Busko-Zdrój po woj­nie. Jola, cór­ka Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Potem nasta­ły inne cza­sy. Przy­cho­dzi­li nowi ludzie, nie wia­do­mo jak nasta­wie­ni, bra­ko­wa­ło zaufa­nia, doszło do tego, że w miesz­ka­niu nie mie­li­śmy żad­ne­go adre­su, aby w razie rewi­zji unik­nąć jakie­go­kol­wiek punk­tu zacze­pie­nia. Ale w każ­dym tur­nu­sie (co mie­siąc) musia­ła się odbyć zaba­wa dla kura­cju­szy, oczy­wi­ście orga­ni­zo­wa­na przez miej­sco­we panie. Tak się kie­dyś zda­rzy­ło, że cier­pia­łam na jakąś infek­cję skó­ry i na policz­kach uka­zy­wa­ła mi się chro­sta, któ­ra wzbie­ra­ła i po pew­nym cza­sie pęka­ła, kil­ka razy wła­śnie w tym okre­sie przy­go­to­wy­wa­nia zaba­wy i stąd sko­ja­rzy­ły mi się one wła­śnie z tą chro­stą: czy chcesz, czy nie, ona musi być i roz­wi­nąć się.

Wymy­śla­ły­śmy róż­ne nie­spo­dzian­ki, koty­lio­ny, mig­da­ło­we­go kró­la. Zaba­wy w sana­to­rium mia­ły dobrą opi­nię w mie­ście Busku i chęt­nie stam­tąd zja­wia­li się goście. Bywa­ło, że przy­jeż­dża­li nasi zna­jo­mi z Kielc. Raz w cza­sie zaba­wy robi­ły­śmy lote­rię, na któ­rej wszyst­kie fan­ty były środ­ka­mi sto­so­wa­ny­mi na reu­ma­tyzm np. oli­wiar­ka do oli­wie­nia trzesz­czą­cych sta­wów, a wszel­kie nasze pomy­sły reali­zo­wa­li pra­cow­ni­cy z admi­ni­stra­cji, bo nie­raz trze­ba było coś przy­ciąć z bla­chy, lutować.
Do fan­tów ukle­ci­ły­śmy wier­szy­ki w rodza­ju: spi­ry­tus mrów­ko­wy na reu­ma­tyzm bar­dzo zdro­wy, mrów­ki busko­we wydaj­ne, bo uro­dzaj­ne (kara­lu­chy). Z tym fan­tem zda­rzy­ła się prze­za­baw­na histo­ria: do bute­lecz­ki, w któ­rej pły­wa­ło kil­ka kara­lu­chów przy­cze­pio­na była recep­ta. Wygrał ją jeden z wyż­szych urzęd­ni­ków zakła­du zdro­jo­we­go, któ­ry na dru­gi dzień wyjeż­dżał na dele­ga­cję zaraz rano. Przy­nie­sio­ną bute­lecz­kę posta­wił na szaf­ce noc­nej, a miał mat­kę sta­rusz­kę, cier­pią­cą na reu­ma­tyzm, któ­ra po jego wyjeź­dzie zna­la­zła tę mik­stu­rę i zachwy­ca­ła się, jakie­go ma dobre­go syna, że nawet w pośpie­chu o mat­ce pamiętał.
Zaba­wy w Syl­we­stra to był jesz­cze wyż­szy styl, z cza­pecz­ka­mi, z wodzi­re­jem, ze wspa­nia­łym bufe­tem, któ­ry nie mógł być defi­cy­to­wy, więc pozo­sta­łe tor­ty musie­li ofi­ce­ro­wie wyku­pić do pry­wat­ne­go użyt­ku. To ci były cza­sy, teraz zjadł­by czło­wiek chęt­nie, ale skąd wziąć? Wygod­ne dla nas było, że idąc na bal syl­we­stro­wy nie wycho­dzi­ły­śmy z budyn­ku i w każ­dej chwi­li mogły­śmy zaj­rzeć do dzieci.

A dzie­ci bar­dzo się kocha­ły, dzie­li­ły się wszyst­kim, nigdy jed­no nie pod­ja­da­ło dru­gie­go. Nim roz­po­czę­ły się tań­ce, pierw­sze do bufe­tu przy­cho­dzi­ły dzie­ci, aby sobie coś wybrać do kola­cji. Kie­dyś zaży­czy­ły sobie pącz­ki, a wła­śnie na zaba­wie miał być z pącz­ków wylo­so­wa­ny mig­da­ło­wy król. I for­mal­nie mig­da­ło­wym kró­lem zosta­ło jed­no z naszych dzie­ci, ale, że w pro­gra­mie zaba­wy była ta impre­za, więc wepchnę­ły­śmy mig­dał do inne­go pącz­ka w bufe­cie i zaba­wa poto­czy­ła się prze­wi­dzia­nym trybem.

Powo­jen­ne lato w Busku-Zdro­ju. Dzie­ci Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci, i ich koleżanki.

Zwy­czaj podzia­łu łako­ci mię­dzy sie­bie, utrzy­mał się dłu­go, jesz­cze w Gli­wi­cach, gdy Ewa była już na stu­diach, wszyst­kie jedzo­ne pychot­ki odkła­da­li dla niej do osob­nej toreb­ki na jej pół­ce w sza­fie. Ewa w cza­sie wizyt w domu wysy­py­wa­ła jej zawar­tość i ze śmie­chem oglą­da­ła, co oni jedli pod­czas jej nieobecności.
Jako żona ofi­ce­ra mia­łam pra­co­wać nad uświa­do­mie­niem poli­tycz­nym żeń­skie­go per­so­ne­lu sana­to­rium, bo wyty­po­wa­no mnie do tej pra­cy i cho­ciaż mając małe dziec­ko (Pio­tra) powin­nam być zwol­nio­na od pra­cy spo­łecz­nej, nie potra­fi­łam się wymó­wić i urzą­dza­łam z pra­cow­ni­ca­mi sana­to­rium „pra­sów­ki” i wysy­ła­łam spra­woz­da­nia o wyko­na­nym zada­niu. W ramach pra­cy spo­łecz­nej pro­wa­dzi­łam skle­pik kan­ty­nę wewnątrz sana­to­rium, gdy kura­cju­sze skar­ży­li sią na odle­głość od mia­sta. Skle­pik otwar­ty był przez godzi­nę po każ­dym posił­ku, a sprze­da­ją­ca w nim poko­jów­ka dosta­wa­ła dodat­ko­we wyna­gro­dze­nie. Towar był dosyć róż­no­rod­ny: pape­te­ria, papie­ro­sy, znacz­ki, sło­dy­cze, tro­chę kosme­ty­ków i ceny musia­ły być tak skal­ku­lo­wa­ne, aby zaro­bek nie prze­kra­czał 5 gr, cukier­ki sprze­da­wa­ło się na sztu­ki, bo nie mia­ły­śmy wagi i mimo tak gro­szo­wych zarob­ków, gdy zda­wa­łam kasę przed wyjaz­dem do Gli­wic, było w niej 3000 zł (prze­zna­czo­ne na ogró­dek jor­da­now­ski dla sana­to­ryj­nych dzie­ci), a prze­cież zaczy­na­ły­śmy z 400 zł poży­czo­ny­mi od dr Anysz­ka i tyleż od Wiciń­skie­go. Odda­ły­śmy dłu­gi, poko­jów­ka otrzy­my­wa­ła pen­sję i raz skle­pik okradziono.

Stąd widać że han­del to pew­ne źró­dło docho­du, sko­ro nawet mnie się powio­dło, a Kra­mar­scy w tym kie­run­ku nie wyka­zu­ją żad­nych talen­tów. Ja tak bar­dzo nie lubią­ca mieć do czy­nie­nia z cudzy­mi pie­niędz­mi, po uło­że­niu dzie­ci do snu, bra­łam się do spraw­dze­nia kasy, któ­ra musia­ła zga­dzać się co do gro­sza, bo przy­jeż­dża­ją­ca z Kra­ko­wa kon­tro­la finan­so­wa wzy­wa­ła mnie do przed­sta­wie­nia rachun­ków, a więc gdy cza­sem jakiś grosz mi się gdzieś zaplą­tał, Zenek poświę­cał nie­raz cały wie­czór, aby go odnaleźć.

Pro­wa­dzi­łam rów­nież zespół ama­tor­ski z pra­cow­nic sana­to­rium. Oczy­wi­ście na wszyst­kie pró­by doro­słych zabie­ra­łam dzie­ci i w ten spo­sób na sali mia­łam pró­bę, a potem w domu przed­sta­wie­nie, bo dzie­ci chwy­ta­ły chy­ba szyb­ciej od doro­słych i prze­za­baw­nie ich odgrywały.

W ogó­le dzie­ci dały mi w życiu dużo zado­wo­le­nia, były rado­sne i szcze­re, po pro­stu praw­dzi­we dzie­ci, nie­wy­pa­czo­ne. Gdy star­sze dziew­czyn­ki prze­szły do gim­na­zjum, posze­rzy­ło się gro­no naszych zna­jo­mych i cia­ło peda­go­gicz­ne, a tak­że zna­leź­li­śmy tam przy­ja­ciół miłych i dow­cip­nych: wycho­waw­cę Ewy, pro­fe­so­ra Zbi­gnie­wa Czar­nec­kie­go i jego żonę Ele­ono­rę, któ­ra uczy­ła śpie­wu i dyry­go­wa­ła chó­rem, więc przez młod­sze nasze dzie­ci nazy­wa­na była „dry­gacz­ką”.

Busko-Zdrój po woj­nie. Jola i Kry­sia, cór­ki Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Odle­głość do szko­ły im się nie zmie­ni­ła, bo liceum było naprze­ciw­ko pod­sta­wów­ki. Przed budyn­kiem stał pomnik Kościusz­ki, któ­ry spe­cjal­nie fra­po­wał Jolan­tę i kil­ka­krot­nie pyta­ła mnie, gdzie jest pani Kościusz­ko­wa? Nigdy nie doszłam, dla­cze­go nur­to­wa­ło ją to pyta­nie. W r. 1951 zaczę­ła do szko­ły cho­dzić Jola, ogrom­nie tym prze­ję­ta, a bar­dzo dzie­cin­na. Gdy przy­nio­sła pół­rocz­ne świa­dec­two, na któ­rym w poprzek było napi­sa­ne „bar­dzo dobrze”, oznaj­mi­ła mi, że Mary­sia (kole­żan­ka z któ­rą wra­ca­ła ze szko­ły) ma zupeł­nie takie same świa­dec­two, tyl­ko ma napi­sa­ne „dosta­tecz­nie”. Cho­dzi­ła rów­nież na lek­cje muzy­ki z dobry­mi wyni­ka­mi. Pew­ne­go dnia idąc na lek­cję muzy­ki Jola sto­czy­ła bitwę z zacze­pia­ją­cym ją chło­pa­kiem, wiel­kim urwi­sem, a bro­ni­ła się wyma­chu­jąc koper­tą, w któ­rej nio­sła mie­sięcz­ną opła­tę za pobie­ra­ne lek­cje. Po sto­czo­nej potycz­ce wrę­czy­ła nauczy­ciel­ce pustą koper­tę, bo nie wie­dzia­ła, że wyle­cia­ła z niej zawar­tość. Nauczy­ciel­ka przez okno obser­wo­wa­ła zaj­ście, ale pie­nią­dze nie zna­la­zły się.

Mniej wię­cej do r. 1950 wszyst­ko ukła­da­ło się pomyśl­nie. Byli­śmy zdro­wi, zado­wo­le­ni, obo­wiąz­ków nie trak­to­wał nikt jako zło koniecz­ne. Mie­li­śmy czas na sport, spa­ce­ry, dużo tań­czy­li­śmy, bo oprócz zabaw na miej­scu, bywa­li­śmy rów­nież na zaba­wach szkol­nych, zresz­tą świet­nych. Ten zwy­czaj w Busku, że rodzi­ce bawi­li się razem z mło­dzie­żą uwa­żam za bar­dzo miły i wycho­waw­czy. Z uczniów na zaba­wę mie­li wstęp tyl­ko bez­dwój­ko­wi, może to dość naiw­ny doping, ale sku­tecz­ny. Na tych zaba­wach był wspa­nia­ły nastrój i tem­po. Pozna­li­śmy śro­do­wi­sko, w któ­rym obra­ca­ją się nasze cór­ki, nigdy nie bra­ko­wa­ło nam tema­tów do roz­mo­wy, mogli­śmy wpły­wać na ich świa­to­po­gląd. Star­sze dziew­czyn­ki zaczę­ły już wcho­dzić w świat, mie­wa­ły sym­pa­tie i one też bywa­ły przed­mio­tem zain­te­re­so­wań. Dzie­li­ły się z nami spo­strze­że­nia­mi, przy­ta­cza­ły treść roz­mów, któ­re je spe­cjal­nie zain­te­re­so­wa­ły, cyto­wa­ły wypo­wie­dzi, któ­re na nich zro­bi­ły wra­że­nie, bywa­ło, że pozna­jąc mło­de­go czło­wie­ka, zna­łam go już, choć nigdy przed­tem go nie widziałam.

Młod­sze też zdra­dza­ły już swo­je zain­te­re­so­wa­nia, któ­re jesz­cze nie jeden raz mia­ły ulec zmia­nie, np. Kry­sty­na za naj­pięk­niej­szy zawód uwa­ża­ła bycie panią pracz­ką. Każ­de­go wie­czo­ru przed zaśnię­ciem zdję­te z sie­bie ubra­nie pra­ła w kwa­dra­cie od koł­dry, dokład­nie naśla­du­jąc ruchy pracz­ki i roz­wie­sza­ła na siat­ce łóżecz­ka i dopie­ro w tym niby stry­chu kła­dła się spać, w ogó­le uwiel­bia­ła chla­pać się w wodzie, ale teraz jej to prze­szło. Nato­miast Jola mia­ła od dziec­ka zmysł orga­ni­za­cyj­ny, dużo uczuć opie­kuń­czych i łatwość wyra­bia­nia sobie auto­ry­te­tu i to jej nie prze­szło, w tym podob­na jest do ojca. Piotr był jesz­cze dziec­kiem, sam sie­bie nazy­wał „Pio­truś Półnusek”.

Dom był bar­dzo rodzin­ny, gościn­ny i roz­śpie­wa­ny, Nawet Pio­trek wyśpie­wy­wał: Ta mi ta mi tuta­li, ta mi ta mi tuta­li, cho­ciaż sło­wa mu nie wycho­dzi­ły. Czę­sto przy­cho­dzi­ły kole­żan­ki dziew­czy­nek, widocz­nie lubi­ły być u nas, Baś­ka Dzia­nott, któ­ra przy­jeż­dża­ła od cza­su do cza­su (bo prze­cież razem z Mary­ną wycho­wy­wa­ły się, nie­raz cały dzień w Sol­cu spę­dza­ła z nami, pan­na Hele­na przy­cho­dzi­ła po nią w porze spa­nia) cie­szy­ła się, że u nas zawsze coś się dzie­je. Na przy­kład Jolan­ta zamknę­ła się w kuch­ni na klucz i nie potra­fi­ła otwo­rzyć, a gdy pole­ci­li­śmy jej wyrzu­cić klucz przez okno, wpu­ści­ła go mię­dzy podwój­ne szy­by. Dobie­ra­li­śmy klu­cze, bie­ga­li po ślu­sa­rza, a Baś­ka zachwy­co­na: „ale kino”.

Kryś­ka zna­la­zła kot­ka, maleń­kie­go i cho­re­go na żołą­dek. Było z nim wie­le kło­po­tów, nim wydo­ro­ślał i stał się porząd­nym domow­ni­kiem. Kot był bar­dzo uży­tecz­ny, bo w jesie­ni wszyst­kie myszy z ogro­du gar­nę­ły się do budyn­ku i wycho­dzi­ły po ścia­nach, a że wypra­wa budyn­ku była chro­po­wa­ta, nie spra­wia­ło im to trud­no­ści. Aż dziw­ne, że nawet odważ­ni ludzie boją się myszy. Kie­dyś mysz uwi­ła gniaz­do w koszu z narzę­dzia­mi lekar­ski­mi, sie­dzia­ła cała rodzi­na myszek i nikt nie miał odwa­gi ich wyjąć, dopie­ro Zenek doka­zał tej sztu­ki. Kie­dyś Zoś­ka, nia­nia Pio­tra, któ­ra chy­ba potra­fi­ła­by łeb ukrę­cić dia­błu, na widok myszy wysko­czy­ła przez bal­kon z poko­ju dziew­czy­nek (miesz­ka­li­śmy na par­te­rze) i pobie­gła do żoł­nie­rzy po pomoc, a oka­za­ło się, że ucie­ka­jąc pchnę­ła łóż­ko i udu­si­ła mysz przy­ci­ska­jąc ją do ścia­ny, wyskok był po niewczasie.

Pew­ne­go dnia Ewa i Mary­na spę­dzi­ły kil­ka godzin w świe­tli­cy żoł­nier­skiej, gdzie poszły wyciąć z gaze­ty por­tret Sta­li­na. W mię­dzy­cza­sie mysz usia­dła na futry­nie drzwi i żad­na z nich nie mia­ła odwa­gi tych drzwi otwo­rzyć, a w świe­tli­cy nie zja­wił się żaden czy­tel­nik. Dopie­ro ja, gdy nie­obec­ność ich się prze­dłu­ża­ła i nad­cho­dził czas kola­cji, zna­la­złam je sto­ją­ce na sto­le w oba­wie przed tą myszą.

Dru­gą pla­gą były plu­skwy. W Sol­cu nawet w naj­gor­szych rude­rach nigdy się nie tra­fia­ły, tutaj w luk­su­so­wym miesz­ka­niu z daw­na się gnieź­dzi­ły, bo już jak się wpro­wa­dza­li­śmy, ktoś wie­dzą­cy o tej pla­dze uprze­dził nas, ale ja nie wie­rzy­łam. Teraz pro­wa­dzi­li­śmy nie­usta­ją­cą wal­kę z tymi nie­zmier­nie odpor­ny­mi roba­ka­mi i pro­szek DDT sto­so­wa­li­śmy, i świe­cę dym­ną pali­li­śmy w uszczel­nio­nym miesz­ka­niu. Ileż to tru­du było uszczel­nić tak prze­wiew­ne pomiesz­cze­nia, a one nic. Dopie­ro w przed­dzień wyjaz­du do Gli­wic, Jachur w oba­wie, aby nie prze­wieźć tych insek­tów do nowe­go miesz­ka­nia spro­wa­dził z Kra­ko­wa eki­pę ze sprę­żo­nym azo­tok­sem i oni doko­na­li takie­go spu­sto­sze­nia, że pozby­li­śmy się na zawsze przy­kre­go towa­rzy­stwa, Pio­trek kie­dyś na widok idą­cej po ścia­nie plu­skwy zawo­łał do mnie Mama, plu­skwa, przy­nieś pręd­ko ZMP.

W cią­gu lata goście kolej­no się zmie­nia­li. Przy­jeż­dża­li Maria­no­wie z Andrze­jem, kie­dyś nawet ze słu­żą­cą, Ada­mo­wie z Majaś­ką, a Mamu­sia ze Ste­fa­nem. Chy­ba wszyst­kie waka­cje spę­dzo­ne w Busku uwa­ża­ją za uda­ne oprócz jed­nych, któ­re tyl­ko dzię­ki Bogu nie skoń­czy­ły się tra­gicz­nie. Otóż Jola zacho­ro­wa­ła na jakąś nie­ty­po­wą cho­ro­bę; jak to zwy­kle w rodzi­nach lekar­skich, nikt nie wie­dział, co jej jest, a że prze­bieg był lek­ki, cho­ciaż nie­co przy­dłu­gi, nie sto­so­wa­li­śmy żad­nych środ­ków ostroż­no­ści. Dzie­ci bawi­ły się w jej poko­ju, moje i sąsia­dów, Maj­ka Wiciń­ska racz­ko­wa­ła po pod­ło­dze. Przy­je­cha­li Maria­no­wie i nawet Andrzej, któ­ry posiadł nie­zwy­kły dar łapa­nia wszel­kich infek­cji na przy­kład dyfte­ryt miał w nosie, ina­czej niż ogół, tym razem nie zara­ził się. Po odjeź­dzie Maria­nów nastą­pi­ła zmia­na tur­nu­su i zja­wi­li się Ada­mo­wie z Majaś­ką. Po kil­ku dniach ich poby­tu Jola zaczę­ła się łusz­czyć (szkar­la­ty­na), ale już było póź­no na odse­pa­ro­wa­nie. Zacho­ro­wa­ła Majaś­ka. Ada­mo­wie cały pobyt spę­dzi­li przy jej łóżecz­ku, na zmia­nę wycho­dzi­li na spa­ce­ry. Cho­ro­ba mia­ła rów­nie nie­ty­po­wy prze­bieg, co u Joli. Po powro­cie do Kra­ko­wa zacho­ro­wa­ła Mary­sia bar­dzo cięż­ko z kom­pli­ka­cja­mi, łącz­nie z czę­ścio­wym para­li­żem twa­rzy. Znam dokład­ny prze­bieg z opo­wia­da­nia mamu­si. Adam, jak wspo­mi­na, jesz­cze teraz ma łzy w oczach. Nie­dłu­go potem uro­dził się Janek. Choć lecze­nie było bar­dzo inten­syw­ne, przy uży­ciu naj­no­wo­cze­śniej­szych środ­ków, dziec­ko przy­szło na świat zdro­we i wyrósł z nie­go rosły, oka­za­ły człowiek.

Andrzej był dziec­kiem żywym i nigdy nie wia­do­mo było, co wymy­śli. Gdy zoba­czył małą Kry­sty­nę (chy­ba mia­ła ze trzy mie­sią­ce) sko­rzy­stał z nie­obec­no­ści doro­słych, wyjął ją z beci­ka i leżąc na wznak trzy­mał na wycią­gnię­tych rękach ponad swo­ją gło­wą. Wcho­dząc do drzwi obo­je z Jachu­rem stra­ci­li­śmy mowę, myśla­łam, że dziec­ko jest nie­ży­we, Jachur jed­nym susem dopadł do nie­go i wte­dy dopie­ro mała zaczę­ła pła­kać. Dopó­ki odby­wa­ła napo­wietrz­ną podróż, nie pisnę­ła. W cza­sie waka­cyj­nym musie­li­śmy powięk­szać ilość miejsc przy sto­le, więc przy­su­wa­li­śmy maszy­nę do szy­cia, na któ­rej były nakry­cia dla Joli i Andrze­ja. Ten miał pasję szy­cia na maszy­nie pod­czas spo­ży­wa­nia posił­ku, co Zochę regu­lar­nie wypro­wa­dza­ło z rów­no­wa­gi. Kie­dyś usma­ży­łam powi­dła i pięk­nie zapie­kłam je w kamien­nych garn­kach. Rano zdu­mio­na spo­strze­głam, że wszyst­kie powi­dła mają pobu­rzo­ną powierzch­nię, cała robo­ta na nic. Po prze­pro­wa­dze­niu śledz­twa spraw­ca się nie zna­lazł. Wte­dy w przy­stę­pie bez­sil­no­ści gło­śno oznaj­mi­łam, że jeże­li nikt się nie przy­zna, idę z domu. Przy­zna­ła się Jola, ale nie umia­ła poka­zać, jak to zro­bi­ła. Potem przy­szła słu­żą­ca Maria­nów i mówi: pani podob­no pyta­ła, kto to zro­bił. Prze­cież to Andrzej. Marian zła­pał go i: Cze­mu się nie przy­zna­łeś? A on: Bo sobie zapo­mnia­łem. Widzie­li­ście filutka.

Jola, cór­ka Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.