Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia Mar­ta Kot­bur­ska Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

W Wie­ży bez zam­ku i Zam­ku z kolo­ro­wy­mi okna­mi nie ma nic magicz­ne­go. Na każ­dym kro­ku moż­na się tu natknąć na tajem­ni­ce i przy­go­dy, ale nie na magię. Za to cuda zda­rza­ją się na pew­no.

Zamek z Kolo­ro­wy­mi Okna­mi to książ­ka z cie­płym, dobrym nastro­jem. Taka, do któ­rej moż­na wejść zatrza­sku­jąc za sobą okład­ki i posie­dzieć w niej z rado­ścią. Jedy­ny pro­blem: Uwa­ga! Wciąga.

W Zam­ku z kolo­ro­wy­mi okna­mi wszyst­ko jest po pro­stu takie… jakie powin­no być. 

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia to książ­ka idą­ca pod prąd. Książ­ka, któ­ra ma w tle war­to­ści chrze­ści­jań­skie. Któ­ra nie wle­wa w mło­de umy­sły i dusze kolej­nej, stan­dar­do­wej por­cji bru­du i zła jak każ­dy typo­wy dzi­siej­szy film czy książka.

Jest to książ­ka dla mło­dzie­ży myślą­cej w każ­dym wie­ku. Książ­ka dla wnu­ków, rodzi­ców i dziad­ków. Przy tym hołd dla tych ostatnich.

W Zam­ku z kolo­ro­wy­mi okna­mi jeste­śmy w świe­cie, któ­ry dzi­siej­si neo­mark­si­ści chcą wyma­zać z mapy i z naszej pamię­ci. W świe­cie naszych rodzi­ców, wyra­sta­ją­cym ze świa­ta ich rodzi­ców, a wcze­śniej dziad­ków i pra­dziad­ków. Jest to książ­ka o moim świe­cie, o naszym świe­cie, o świe­cie każ­de­go, któ­re­mu świat prze­szło­ści i tra­dy­cji jest drogi.

Zamek z kolo­ro­wy­mi okna­mi to książ­ka kontr­re­wo­lu­cyj­na: pro­po­nu­ją­ca dobro zamiast zła i czy­stość zamiast bru­du. Nasze dzie­ci są zarzu­ca­ne głu­pi­mi książ­ka­mi. A prze­cież czy­ta­nie głu­pich ksią­żek nie przy­da niko­mu mądro­ści. Potrze­bu­je­my wię­cej lite­ra­tu­ry rów­no­wa­żą­cej pro­pa­gan­dę neo­mark­si­stow­ską i glo­ba­li­stycz­ną, cał­ko­wi­cie anty­ka­to­lic­ką w swo­jej sym­bo­li­ce i tre­ści. Któ­ra zresz­tą, czy raczej pra­wie bez resz­ty, zdo­mi­no­wa­ła bele­try­stycz­ny rynek wydaw­ni­czy na całym świe­cie. Wia­do­mo, że uda­ny marsz rewo­lu­cjo­ni­stów przez insty­tu­cje zro­bił swo­je. Ale nigdy nie jest bez­na­dziej­nie. Każ­da roz­mo­wa dziad­ków z wnu­ka­mi może mieć dla nich zna­cze­nie oczo­otwie­ra­ją­ce. I każ­da dobra książ­ka od dziad­ków dla wnu­ków może zadzia­łać podob­nie. Zamek z kolo­ro­wy­mi okna­mi to ide­al­na książ­ka od bab­ci dla wnuczki. 

 

Mar­ta Kotburska

Zamek z Praw­dzi­we­go Zdarzenia 

czy­li

Wie­ża bez zam­ku (część 1)

Zamek z kolo­ro­wy­mi okna­mi (część 2)

 

Mar­ta Kot­bur­ska: Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia. Część I Wie­ża bez Zam­ku. Część II Zamek z Kolo­ro­wy­mi Okna­mi. Powieść dla mło­dzie­ży myślą­cej w każ­dym wieku
Mło­de lata Jul­ki upły­wa­ją w dużym mie­ście leżą­cym na samym koń­cu kra­iny dzi­kich zwie­rząt, nie­zmie­rzo­nych  lasów i kry­sta­licz­nie czy­stej wody, do któ­rej jej rodzi­ce przy­je­cha­li kie­dyś z bar­dzo dale­ka. Robi się coraz star­sza i zaczy­na w niej doj­rze­wać potrze­ba pozna­nia wła­snych korze­ni. Szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści w jej życiu poja­wia się sta­ra komo­da z mały­mi szu­flad­ka­mi, któ­rych nie da się otwo­rzyć. Kie­dy nad­cho­dzi odpo­wied­ni moment, szu­flad­ki same otwie­ra­ją się od środ­ka i oka­zu­je się, że w sza­fie miesz­ka ktoś, kto wie o kra­inie przod­ków Jul­ki znacz­nie wię­cej niż ona. Ktoś kto wyje­chał z niej tak daw­no, że nie jest nawet pewien czy kra­ina wciąż ist­nie­je, a jeśli tak, to na ile się zmie­ni­ła. Dzia­ła­ją razem, bo łączą ich wspól­ne inte­re­sy: miesz­kań­cy komo­dy pra­gną odna­leźć kra­inę, a Jul­ka chce się o niej cze­goś dowie­dzieć. Zgod­nie podej­mu­ją wyzwa­nia, dzię­ki cze­mu uda­je im się zajść dalej i odkryć wię­cej, niż się tego spo­dzie­wa­li w naj­śmiel­szych marze­niach. Jul­ka dotrze do bez­cen­ne­go skarb­ca tra­dy­cji i to będzie dopie­ro począ­tek wie­kich prze­żyć. Kie­dy wspól­nie znaj­dą się w Kra­inie, akcja roz­grze­je się do czerwoności.

Wstę­pik

czy­li

wej­ście od kuch­ni do Zam­ku z praw­dzi­we­go zdarzenia

Wszyst­ko, co zosta­ło opi­sa­ne w tej książ­ce, cał­ko­wi­cie bele­try­stycz­nej, zda­rzy­ło się napraw­dę. Wszyst­ko, co wią­że się z jej powsta­niem, też zda­rzy­ło się naprawdę.

Napraw­dę zda­rzy­ło się, że zaczę­ły mnie prze­ra­żać rekla­my lite­ra­tu­ry dla mło­dzie­ży przy­cho­dzą­ce w ema­ilach. Rekla­my dosta­ję dla­te­go, że czę­sto szu­kam ksią­żek dla cór­ki, sie­dzę w tym świe­cie i od wła­sne­go dzie­ciń­stwa nie prze­sta­łam go lubić. Z reklam nowo­ści wydaw­ni­czych wyła­niał się świat strasz­ny, groź­ny, prze­ra­ża­ją­cy, bru­tal­ny. Pełen potwo­rów, cza­rów i maka­bry. Z głów­ny­mi pozy­tyw­ny­mi boha­te­ra­mi o dużej mocy spraw­czej w posta­ci wiedźm, cza­row­ni­ków, w naj­lep­szym przy­pad­ku wró­żek. Na doda­tek, w mia­rę jak rosła gru­pa wie­ko­wa czy­tel­ni­ków, do któ­rych ofer­ta była skie­ro­wa­na, świat wyła­nia­ją­cy się już nawet tyl­ko z samych reklam, jawił się jako coraz bar­dziej wul­gar­ny i rów­no­cze­śnie smut­ny, nawet depre­syj­ny. Zła­pa­łam się na tym, że prze­sta­łam otwie­rać ofer­ty księ­garń, żeby się nie przygnębiać.

Książ­ki, któ­re uwa­ża­łam za nor­mal­ne, zaczę­łam znaj­do­wać jak igły w sto­gu sia­na. W któ­rymś momen­cie doszło do tego, że posta­no­wi­łam napi­sać taką książ­kę, jakiej szu­kam. Wie­dzia­łam, że książ­ka moich marzeń czy­li taka jak te, któ­re naj­bar­dziej lubi­łam w mło­dych latach, musi być peł­na tajem­nic i zapew­niać moc­ne prze­ży­cia, ale posta­no­wi­łam dać 100% gwa­ran­cję, że nie będzie w niej magii. Magii, któ­rą anty­chrze­ści­jań­ska pro­pa­gan­da lan­su­je nam od tak daw­na i tak inten­syw­nie, że wszyst­ko, do cze­go kto­kol­wiek kogo­kol­wiek zachę­ca musi być obo­wiąz­ko­wo magicz­ne. Począw­szy od książ­ki, a na prze­ty­kacz­ce do umy­wal­ki skończywszy. 

Napraw­dę zda­rzy­ło się też, że ze współ­cze­snych ksią­żek wyrzu­co­no Boga. Książ­ki opi­su­ją nowy świat, w któ­ry, jak nam się wma­wia, nie­uchro­nie wkra­cza­my. Nachal­nie lan­su­ją nową wer­sję komu­ni­stycz­ne­go raju bez Boga, któ­ry ma podob­no zapa­no­wać na całym świe­cie. W mojej książ­ce jest miej­sce dla nasze­go dobre­go Boga. Jeże­li ktoś ma aler­gię na sło­wa takie jak Chry­stus, modli­twa, Anioł Stróż, róża­niec i Mat­ka Boska, może nie czy­tać Zam­ku z kolo­ro­wy­mi okna­mi ze wzglę­du na moż­li­wość dosta­nia wysypki.

Napraw­dę zda­rzy­ło się też, że mia­łam oka­zję być świad­kiem tego, jak pięk­ne są związ­ki mię­dzy wnu­ka­mi, a bab­cia­mi i dziad­ka­mi i jak wiel­kie mają zna­cze­nie. Nabra­łam prze­ko­na­nia, że waka­cje spę­dzo­ne przez wnu­ki u bab­ci i dziad­ka, takie, w cza­sie któ­rych pogłę­bi się więź mię­dzy nimi, zro­bi dziec­ku wię­cej dobre­go niż 1000 wycie­czek do atrak­cyj­nych kuror­tów. Ta książ­ka jest moim pełym uzna­nia ukło­nem w stro­nę Babć i Dziad­ków, ich życio­wej mądro­ści, któ­ra mają do zaofe­ro­wa­nia wnu­kom i ich poświę­ce­nia dla nich. Niech żyją wszyst­kie Bab­cie i Dziad­ko­wie świata!

Napraw­dę zda­rzy­ło się też, że moja cór­ka, uro­dzo­na w Kana­dzie, mia­ła oka­zję dobrze poznać wła­snych dziad­ków i innych, licz­nych, krew­nych miesz­ka­ją­cych w Pol­sce. Po powro­cie  z jed­nych z pierw­szych waka­cji u dziad­ków, cór­ka zaczę­ła bez koń­ca mówić o “mojej Pol­sce”.  Ponie­waż inspi­ra­cją do pisa­nia tej książ­ki było dla mnie życie mojej cór­ki, mowa jest tu o poczu­ciu toż­sa­mo­ści, jej poszu­ki­wa­niu i rado­ści z jej odkry­wa­nia, a tak­że o tym jak waż­ne są to rze­czy dla kogoś miesz­ka­ją­ce­go dale­ko od „Kra­iny Przodków”.

Mar­ta Kotburska

I tak doszli­śmy do Wie­ży bez Zam­ku. Do któ­rej prze­czy­ta­nia z całe­go ser­ca zapraszam. 

Wcho­dzi­my? Jupin­gi! (jak mówi moja cór­ka, kie­dy zabie­ra się z zapa­łem do cze­goś, na co się cieszy).