Roz­dział 4

Sklep z kredkami

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Od przy­jaz­du upły­nę­ło tyl­ko kil­ka dni, a koni­ki cał­ko­wi­cie wcią­gnę­ły się w rytm życia na zam­ku. Czu­ły się jak u sie­bie w domu, czy­li jak praw­dzi­we konie z praw­dzi­wej armii kró­lew­skiej, któ­ry­mi były w rze­czy­wi­sto­ści. Jul­ka zauwa­ży­ła, że wszyst­ko wie­dzą. Cią­gle się od nich cze­goś dowia­dy­wa­ła o spra­wach daw­nych, ale też o bie­żą­cych. Na przy­kład tego, że Babu co tydzień wymie­nia wszyst­kie fla­gi z orła­mi w koro­nach w naj­wyż­szych oknach baszt na świe­że. Dzię­ki temu orły są zawsze śnież­no­bia­łe. Albo na przy­kład tego, że Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca jest już przy sto osiem­dzie­sią­tym siód­mym ogni­wie zerwa­ne­go łań­cu­cha od mostu zwo­dzo­ne­go, któ­ry pokry­wał far­bą anty­ko­ro­zyj­ną. Wiel­ki Napraw­czy pra­co­wał nad łań­cu­chem sie­dząc głę­bo­ko w fosie i nie tyl­ko pokry­wał go far­bą, ale też przy oka­zji spraw­dzał i oli­wił te ogni­wa, na któ­rych far­ba już wyschła. Robił to dokład­nie i sys­te­ma­tycz­nie, ogni­wo po ogni­wie, bo wie­dział że każ­de ogni­wo w łań­cu­chu jest tak samo waż­ne. Miał na to czas tyl­ko w cią­gu dnia, bo noca­mi  pra­co­wał nad machi­ną do zgnia­ta­nia opa­ko­wań do wtór­ne­go wyko­rzy­sta­nia, któ­ra wyma­ga­ła kil­ku dodat­ko­wych uspraw­nień. W wol­nych chwi­lach spa­wał kra­tow­ni­cę do stu­dze­nia wszyst­kich chle­bów rów­no­cze­śnie. Tego ran­ka Jul­ka dowie­dzia­ła się od koni­ków, że Wiel­ki Napraw­czy orga­ni­zu­je jed­no­dnio­wą wypra­wę do pobli­skie­go Kró­lew­skie­go Gro­du Pra­sta­re­go peł­ne­go cudów, o któ­rych już wie­le słyszała.
- Mil­ka cię szu­ka! — zady­sza­ny Sza­ry przy­siadł na zadzie. — Mamy jechać do Grodu!

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Wia­do­mość zelek­try­zo­wa­ła Jul­kę. W mgnie­niu oka zna­leź­li razem z Sza­rym Mil­kę, któ­ra w mię­dzy­cza­sie zna­la­zła sie­dzą­cą w staj­ni Baj­kę i w ogó­le wszy­scy zain­te­re­so­wa­ni bły­ska­wicz­nie się poznajdowali.
- Jedzie­my do skle­pu z kred­ka­mi, żeby zała­twić kil­ka spraw. Masz kred­ki? — zapy­ta­ła ją Bajka.
- Jakieś mam, ale chęt­nie poja­dę — Jul­ka pomy­śla­ła, że dobrych kre­dek nigdy nie za wie­le. Poza tym chęt­nie jecha­ła tam, gdzie mia­ła jakieś spra­wy do poza­ła­twia­nia Baj­ka, bo lubi­ła ją obser­wo­wać i skry­cie ją podzi­wia­ła. Baj­ka była od niej nie­wy­obra­żal­nie star­sza. Jul­ka wie­dzia­ła na pew­no, że nigdy jej w tym nie doścignie.

Wygrys wró­cił wła­śnie z fosy. Wysła­ła go tam Mil­ka, żeby spraw­dził jak wyglą­da sytuacja.
- Przy któ­rym jest ogni­wie? — zapytała.
- Nie wiem, umiem liczyć tyl­ko do stu — odpo­wie­dział Wygrys.
- Mówił coś o wyprawie?
- Nie mówił.
- A pyta­łeś go?
- Nie pyta­łem, bo był zajęty.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Wobec tego wszy­scy razem wybra­li się do fosy usta­lić, na czym sto­ją. Tak się zło­ży­ło, że Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca poczuł się wła­śnie w tym momen­cie zmę­czo­ny oli­wie­niem i róż­ny­mi inny­mi obo­wiąz­ka­mi, któ­rych miał mnó­stwo. Potrze­bo­wał chwi­li spo­ko­ju, żeby odzy­skać siły. Posta­no­wił poczy­tać chwi­lę przy kawie.
- Jeste­śmy goto­wi! — z werwą oznaj­mi­ła mu Milka.
- Czy może­my poje­chać jutro? — zapy­tał Wiel­ki Napraw­czy, któ­ry szu­kał gaze­ty i wybie­rał się wła­śnie do alta­ny, w któ­rej zawsze  stał samo­war z her­ba­tą, eks­pres do kawy i taca z ciasteczkami.
- Juuuuutro? — trzy dziew­czyn­ki sze­ro­ko otwar­ły oczy z prze­ra­że­nia, po czym spu­ści­ły wzrok i jak na komen­dę smut­no potrze­pa­ły rzę­sa­mi. Zapa­no­wa­ło głu­che mil­cze­nie, po któ­rym Wiel­ki Napraw­czy rzu­cił jesz­cze tyl­ko jed­no prze­cią­głe spoj­rze­nie  w stro­nę alta­ny, po czym powiedział:
- Spo­ty­ka­my się za pięt­na­ście minut przy bra­mie głównej.
I tak się sta­ło. Pięt­na­ście minut wystar­czy­ło wszyst­kim aku­rat na to, żeby pobiec po ple­ca­ki i inne naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i pocie­szyć Babu, że nie będzie ich cały dzień.
- Babu, pomi­do­ro­wa, pamię­tasz? — zapy­ta­ła twier­dzą­cym tonem Mil­ka wybie­ga­jąc z kuchni.
- Oczy­wi­ście.
- Ogór­ko­wa też? — Baj­ka cof­nę­ła się już zza progu.
- Jasne.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Kie­dy odjeż­dża­li, pięk­ny, duży, mądry i ener­gicz­ny, ale łagod­ny pies Mil­ki sie­dział przy bra­mie. Zro­bił się tro­szecz­kę bar­dziej nie­spo­koj­ny niż zwy­kle, ale zgo­dził się zostać. Tyl­ko dla­te­go, że wie­rzył Mil­ce, że wró­ci dokład­nie za kil­ka godzin.

Do gro­du nie było dale­ko, a pojazd Wiel­kie­go Napraw­cze­go jechał bar­dzo szyb­ko, dzię­ki temu że Wyna­laz­ca spe­cjal­nie przy­sto­so­wał go do szyb­kiej jaz­dy. Poza tym zamon­to­wał na dachu skła­da­ną lot­nię, przy uży­ciu któ­rej mogli bez­piecz­nie ści­nać zakrę­ty albo prze­la­ty­wać nad inny­mi pojaz­da­mi, kie­dy sytu­acja prze­ra­sta­ła jego ner­wy. Naj­waż­niej­sze było to, żeby na począt­ku lotu dobrze pod­sko­czyć, w czym poma­gał przy­cisk w pod­ło­dze. Nie mogli lecieć cały czas tyl­ko dla­te­go, że pojazd poru­szał się w takich sytu­acjach na zasa­dzie odbi­ja­nia od twar­de­go pod­ło­ża. Lot­nia nie była wygod­na do uży­wa­nia w mie­ście, więc tam skła­da­ło się ją jak para­sol. Zmia­ny w kon­struk­cji pojaz­du wpro­wa­dzo­ne przez Wyna­laz­cę były zwią­za­ne z tym, że wlo­ką­ce się samo­cho­dy zawsze go dener­wo­wa­ły. Dla­te­go wła­sny pojazd przy­sto­so­wał do prze­ska­ki­wa­nia i prze­la­ty­wa­nia nad inny­mi auta­mi, kie­dy natra­fiał na korek.
Mimo to Wygry­so­wi i tak strasz­nie się nudzi­ło w dro­dze, cho­ciaż Mil­ka śpie­wa­ła mu Morze, nasze morze i inne pio­sen­ki. Cią­gle pytał czy już doje­cha­li i kopał w przed­nie sie­dze­nie uda­jąc, że akompaniuje.
- Czy mógł­byś liczyć konie i kro­wy za oknem? — zapy­ta­ła Jul­ka sta­ra­jąc się brzmieć entuzjastycznie.
- Jestem za bar­dzo zaję­ty — odpo­wie­dział patrząc w inną stronę.
- Ależ on jest cza­sem nie­grzecz­ny — powie­dzia­ła Jul­ka, któ­rej było głu­pio, bo czu­ła się odpo­wie­dzial­na za jego wychowanie.
- Po co go w ogó­le bra­łaś? — spy­ta­ła Bajka.
- Nigdzie bez nie­go nie jeż­dżę — Jul­ce zro­bi­ło się żal Wygry­sa, bo sama też się tro­chę nudzi­ła i cały czas piła wodę z butel­ki, cho­ciaż nie chcia­ło jej się pić. — Może się uspokoi.
- A co to wła­ści­wie zna­czy, że ten gród jest kró­lew­ski? — zapy­ta­ła żeby zmie­nić temat.
- Gród Kró­lew­ski to jest taki, w któ­rym miesz­ka­ją kró­lo­we i kró­lo­wie — wyja­śni­ła Baj­ka. — Sama zobaczysz.
- A poza tym — doda­ła Mil­ka — jest w nim kate­dra peł­na duchów kró­lów i kró­lo­wych i innych wiel­kich postaci.
- Skąd wiesz? — ta odpo­wiedź zafra­po­wa­ła nie tyl­ko Jul­kę, ale nawet Wygry­sa, któ­ry natych­miast prze­stał kopać w przed­ni fotel.
- Z książ­ki Dar i Tajem­ni­ca świę­te­go Jana Paw­ła II, któ­rą dała mi Babu, kie­dy o nim rozmawiałyśmy.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami
Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Dalej jecha­li w ciszy, myśląc nad tym co powie­dzia­ła Mil­ka, peł­ni rado­sne­go ocze­ki­wa­nia na przy­go­dę. Czu­li, że mają szan­sę otrzeć się o rze­czy wiel­kie i waż­ne. Te two­rzą­ce Histo­rię, o któ­rej tak dużo mówi­ła im Babu.  Naj­wię­cej cza­su zaję­ło im dosta­nie się do same­go środ­ka Gro­du Pra­sta­re­go, bo wszę­dzie był duży ruch. Naj­trud­niej­szy oka­zał się prze­jazd przez Bagna Żabie­go Kru­ka, któ­re odzie­la­ły zamek kró­lew­ski sto­ją­cy na wzgó­rzu nad rze­ką od ryn­ku w środ­ku mia­sta. Kie­dy przez nie brnę­li, Jul­ka sły­sza­ła jak koni­ki szep­ta­ją coś o tym, że w ich cza­sach rynek był wła­śnie w miej­scu, przez któ­re jecha­li, zupeł­nie gdzie indziej niż w tej chwi­li. Bagna wyda­wa­ły się pra­wie nie­moż­li­we do prze­by­cia. Do tego  Wygry­so­wi zaczę­ła się dawać we zna­ki cho­ro­ba lokomocyjna.

- Zęby mnie bolą… — szep­nął na ucho Mil­ce, nie chcąc otwar­cie przy­znać, że robi mu się niedobrze.
- Wytrzy­masz? — zapy­ta­ła dys­kret­nie Mil­ka, któ­ra od razu zro­zu­mia­ła, o co mu chodzi.
- Nie, muszę wysiąść.
Zatrzy­ma­li się z piskiem opon i w związ­ku z sytu­acją Wygry­sa posta­no­wi­li dalej iść na nogach. Zna­le­zie­nie par­kin­gu było nie­moż­li­we, ale cudem się udało.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Od cza­su kie­dy tu byli­śmy ostat­ni raz, wie­ki temu, dużo się pozmie­nia­ło — powie­dział konik w kolo­rze sko­rup­ki od jaj­ka, z przy­jem­no­ścią stu­ka­jąc kopy­ta­mi o bruk, mimo, że nie zaczę­li jesz­cze iść. Jul­ka usły­sza­ła, że wszyst­kie koni­ki robią to samo. Stu­ka­ły tak gło­śno jak tyl­ko mogły, uda­jąc że roz­pro­sto­wu­ją kopy­ta. Wygrys moc­no sta­nął mięk­ki­mi łapa­mi na kost­ce  bru­ko­wej i od razu poczuł się lepiej, tym bar­dziej że zoba­czył lody. Jul­kę cie­szy­ło, że nie zgu­bi go w tłu­mie, bo był dobrze widocz­ny: miał mali­no­we futer­ko w  wyraź­ne, żół­te kropki.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- To co, po kul­ce? — zapy­tał Wiel­ki Naprawczy.
Trzy­ma­jąc w rękach po trzy gał­ki lodów w roż­kach, weszli w oko­li­cę uli­czek wąskich, stro­mych i krę­tych, nie pro­sto­pa­dłych i rów­no odmie­rzo­nych jak te przy samym kwa­dra­to­wym ryn­ku. Szyb­ko przy­zwy­cza­ili się do cho­dze­nia po bru­ku, bo część dzie­dziń­ca ich zam­ku też była wybru­ko­wa­na, więc mie­li pew­ną wpra­wę. Wiel­ki Napraw­czy dopro­wa­dził ich do pięk­ne­go szyl­du z napi­sem Dłu­go­pi­siar­nia.
- Sko­czę sobie tyl­ko coś zała­twić — powie­dział kie­dy podzi­wia­li szyld i szyb­ko znik­nął za rogiem.
Żeby wejść do skle­pu, trze­ba było się wdra­pać na pięć nie­rów­nych, ale uro­czych schod­ków z bia­łe­go kamie­nia. Zaraz za drzwia­mi cze­ka­ły kolej­ne schod­ki, tym razem sie­dem­na­ście w dół, tak że zro­bi­ło się małe zamie­sza­nie i jed­ni ostrze­ga­li dru­gich, tym bar­dziej, że sklep oka­zał się sła­bo oświe­tlo­ny. Kie­dy zna­leź­li się w środ­ku, przez dłuż­szą chwi­lę nic nie widzie­li, bo po sło­necz­nej uli­cy wnę­trze wyda­wa­ło się cał­kiem ciem­ne. Odu­rzy­ły ich nato­miast ślicz­ne zapa­chy nowych kre­dek wosko­wych i świe­że­go drew­na kre­dek ołówkowych.
- Czu­je­cie? — koni­ki szyb­ko wcią­ga­ły i wypusz­cza­ły powie­trze z chrap.
- Yyy­y­hy, zapach ołów­ko­wo-kred­ko­wy, mój ulu­bio­ny! — Sza­ro­be­żo­wy aż się zachłysnął.
- Nowe kred­ki, zaraz zemdle­ję… — Beżo­wo­bu­ry był nie mniej przejęty.
- Czu­ję też chy­ba nowy papier! — szep­nął któ­ryś z brą­zo­wych koników.
- I nową gumę do maza­nia. Ależ tu cud­nie pach­nie! — Konik kolo­ru kawy z mle­kiem, któ­ry lubił pisać, cicho zarżał z roz­ma­rze­niem i poło­żył się na grzbie­cie. Oczy zaczę­ły im się przy­zwy­cza­jać do pół­mro­ku, więc zauwa­ży­li to, w czym Kawo­wy się wła­śnie tarzał: coś w rodza­ju prze­pięk­nych róż­no­ko­lo­ro­wych tro­cin stajennych.
- To ostru­ży­ny z kre­dek ołów­ko­wych! — powie­dzia­ła Mil­ka, a wszy­scy zaczę­li z przy­jem­no­ścią grze­bać ręka­mi albo kopy­ta­mi w gru­bej war­stwie ostru­żyn z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi obra­mów­ka­mi, któ­ra zaście­la­ła całą pod­ło­gę. Koni­ki od razu poczu­ły się jak w stajni.

- Czy mogła­byś, dobra kobie­to, zamknąć drzwi? — prze­rwał im nagle przy­jem­ny dam­ski głos.
Baj­ka popa­trzy­ła na Mil­kę, Mil­ka na Baj­kę, po czym obie popa­trzy­ły na Jul­kę, sto­ją­cą naj­bli­żej wej­ścia. Zamknię­cie drzwi zabra­ło Jul­ce chwi­lę, bo zanim się za nie zabra­ła, wszyst­kie trzy kuzyn­ki zaczę­ły się wpa­try­wać w mrok w oko­li­cach miej­sca, z któ­re­go dobiegł głos. Dopie­ro teraz zaczy­na­ły coś widzieć w pół­mro­ku. Wnę­trze było bajecz­nie kolo­ro­we. Od pod­łóg do sufi­tów peł­ne ciem­nych drew­nia­nych półek z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi drob­ny­mi przedmiotami.
- To kró­lo­wa Awe­lia — szep­nę­ła Mil­ka na ucho Jul­ce. — Pra­cu­je tutaj kie­dy chce. W wol­nych chwilach.
Kró­lo­wa Awe­lia sie­dzia­ła za ciem­no­brą­zo­wą drew­nia­ną ladą. Prze­rwa­ła stru­ga­nie kre­dek, któ­re ukła­da­ła w tęczę w dużym pła­skim meta­lo­wym pudeł­ku. Przy­go­to­wy­wa­ła zestaw spe­cjal­ny na zamó­wie­nie. Wybie­ra­ła kolo­ry według listy. Na krót­ko obcię­tych sza­rych wło­sach mia­ła cał­kiem mato­wą  i skrom­ną koro­nę w kolo­rze sta­re­go zło­ta, zupeł­nie nie rzu­ca­ją­cą się w oczy.  Ubra­na była w suk­nię z gru­be­go, beżo­we­go, zgrzeb­ne­go płót­na, do któ­rej świet­nie paso­wał pier­ścień z praw­dzi­wym mig­da­łem nie obra­nym ze skór­ki. Była cał­ko­wi­cie natu­ral­na. Tak jak w natu­rze, wszyst­ko, co mia­ła na sobie dosko­na­le kom­po­no­wa­ło się ze sobą, ide­al­nie dobra­ne i w naj­lep­szym guście.  Widać było, że szcze­rze ucie­szy­ła się na ich widok.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Co was spro­wa­dza do Gro­du? Nie macie poję­cia jak się cie­szę, że wpa­dli­ście! — powie­dzia­ła wsta­jąc, żeby uści­snąć wszyst­kich naraz. Kie­dy wycią­gnę­ła ramio­na, oka­za­ło się, że na dłu­gich ręka­wach i spód­ni­cy jej dłu­giej suk­ni, dyn­da­ją przy­cze­pio­ne bli­sko sie­bie, bar­dzo krót­kie kre­decz­ki ołów­ko­we we wszyst­kich moż­li­wych kolo­rach i przy­jem­nie stu­ka­ją przy każ­dym ruchu. Była tak miła, ser­decz­na i cie­pła w zacho­wa­niu, że już po chwi­li nawet koni­ki bez­wied­nie zaczę­ły do niej mówić „cio­ciu”.
- Przy­je­cha­li­śmy po kred­ki. Nie wie­dzie­li­śmy, że cię zasta­nie­my! — Mil­ka była zachwycona.
- O tak, to prze­cież moja pora roku. Oczy­wi­ście jesień lubię jesz­cze bar­dziej, ale w lecie też otwie­ra­my — widząc zdzi­wio­ną minę Jul­ki dodała:
- W Gro­dzie Pra­sta­rym jest dużo skle­pów sezo­no­wych. Poja­wia­ją sią na przy­kład tyl­ko latem i jesie­nią, jak nasz, a na inne pory zni­ka­ją. To zale­ży od tego jaką porę lubi wła­ści­ciel i ekspedienci. 

- Czym mogę wam w takim razie słu­żyć? — kró­lo­wa wygod­nie usa­do­wi­ła się z powro­tem za ladą i zamie­ni­ła w słuch.
- Czy możesz mi, cio­ciu, zna­leźć żół­tą kred­kę, ale deli­kat­ną, taką nie za jaskra­wą i raczej cie­płą, całą z praw­dzi­we­go drew­na? — zapy­tał Kasz­tan, sto­ją­cy naj­bli­żej lady.
- Popro­szę jed­ną mięk­ką ołów­ko­wą ochrę! — zawo­ła­ła Awe­lia w stro­nę zaplecza.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Rega­ły, sto­ją­ce pod wszyst­ki­mi ścia­na­mi, się­ga­ły od pod­ło­gi do sufi­tu i wypeł­nio­ne były kred­ka­mi i ołów­ka­mi. Na dol­nych pół­kach, nad samą pod­ło­gą, leża­ły sto­sy pięk­nie poukła­da­nych pisa­ków, dłu­go­pi­sów i gumek do maza­nia. Naj­wy­raź­niej sprze­da­wa­no je tutaj nie tyl­ko w zesta­wach, ale przede wszyst­kim na sztu­ki, bo poje­dyn­czych kre­dek w set­kach kolo­rów widać było całe rega­ły. Przez wąskie przej­ście mię­dzy nimi wyszedł z maga­zy­nu chło­piec w oku­la­rach w gru­bych kan­cia­stych opraw­kach z sza­fi­ro­we­go pla­sti­ku. Do ele­ganc­kie­go ubra­nia miał przy­cze­pio­ną wizy­tów­kę z napi­sem „młod­szy subiekt Miko­łaj“. Deli­kat­nie poło­żył kred­kę na ladzie i uści­skał wszyst­kich naraz z sze­ro­kim uśmie­chem, podob­nym do uśmie­chu kró­lo­wej Awe­lii. Za Kasz­ta­nem usta­wi­ła się dłu­ga kolej­ka i wszy­scy zała­twia­li swo­je spra­wy z rów­nym powo­dze­niem, co on. Awe­lia wpraw­nie ukła­da­ła przy­bo­ry w mniej­sze i więk­sze sto­sy. Kie­dy zosta­li obsłu­że­ni, kró­lo­wa zawo­ła­ła w stro­nę prze­rwy w regałach:
- Popro­szę jesz­cze po super­dłu­gim pudeł­ku Bim­ba­no dla każdego!
- Te są naj­lep­sze, sami zoba­czy­cie. Czy­sta kla­sy­ka — powie­dzia­ła do gru­py tło­czą­cej się w takiej odle­gło­ści od lady, żeby coś widzieć, po czym z wpra­wą zabra­ła się za pako­wa­nie. Czę­sto się­ga­ła pod ladę. Sto­sy i kup­ki w bły­ska­wicz­nym tem­pie zamie­nia­ły się w prze­ślicz­nie wyglą­da­ją­ce pacz­ki. Każ­da była innej wiel­ko­ści i w innym papie­rze. Spod dużych kokard wysta­wa­ły ele­ganc­kie bile­ty z imio­na­mi. Jul­ka przy­glą­da­ła się temu oniemiała.
- Ona tak zawsze paku­je pre­zen­ty — szep­nę­ła jej na ucho Milka.
- Jak to prezenty?
- Tak, to pre­zen­ty. A na doda­tek NA PEWNO do paczek wło­ży­ła nie­spo­dzian­ki wybra­ne przez sie­bie spe­cjal­nie dla każ­de­go z nas. Każ­dą inną. Ona wszyst­kim roz­da­je to, co ma najlepszego.
Do pra­cu­ją­cej w sku­pie­niu Awe­lii pod­szedł bury kot z ogo­nem w róż­no­ko­lo­ro­we paski i zaczął się jej ocie­rać o buty na zupeł­nie pła­skim obcasie.
- Możesz naj­wy­żej dostać po uszach, kocie — powie­dzia­ła do nie­go, bo wie­dzia­ła, że zna się na żar­tach i jest pewien, że jak tyl­ko skoń­czy, poda mu miskę mle­ka, o któ­rą mu chodziło.
- Czy ta książ­ka jest do kupie­nia? — zapy­ta­ła Bajka.
Otwar­ła leżą­cą na ladzie wiel­ką księ­gę. Z okład­ki prze­czy­ta­ła: wszy­scy kró­lo­wie i kró­lo­we po kolei. Na każ­dej stro­nie sta­ła inna kró­lo­wa albo król. Wyglą­da­li jak żywi.  Ilu­stra­cje były obez­wład­nia­ją­co piękne.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Nie, to nie jest na sprze­daż. To jest książ­ka, któ­rą młod­szy subiekt Miko­łaj dostał w dzie­ciń­stwie za karę.
- Jak to?
- Był nie­grzecz­ny w świe­tli­cy szkol­nej i pani kaza­ła mu usiąść w kącie i ryso­wać. Potem wysła­ła jego rysu­nek na kon­kurs i subiekt Miko­łaj dostał pierw­szą nagrodę.
- A co ty tu wła­ści­wie robisz, cio­ciu, cały­mi dnia­mi, kie­dy nie ma kupu­ją­cych? — zapy­ta­ła Julka.
Kró­lo­wa usia­dła na chwi­lę, żeby sobie odsap­nąć. Pacz­ki pię­trzy­ły się na ladzie, a koni­ki zer­ka­ły na nie ukrad­kiem, prze­stę­pu­jąc z kopy­ta na kopy­to. Uda­wa­ły, że się nie niecierpliwią.
- Moja spe­cjal­ność to chi­tek­tu­ra, spe­cjal­na tek­tu­ra, z któ­rej moż­na budo­wać nawet domy. Budo­wa­nie praw­dzi­wych domów z tek­tu­ry jest zresz­tą ostat­nio coraz bar­dziej popu­lar­ne, przy­szło do nas z dale­kich kra­jów. Ale ja nie budu­ję domów. Robię tyl­ko makie­ty zam­ków z ogro­da­mi, bo to mnie naj­bar­dziej inte­re­su­je. Trzy­mam je tutaj pod ladą.
- Makie­ty?
- Mapy prze­strzen­ne, widać na nich wszyst­ko tak jak napraw­dę, tyl­ko w pomniejszeniu.
- Czy to zna­czy, że znasz się tro­chę na mapach? — konik w kolo­rze sko­rup­ki od jaj­ka wysu­nął się przed innych. Awe­lia wychy­la­ła się zza lady, żeby ich wszyst­kich widzieć.
- Mapy to moja inna spe­cjal­ność, a dla­cze­go pytasz?
- Bo my — konik popa­trzył na innych i mówił dalej — doku­men­tu­je­my tajem­ne przej­ścia w zam­ku. Żeby pomóc Wiel­kie­mu Napraw­cze­mu. Robi­my to w tajem­ni­cy, bo to ma być nie­spo­dzian­ka. No i wła­śnie nie wie­my, jak to dobrze nano­sić na nasze pla­ny, bo przej­ścia czę­sto prze­cho­dzą z pię­tra na piętro.
Awe­lia, któ­ra cały czas słu­cha­ła z wiel­ką uwa­gą, naj­wy­raź­niej wzbu­dza­ła w nich zaufanie.
- A poza tym — wtrą­cił Jasno­brą­zo­wy — jest coś jesz­cze gorszego.
Awe­lia cze­ka­ła na dal­szy ciąg spo­koj­nie i ze zrozumieniem.
Cho­dzi o to — cią­gnął Jasno­brą­zo­wy — że ostat­nio doszli­śmy tajem­nym przej­ściem do takie­go miej­sca na naj­niż­szym pię­trze, w któ­rym jest w pod­ło­dze dziu­ra. To by nie było nic dziw­ne­go, bo w zam­ku jest dużo dziur, ale cho­dzi o to, że kie­dy wkła­da­my tam gło­wę, żeby coś zoba­czyć, nie widać nic.
- Jak to nic? — zapy­ta­ła Awelia.
- No nic. Tam jest jakoś tak jasno­be­żo­wo-sza­ro i wyda­je się, że patrzy­my na wiel­ką otwar­tą prze­strzeń, a to prze­cież nie­moż­li­we. W dodat­ku, kie­dy robi­my hu huuu sły­szy­my tyl­ko jakieś nie­sa­mo­wi­te dźwięki.
- Czy możesz mi poka­zać to miej­sce na pla­nie? — zapy­ta­ła Awe­lia, po czym doda­ła uspo­ka­ja­ją­co: — dźwię­ki, to na pew­no tyl­ko echo.
- Konik w kolo­rze sko­rup­ki od jaj­ka wyjął poskła­da­ne kart­ki z blo­ku z tor­by przy siodle.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Na widok mapy Awe­lia bar­dzo się oży­wi­ła. Obej­rza­ła miej­sce dokład­nie, po czym, pochy­lo­na do zie­mi, zaczę­ła cze­goś szu­kać pod ladą, któ­ra bie­gła naoko­ło całe­go skle­pu. Koni­ki wyobra­zi­ły sobie, ile może się pod nią zmie­ścić makiet. Awe­lia wyję­ła jed­ną z nich:
- Opra­co­wy­wa­łam kie­dyś te oko­li­ce. Jeże­li prze­szło­by się tędy… — powie­dzia­ła wkła­da­jąc palec pod kamien­ne scho­dy zro­bio­ne z tek­tu­ry… Myślę, że będę mogła wam pomóc to wyja­śnić. Muszę tyl­ko zna­leźć inną część tej makiety.

Sza­ry, któ­re­mu nie uda­ło się dopchać nawet w pobli­że makie­ty i nie widział nic z tego, co dzia­ło się na ladzie, roz­glą­dał się po kolo­ro­wych pół­kach. W jed­nym z rogów skle­pu wypa­trzył pisa­ki z czap­ka­mi kra­sno­lud­ków zamiast zakrę­tek. Pod­szedł bli­żej. Wzrok miał dobry, więc nie miał wąt­pli­wo­ści, że czap­ki były praw­dzi­we. Z czer­wo­ne­go mate­ria­łu  i obszy­te futerkiem.
- O, nie nie, te są bez­na­dziej­ne. Nie piszą. Przeda­to­wa­ne i cał­kiem wyschnię­te — Sza­ry aż pod­sko­czył na sło­wa młod­sze­go subiek­ta Miko­ła­ja, któ­ry sta­nął za nim zupeł­nie niespodziewanie.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Nie­chęt­nie ode­rwał wzrok od pół­ki, bo minia­tu­ro­we czap­ki  bar­dzo mu się podo­ba­ły. W tym samym momen­cie zorien­to­wał się, że wszy­scy zbie­ra­ją się do wyj­ścia razem z Wiel­kim Napraw­czym, któ­ry po nich przy­szedł. Sza­ry pobiegł ode­brać swo­ją pacz­kę. Zawi­nię­tą w bor­do­wy atłas z dużą kokar­dą. Kie­dy szedł do drzwi jako ostat­ni, zauwa­żył, że mło­da pogod­na kobie­ta z wizy­tów­ką „Zuza — star­sza prze­ło­żo­na młod­sze­go subiek­ta“, wsu­nę­ła mu do puste­go bukła­ka na wodę jeden pisak z czap­ką kra­sno­lud­ka. Zuza, któ­ra przy­szła wła­śnie do pra­cy, zdą­ży­ła jesz­cze ser­decz­nie wszyst­kich uścisnąć.
- Idź­cie z Bogiem! — powie­dzia­ła Awe­lia sto­jąc w drzwiach i uśmiech­nę­ła się do nich na poże­gna­nie. W tym momen­cie wyda­ła im się znacz­nie młod­sza. Koni­ki były zachwy­co­ne jej rzę­sa­mi, któ­re w świe­tle zacho­dzą­ce­go słoń­ca sta­ły się zupeł­nie sza­fi­ro­we. Tak ją zapamiętali.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami