­ny, a przed któ­rym obaj ci świę­ci kra­ju nasze­go wiel­cy Apo­sto­ło­wie, zwy­kli byli modlić się.

        Pode­szłe­go docze­kaw­szy się wie­ku, ociem­niał zupeł­nie na oczy. Lecz wza­mian tego zmy­słu, wewnętrz­nem świa­tłem tem hoj­niej go Pan Bóg obda­rzał i tem częst­sze mie­wał widze­nia Mat­ki Bożej. W jed­nem z takich obja­wień usły­szał wła­śnie prze­po­wied­nię o sobie, o któ­rej wyżej wspo­mnie­li­śmy. Odtąd też wzdy­chał już tyl­ko za chwi­lą, w któ­rej go Pan Jezus powo­ła do Sie­bie, a gdy się nako­niec zbli­ża­ła, zwo­łał wszyst­kich bra­ci klasz­to­ru lwow­skie­go, w któ­rym cią­gle miesz­kał, pobło­go­sła­wił ich i zba­wien­ne dał im upo­mnie­nia, utwier­dza­jąc ich w duchu powo­ła­nia i pole­ca­jąc miłość wza­jem­ną i jed­ność brat­nią. Prze­po­wie­dział wte­dy tak­że, iż Opatrz­ność Boska ześle zako­no­wi dobro­dzie­jów, któ­rzy wysta­wią bra­ciom obszer­ny klasz­tor i wspa­nia­ły kościół, w miej­scu gdzie mie­li bar­dzo ubo­gi, co też i speł­ni­ło się wkrót­ce. Przy­jąw­szy ostat­nie Sakra­men­ta świę­te, odma­wia­jąc z ota­cza­ją­cy­mi go kapła­na­mi Psal­my pokut­ne, zasnął w Panu w dzień świę­te­go Micha­ła Archa­nio­ła, roku Pań­skie­go 1484, mając lat siedm­dzie­siąt. Papież Kle­mens XII poli­czył go w poczet Patro­nów pol­skich, a Bene­dykt XIV, uro­czy­stość jego obcho­dzić dozwo­lił w pierw­szą Nie­dzie­lę po okta­wie świę­tych Apo­sto­łów Pio­tra i Pawła.

Nauka moral­na.

 Począt­kiem praw­dzi­wej mądro­ści jest bojaźń Boża, według nauki Pisma świę­te­go. Tej mądro­ści nam się przedew­szyst­kiem wyuczyć potrze­ba i w tej nauce przez całe życie postę­po­wać. Według niej postę­pu­jąc świę­ty Jan, bał się nade­wszyst­ko grze­chu, brzy­dził się świa­tem, gar­dził bogac­twem i wiel­ko­ścia­mi jego, pra­co­wał szcze­rze dla chwa­ły Boga i zba­wie­nia swej duszy, bez wytchnie­nia do koń­ca życia swe­go. Ta pra­ca, ponie­waż była dla Boga podej­mo­wa­ną, zbli­ża­ła go do Boga, odda­la­ła od próż­no­ści i zdrad zepsu­te­go świa­ta i wzbo­ga­ci­ła go w zasłu­gi na wiecz­ność. Jął się tej pra­cy świę­ty Jan od pierw­szej mło­do­ści swo­jej, dla­te­go nie była mu ona ani przy­krą ani trud­ną. Speł­ni­ło się też na nim, co mówi Pismo świę­te: „Dobrze jest mężo­wi, gdy nosi jarz­mo od mło­do­ści swo­jej.“ (Tren. Jer. 3, 27).

        I tak żył naj­przód na pusz­czy, póź­niej w zako­nie Ojców Fran­cisz­ka­nów przy­świe­cał swo­je­mi cno­ta­mi, następ­nie prze­szedł do zgro­ma­dze­nia Ojców Ber­nar­dy­nów. Wszę­dzie był wiel­kim Świę­tym, bo w każ­dym z tych powo­łań idąc za wolą Bożą, obo­wiąz­ki jakie przy­bie­rał jak naj­wier­niej speł­niał. Patrz czy stan, w jakim zosta­jesz, jest ci wolą Bożą wska­za­ny, a jeśli tak jest, czy speł­niasz dokład­nie jego powinności.

Modli­twa.

 Boże, któ­ryś świę­te­go Jana Wyznaw­cę Two­je­go, głę­bo­kiej poko­ry i wiel­kiej cier­pli­wo­ści dara­mi przy­ozdo­bić raczył, spraw miło­ści­wie, aby­śmy naśla­du­jąc jego przy­kła­dy, tej­że co i on dostą­pi­li nagro­dy. Przez Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa, któ­ry kró­lu­je w Nie­bie i na zie­mi. Amen.