17-go Sierp­nia. Żywot świę­te­go Rocha, Patro­na prze­ciw zara­zie. (Żył oko­ło roku Pań­skie­go 1327)

        Roch świę­ty uro­dził się w Mont­pel­lier (czy­taj Mąpe­lie), mie­ście Połu­dnio­wej Fran­cyi, w roku 1295, jako jedy­ne dzie­cię bar­dzo majęt­nych rodzi­ców i zna­ko­mi­te­go pocho­dze­nia. Wybła­ga­li go oni u Boga dłu­go­trwa­łą i szcze­rą modli­twą. Przy­niósł Roch z sobą na świat zna­mię w kształ­cie czer­wo­ne­go krzy­ża na lewej pier­si, któ­re z postę­pem lat sta­wa­ło się coraz wyraź­niej­szem i widoczniejszem.

        Poboż­ni rodzi­ce uwa­ża­li w tem prze­po­wied­nię, że Bóg powo­łu­je ich syna do szcze­gól­nej dosko­na­ło­ści w naśla­do­wa­niu Ukrzy­żo­wa­ne­go i dali mu jak naj­sta­ran­niej­sze wycho­wa­nie. Bóg uwień­czył ich zacho­dy i sta­ra­nia skut­kiem jak naj­po­myśl­niej­szym. Sko­ro bowiem Roch doszedł lat dwu­na­stu, ojciec jego legł na łożu śmier­tel­nem i tak się do syna ode­zwał: „Miłe dzie­cię, czu­ję, że się zbli­ża ostat­nia moja godzi­na. Odda­ję ci prze­to mój testa­ment, a brzmie­nie jego jest nastę­pu­ją­ce: Miej zawsze Boga przed oczy­ma; co czy­nisz, czyń z Bogiem i dla Boga. Odzie­dzi­czysz po mnie obszer­ne dobra i znacz­ny mają­tek, ale nie olśnie­waj się bla­skiem jego, nie przy­wię­zuj się do nie­go całem ser­cem, miej raczej miło­sier­dzie nad ubo­gi­mi i potrze­bu­ją­cy­mi wspar­cia, a wte­dy Bóg ci bło­go­sła­wić będzie.“

        Sło­wa te kona­ją­ce­go ojca wyry­ły się w ser­cu i pamię­ci poczci­we­go chłop­ca. W kil­ka lat póź­niej odumar­ła go też i mat­ka, a Roch won­czas zale­d­wie lat 20 liczą­cy, wszedł w posia­da­nie całe­go rucho­me­go mająt­ku, powie­rzyw­szy admi­ni­stra­cyę nie­ru­cho­mo­ści wujowi.

 Do ostat­niej woli ojca zasto­so­wał się mło­dzie­niec jak naj­su­mien­niej i naj­skru­pu­lat­niej; hoj­nie obda­rza­jąc nie­szczę­śli­wych i ubo­gich, wszyst­ko czy­nił pota­jem­nie i w ukry­ciu, aby jał­muż­na nie tra­ci­ła w oczach Boga na war­to­ści. Wydaw­szy i wyczer­paw­szy wszyst­kie fun­du­sze i całą goto­wi­znę w praw­dzi­wem zna­cze­niu tego wyra­zu aż do ostat­nie­go gro­sza, pod­jął piel­grzym­kę do Rzy­mu. Przy­byw­szy do Flo­ren­cyi, gdzie pano­wał wiel­ki popłoch i oba­wa z powo­du wybu­chu zara­zy, zgło­sił się do jed­ne­go ze szpi­ta­li do posłu­gi cho­rych. Zarząd­ca szpi­ta­la spoj­rzał z podzi­wie­niem na dorod­ne­go i wykształ­co­ne­go piel­grzy­ma, pochwa­lił jego poświę­ce­nie, ale nie zata­ił przed nim, że pie­lę­gno­wa­nie cho­rych w tym laza­re­cie jest dla tak deli­kat­ne­go mło­dzień­ca połą­czo­ne z wiel­kim tru­dem i wie­lu nie­bez­pie­czeń­stwa­mi, doda­jąc zara­zem: „Nie śmiem wpro­wa­dzać cię do tego przy­byt­ku śmier­ci, smut­ku i bole­ści i brać na sie­bie tak cięż­kiej odpo­wie­dzial­no­ści.“ Roch uspo­ko­ił jego oba­wę i pono­wił proś­bę nastę­pu­ją­ce­mi sło­wy: „Czyż Pismo świę­te nie mówi, że za pomo­cą Bożą wszyst­ko jest możeb­nem, że tej pomo­cy nigdy nam nie zabrak­nie, jeśli nam jedy­nie o to cho­dzi, aby się Bogu przy­po­do­bać? Nie oba­wiam się ani tru­dów, ani nie­bez­pie­czeństw, pra­gnę wień­ca żywo­ta, a wie­niec dosta­nie się tyl­ko temu, co szcze­rze wal­czy i nie przy­wię­zu­je zbyt wiel­kiej war­to­ści do życia docze­sne­go. Zresz­tą nagro­da będzie tem więk­szą, im trud­niej­szą pra­ca.“ To oświad­cze­nie udo­bru­cha­ło zarząd­cę i przy­jął ofia­ro­wa­ne usługi.

        Roch pie­lę­gno­wał cho­rych z jak naj­więk­szem poświę­ce­niem, modlił się z nimi, nazna­czał ich czo­ła zna­kiem Krzy­ża świę­te­go, a wszy­scy, któ­rych prze­że­gnał, wra­ca­li do zdro­wia. Wyle­cze­ni wysła­wia­li gło­śno swe­go zbaw­cę, lubo ten kazał im dzię­ko­wać Bogu, a sie­bie pomi­jać mil­cze­niem. Gdy Rocho­wi pochwa­ły i hoł­dy się sprzy­krzy­ły, pobiegł do mia­sta Ceze­ny, posłu­gi­wał i tam cho­rym, naresz­cie sta­nął w Rzy­mie, gdzie przez dwa lata pie­lę­gno­wał dotknię­tych zara­zą i spę­dzał cały czas na modłach, aby się Bóg uli­to­wać raczył nad cięż­ko nawie­dzo­nem miastem.

        Gdy w Rzy­mie moro­we powie­trze usta­ło, puścił się Roch do Pia­cen­zy, i z nad­ludz­kiem wysi­le­niem dopó­ty obsłu­gi­wał cho­rych na zara­zę, dopó­ki sam na nią nie zapadł. Aby niko­mu nie był cię­ża­rem, powlókł się do pobli­skie­go zaga­je­nia i oddał się pod opie­kę Boską. Drę­czo­ny strasz­nem pra­gnie­niem, napił się świe­żej wody; wrzo­dy natych­miast popę­ka­ły, febra zwol­ni­ła, zdro­wie zaczę­ło się stop­nio­wo polep­szać, ale zabra­kło mu poży­wie­nia. Żył won­czas w pobli­żu pewien boga­ty szlach­cic, imie­niem Gotard, któ­ry z oba­wy przed zara­zą schro­nił się był wła­śnie do wspa­nia­łe­go wiej­skie­go pała­cu, poło­żo­ne­go tuż przy samem zaga­je­niu. Ten­że spo­strzegł kil­ka­krot­nie, iż wyżeł jego pory­wa ze sto­łu spo­ry kawał chle­ba i z nim z jadal­ni ucie­ka. Służ­ba zarę­cza­ła, że pies co dzień regu­lar­nie dosta­je swo­ją stra­wę i nie może być głod­nym. Cie­ka­wo­ścią zdję­ty, poszedł pew­ne­go razu Gotard za wyżłem i ze zdu­mie­niem się prze­ko­nał, że poczci­we zwie­rzę przy­no­si chleb cho­re­mu Rocho­wi. Wzru­szo­ny i zawsty­dzo­ny miło­sier­dziem psa, uli­to­wał się nad opusz­czo­nym nędza­rzem, wziął go do sie­bie, miał o nie­go sta­ra­nie aż do zupeł­ne­go wyzdro­wie­nia, a zbu­do­wa­ny jego poboż­no­ścią i świę­to­bli­wo­ścią, roz­po­czął żywot pokut­ni­czy i chrześcijański.

Świę­ty Roch.

         Wró­cił następ­nie Roch w stro­ny rodzin­ne, a ponie­waż był przy­odzia­ny w łach­ma­ny, kazał go wuj pia­stu­ją­cy urząd sędzie­go, poj­mać jako włó­czę­gę i osa­dzić w wię­zie­niu. Pięć lat prze­sie­dział Roch w ciem­nym lochu, nie żaląc się na nie­do­lę i zno­sząc cier­pli­wie nie­słusz­ną karę. Gdy wresz­cie był bliz­kim śmier­ci, wpusz­czo­no do nie­go kapła­na, któ­ry mu udzie­lił ostat­niej Komu­nii św. Na widok ten obli­cze jego zaja­śnia­ło dziw­nym bla­skiem i oświe­ci­ło wię­zien­ną celę. Kapłan doniósł wła­dzy o cudzie i zażą­dał pusz­cze­nia więź­nia na wol­ną sto­pę. Nie­ba­wem też mnó­stwo ludu zbie­gło się do gma­chu wię­zien­ne­go i ujrza­ło blask nie­bie­ski, ale Roch już się był roz­stał z tym świa­tem i prze­niósł do wiecz­no­ści, licząc rok trzy­dzie­sty dru­gi życia. Kar­tecz­ka leżą­ca obok zwłok i czer­wo­ne zna­mię krzy­ża, wid­nie­ją­ce na pier­si jego, posłu­ży­ły za dowód, kim był ów zmar­ły. Wuj uznał w nim nie­ba­wem sio­strzeń­ca swe­go i uczcił go wspa­nia­łym pogrze­bem. Lud nato­miast dzię­ku­jąc mu za uwol­nie­nie od moro­we­go powie­trza, któ­re nie­dłu­go potem wybuch­nę­ło, począł w nim wiel­bić Świę­te­go. W Kon­stan­cyi, gdzie się w roku 1414 zebrał powszech­ny Sobór, wybu­chła tak­że zara­za, ale za wsta­wie­niem się świę­te­go Rocha, któ­re­go w pro­ce­sy­ach i lita­niach bła­ga­no o pomoc, wkrót­ce ustała.

Nauka moral­na.

         Świę­ty Roch jak naj­słusz­niej może nam słu­żyć za wzór umar­twie­nia i to nawet pod tro­ja­kim wzglę­dem. Naśla­do­wał on bowiem przedew­szyst­kiem Chry­stu­sa Pana co do ubó­stwa, roz­dzie­la­jąc swe mie­nie mię­dzy ubo­gich; nad­to postę­po­wał w czyn­nem posłu­szeń­stwie, peł­niąc posłu­gi oko­ło rażo­nych powie­trzem; wresz­cie był bier­nie posłusz­nym, przy­jąw­szy kie­lich gorz­kich cier­pień z rąk swe­go wuja. Aby­śmy wszak­że dokład­niej mogli poznać war­tość umar­twie­nia, zważ­my nasam­przód, iż:

         1) Umar­twie­nie napa­wa duszę rado­ścią o tyle, że oswo­ba­dza ją od zami­ło­wa­nia świa­ta, jako też od zmy­sło­wych roz­ko­szy; przy­wra­ca jej nad­to rze­czy­wi­stą wol­ność i usu­wa zawa­dy tamu­ją­ce dro­gę do Nie­ba. O ile ser­ce sta­je się wol­nem od zami­ło­wa­nia mar­no­ści ziem­skich, o tyle wstę­pu­je w nie łaska Boża. Naj­więk­szą rado­ścią dla duszy zacnej i szla­chet­nej jest bez wąt­pie­nia wspie­rać ubo­gich jał­muż­ną i dat­ka­mi, zwłasz­cza gdy sami przy tem odma­wia­my sobie jakich przy­jem­no­ści; czu­je­my się nad­to szczę­śli­wy­mi, gdy zdo­ła­my smu­tek ich zamie­nić w radość, a ser­ca napeł­nić ufno­ścią ku Bogu i wdzięcz­no­ścią za Jego świę­tą Opatrz­ność. Bez wąt­pie­nia jest też wiel­kiem zado­sy­ću­czy­nie­niem, pie­lę­gno­wać z miło­ści ku Chry­stu­so­wi Panu cho­rych dotknię­tych nie­bez­piecz­ną i wstręt­ną cho­ro­bą. Doświad­cze­nie uczy, iż oso­by, peł­nią­ce te cno­ty miło­sier­dzia i poświę­ce­nia, zawsze są weso­łe, dobrej myśli, spo­koj­ne i zadowolone.

         2) Umar­twie­nie zwięk­sza i dosko­na­li w nas miłość Boga i bliź­nie­go. Smu­tek i boleść bowiem zba­wien­ny wpływ wywie­ra na ser­ce, oczysz­cza je z kału ziem­skie­go i czy­ni żyzną rolę, na któ­rej kwiat miło­ści pięk­nie rośnie i wykwi­ta. W przy­ro­dzo­nym porząd­ku rze­czy oka­zu­je się to jak naj­do­kład­niej w przy­wią­za­niu mat­ki do dziec­ka, wzra­sta­ją­cem w mia­rę sła­bo­ści, bólów lub cho­rób dzie­cię­cia; w nad­przy­ro­dzo­nym porząd­ku nato­miast oka­zu­je się w miło­ści praw­dzi­we­go chrze­ści­ja­ni­na do ukrzy­żo­wa­ne­go Chry­stu­sa. Miłość ta sta­je się tem ofiar­niej­szą i skor­szą do czy­nów, im wię­cej roz­pa­mię­ty­wa­nie cier­pień Zba­wi­cie­la roz­bu­dza naszą litość i współ­czu­cie. Jesz­cze sku­tecz­niej­szem od roz­pa­mię­ty­wa­nia jest rze­czy­wi­ste zno­sze­nie cier­pień i bólów z wdzięcz­no­ści za dobro­wol­nie przez nie­go podej­mo­wa­ne męki i cier­pie­nia. Im wię­cej tedy Roch świę­ty uczu­wał cię­żar dobro­wol­ne­go ubó­stwa, tem więk­szą oka­zy­wał ofiar­ność, poświę­ce­nie i wytrwa­łość w miło­ści dotknię­tych zara­zą i w osa­mot­nie­niu wię­zien­nem. Kogo prze­to ozię­błość i obo­jęt­ność w wie­rze przej­mu­je oba­wą, ten niech się doświad­cza dobro­wol­nem umar­twie­niem, a żar miło­ści tlą­cy pod popio­łem ozię­bło­ści wybi­je się na wierzch i ogrze­je go dobro­czyn­nem ciepłem.

Modli­twa.

 Boże i Panie mój, spraw miło­ści­wie, pro­si­my pokor­nie, aby­śmy pamiąt­kę świę­te­go Rocha poboż­nie obcho­dząc, za jego modli­twa­mi i zasłu­ga­mi od zabój­czej zara­zy i cia­ła i duszy uwol­nie­ni zosta­li. Przez Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa. Amen.