“Owoc pękł – i mokrym świtem oróżowił miejską ziemię. Zawieszony pod sufitem w żyrandolu tajniak drzemie!” – napisał poeta w nieśmiertelnym poemacie “Bal w Operze” (“Dzisiaj wielki bal w Operze, sam potężny Archikrator dał najwyższy protektorat. Wszelka dziwka majtki pierze i na kredyt kiecki bierze.”) A jak Archikrator, to oczywiście i tajniaki, bo bez tajniaków, co to się rozmnożyli “jak grzyb trujący i pokrzywa”; wiadomo; nie tylko żaden bal odbyć się nie może, a cóż dopiero – przesilenie rządowe? Więc pękł – ale nie tyle owoc, co wrzód na ciele Zjednoczonej Prawicy, nabrzmiewający od ponad 2 lat, a może nawet wcześniej.

        W ogóle nie ma pewności, czy pobożny poseł Jarosław Gowin – bo to o nim mowa – przeszedł do trzódki Naczelnika Państwa, buńczucznie nazywanej “Zjednoczoną Prawicą” na skutek jakichś otchłannych przełomów ideowych, czy też zwyczajnie – był kukułczym jajem, podrzuconym Jarosławowi Kaczyńskiemu przez stare kiejkuty?

        Ta druga możliwość jest całkiem prawdopodobna, jako że pobożny Jarosław Gowin był przecież w rządzie premiera Tuska nie byle jakim ministrem – tylko ministrem sprawiedliwości, co to za pośrednictwem niezawisłych sędziów, co to przecież też mają swoich oficerów prowadzących – decyduje, kto pójdzie do lochu, a kto nie. Toteż, jak pamiętamy, mimo rozmaitych fałszywych pogłosek o aferach, jakie krążyły po mieście, do lochu nikt nie poszedł, a kiedy w sprawie Amber Gold coś już trzeba było zrobić, to  niezależna prokuratura wszczęła energiczne kroki dopiero wtedy, gdy forsa zniknęła w sinej dali, a w charakterze winowajcy wsadzony do lochu został Marcin Plichta, pełniący tam rolę słupa. Niezawisłe sądy w słynącym z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym w ogóle, ale to w ogóle panem Marcinem Plichtą nie interesowały, chociaż ciążyły na nim już kondemnatki i to w całkiem sporej liczbie. Ale jak nie ma rozkazu, to wiadomo; niezawisłe sądy powinność swej służby rozumieją.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

        Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że wtedy  Jarosław Gowin nie był już ministrem sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, za to faworyt starych kiejkutów, prezydent Bronisław Komorowski powołał go w skład Rady Bezpieczeństwa Narodowego, która decyduje, kto jest wrogiem ludu i komu zrywamy paznokcie, a komu zostawiamy.

        Jak widzimy, pobożny poseł Gowin krok po kroku do coraz wyższych piął się grządek, aż trafił do PiS. W 2015 roku, kiedy to Nasz Najważniejszy Sojusznik dokonywał podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, pobożny poseł Gowin już dawno zapomniał o swoim epizodzie z Platformą, która właśnie tonęła i dokonał jedynie słusznego wyboru, dołączając do trzódki Naczelnika Państwa, za co został wynagrodzony stanowiskiem wicepremiera i ministra nauki. Głęboka rekonstrukcja rządu w roku 2017 nic mu nie zaszkodziła, przeciwnie – w rządzie premiera Morawieckiego też piastował stanowisko wicepremiera i ministra – jak nie od nauki, to ministra rozwoju, pracy i technologii. Co taki minister robi? Jak to co? Rozwija się, pracuje i doskonali się technologicznie.

        Co Polska z tego ma – tajemnica to wielka, ale nie o to chodzi, byśmy zgłębiali takie tajemnice, tylko o to, że premier Morawiecki właśnie pobożnego posła Gowina z rządu wywalił, o czym zainteresowany dowiedział się podobno z mediów. Czarę goryczy przelał występ wicepremiera Gowina z panią wiceminister Anną Kornacką, kiedy to schlastali “Polski Ład” za to, że obniża podatki poprzez ich podwyższanie, a w sprawie “lex TVN” pobożny poseł Gowin zaproponował poprawkę, by KRRiTV mogła nie dać koncesji stacji, której właściciel ma siedzibę poza OECD.

        Ponieważ USA do OECD należą, to TVN byłaby w takiej sytuacji całkowicie bezpieczna. Pobożny poseł Gowin swój upór w sprawie “Polskiego Ładu” tłumaczył potrzebą dochowania wierności  programowi Zjednoczonej Prawicy. Wszystko to być może – ale przecież Zjednoczona Prawica, wbrew swoim wyborczym obiecankom, nawprowadzała mnóstwo nowych podatków, które tylko dla zmylenia przeciwnika ponazywała “opłatami” – ale nie przypominam sobie, by pobożny poseł Gowin te niecne praktyki piętnował. Dlaczego napiętnował je akurat teraz, podobnie jak stanął dęba w sprawie “lex TVN” która dla Naczelnika Państwa jest najukochańszą duszeńką?

        Myślę, że składa się na to szereg zagadkowych przyczyn.

        Po pierwsze, Nasz Najważniejszy Sojusznik jest już Naczelnikiem Państwa coraz bardziej zniecierpliwiony. Prezydent Józio Biden, a zwłaszcza egeria tamtejszej administracji, pani Kamala Harris, nie może już doczekać się zwycięstwa rewolucji komunistycznej, więc sanacyjna etatyzacja gospodarki już im nie wystarcza, bo chcieliby oglądać triumf sodomitów i wszystkich możliwych dewiantów, a tymczasem  Naczelnik upiera się przy obyczajowym konserwatyzmie i nie chce doprowadzić do bliskiego spotkania III stopnia z panią Martą Lempart.

        Donald Tusk takich oporów nie ma i nawet odgraża się, że powyrzuca ze szkół krzyże – ale Donald Tusk jest faworytem Naszej Złotej Pani, która powierzyła mu zadanie zagospodarowania wpływów, jakie w Polsce odstąpił jej prezydent Józio Biden – więc nie nadaje się na ulubieńca Naszego Najważniejszego Sojusznika.

        Wydawało się, że faworytem Naszego Najważniejszego Sojusznika jest pan Szymon Hołownia, ale od powrotu Donalda Tuska na ojczyzny łono, obserwujemy proces stopniowego wygaszania pana Szymona. Nieomyślny to znak, że Nasz Najważniejszy Sojusznik upodobał sobie w jakimś innym faworycie, który na to upodobanie odpowiada sygnałami wierności i przywiązania, choćby w sprawie “lex TVN”, którą Żydzi, a zatem również i amerykańscy twardziele, co to przed Żydami skaczą z gałęzi na gałąź, traktują nade prestiżowo, jako wymierzony w nich policzek.

        Wreszcie jest jeszcze jedna przyczyna, dla której Nasz Najważniejszy Sojusznik mógł upodobać sobie w pobożnym pośle Gowinie.

        Przyczyny te podał w swoim czasie Kukuniek z tym, że odnosiły się one do pana dra Andrzeja Olechowskiego – że mianowicie ma on “zalety fizjologiczne i inne”.  Te “fizjologiczne” każdy widzi, a tych “innych” nie śmiem nawet się domyślać. Nie da się ukryć, że pobożny poseł Gowin, pod względem “zalet fizjologicznych” jest do pana doktora Olechowskiego bardzo podobny, a może nawet i pod względem tych “innych” – bo któż takie rzeczy może wiedzieć na pewno?

        Pan poseł Gowin bardzo pasuje do wizerunku ministra z “Zimy z wypisów szkolnych” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: “Hej tam w Warszawie jest pan minister, siwy i taki miły. Przez okno rzuca spojrzenia bystre…” – i tak dalej.

        No to dlaczego pobożny poseł Gowin nie miałby być ulubionym kandydatem Naszego Najważniejszego Sojusznika na tubylczego prezydenta w roku 2015?  Przecież ani na Naczelniku Państwa, który zresztą w 2023 roku obiecał przejść na polityczną emeryturę, ani na żadnym z jego pretorianów polegać nie można, a zresztą niech każdy sam powie: czy pan Mariusz Błaszczak musi być za swoje przywiązanie aż tak wysoko nagradzany?  I tak będzie kupował wszystko co trzeba, natomiast pobożny poseł Gowin nadaje się na kandydata w sam raz, bo wtedy polskim wyborcom zostanie przedstawiona alternatywa, o której mówił klasyk demokracji Józef Stalin – że bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane.

   Tymczasem Stare Kiejkuty, które po Międzynarodowej Konferencji Naukowej “Most” 18 czerwca 2015 roku, zostały przez Naszego Ponownego Najważniejszego Sojusznika  wciągnięte na listę “naszych sukinsynów”, na sygnał w centrali w Langley, zmobilizowały wszystkie swoje najgłębsze rezerwy, by demonstrowały w obronie TVN, “wolnych mediów” i “demokracji”. Wiadomo bowiem, że bez pani Anity Werner, pana Grzegorza Kajdanowicza i pani “Kasi” Kolendy-Zaleskiej żadnej demokracji u nas nie będzie, a czy USA mogą przyjaźnić się z kimś, u kogo nie ma demokracji? Nigdy w życiu, chociaż oczywiście od tej zasady zdarzają się wyjątki. Nie mówię już nawet o Arabii Saudyjskiej, od której każdy kraj mógłby się demokracji uczyć, ale nawet o Turcji, której prezydent potrafi zapakować do lochu nawet 1500 sędziów na raz – no ale Stanom Zjednoczonym zależy na utrzymaniu bazy lotniczej w Incirlik, więc rozumieją, że wyrywanie się z “demokracjami” w takich okolicznościach byłoby nieroztropne.

        Tymczasem Naczelnik Państwa, podobnie jak wcześniejsze rządy w Polsce, przyzwyczaiły Amerykanów, że Polsce można nawet nasrać na głowę, więc dlaczegóż to miałyby się powstrzymywać? Tym bardziej, że Stare Kiejkuty za wciągnięcie na listę “naszych sukinsynów” muszą się przecież odwdzięczyć, jak Bonasera Donowi Corleone w niezapomnianym filmie “Ojciec chrzestny”. Więc się odwdzięczają, a wraz z nimi – również widać jakoś od nich zależne te wszystkie “gwiazdy” z panem red. Jackiem Żakowskim na czele. Kiedyś był tylko prorokiem mniejszym przy red. Michniku, a teraz – patrzcie Państwo! Gwiazda! Czyż i u nas ludzie nie rosną wraz z krajem?

                     Stanisław Michalkiewicz