20 wrze­śnia. Żywot bło­go­sła­wio­ne­go Wła­dy­sła­wa z Giel­nio­wa. (Żył oko­ło roku Pań­skie­go 15050)

Bło­go­sła­wio­ny Wła­dy­sław był rodem z Giel­nio­wa, małe­go mia­stecz­ka dyece­zyi Gnieź­nień­skiej. Przy­szedł na świat roku Pań­skie­go 1440, z rodzi­ców sta­nu miesz­czań­skie­go, któ­rzy sami poboż­ni i jego od dzie­ciń­stwa w bojaź­ni Bożej cho­wa­li. Na Chrzcie św. miał nada­ne imię Jana.

 Odda­ny do szko­ły miej­sco­wej, odzna­czył się nad­zwy­czaj­ne­mi zdol­no­ścia­mi. To skło­ni­ło jego rodzi­ców, że cho­ciaż dla ich nie­za­moż­no­ści z trud­no­ścią im to przy­szło, wysła­li go do Aka­de­mii Kra­kow­skiej, nie­daw­no wte­dy zało­żo­nej. W niej nasz mło­dzie­niec spo­tkał się z świę­tym Janem Kan­tym i świę­tym Szy­mo­nem z Lip­ni­cy, z któ­ry­mi już odtąd w sto­sun­kach ści­słej przy­jaź­ni przez całe życie zosta­wał. Tam pil­nie ćwi­czył się w naukach, nie opusz­cza­jąc wca­le ćwi­czeń poboż­nych, do któ­rych od naj­młod­sze­go wie­ku był wpra­wio­ny. Codzien­nie przed uda­niem się na kur­sa aka­de­mic­kie miał zwy­czaj słu­chać Mszy świę­tej, a co mu tyl­ko od nauk zby­wa­ło cza­su, ten prze­pę­dzał w koście­le. Prócz kil­ku poboż­nych mło­dzień­ców towa­rzy­szy swo­ich, któ­rych i przy­kła­dem i sło­wem do cno­ty zagrze­wał, nie miał innych sto­sun­ków jak tyl­ko z nie­któ­ry­mi zakon­ni­ka­mi, u któ­rych prze­by­wał naj­chęt­niej, gdyż i jego Pan Bóg łaską Swo­ją do życia zakon­ne­go powo­ły­wać raczył.

 Po świet­nie ukoń­czo­nym zawo­dzie uni­wer­sy­tec­kim, otrzy­maw­szy stop­nie nauko­we, posta­no­wił świat opu­ścić, lecz jesz­cze wahał się do jakie­go zgro­ma­dze­nia ma wstą­pić. Pod tęż porę Jan Dłu­gosz, kano­nik kra­kow­ski, powra­ca­jąc z Rzy­mu, gdzie spra­wo­wał urząd posła kró­lew­skie­go, upro­sił był i przy­wiózł z sobą do Pol­ski świę­te­go Jana Kapi­stra­na, któ­ry świe­żo we Wło­szech wpro­wa­dził był w Zako­nie świę­te­go Fran­cisz­ka Sera­fic­kie­go naj­ści­ślej­szą refor­mę. Przy­byw­szy do Kra­ko­wa, toż samo i w Pol­sce uczy­nił i tak mu Pan Bóg w tem bło­go­sła­wił, że po kil­ku mie­sią­cach jego tam poby­tu, wsku­tek kazań jakie mie­wał, ze samej Aka­de­mii Kra­kow­skiej stu ośm­dzie­się­ciu mło­dzie­ży do Zako­nu przez nie­go refor­mo­wa­ne­go wstą­pi­ło. W tej licz­bie był i świę­ty Wła­dy­sław, a że klasz­tor kra­kow­ski prze­peł­nio­ny był zakon­ni­ka­mi, ode­sła­no go do War­sza­wy, do klasz­to­ru tej­że refor­mo­wa­nej regu­ły, co tyl­ko przez księż­nicz­kę Annę Mazo­wiec­ką ufun­do­wa­ne­go. Wstą­pił do nowi­cy­atu w dzień świę­te­go Pio­tra w Oko­wach, przy­bie­ra­jąc imię Władysława.

 Od tej chwi­li rączym kro­kiem szedł po dro­dze dosko­na­ło­ści zakon­nej. Naśla­du­jąc świę­te­go Anto­nie­go pustel­ni­ka, co tyl­ko w innych dobre­go upa­trzył, sam sta­rał się to speł­niać. Świę­tą cno­tę czy­sto­ści, któ­rą nie­ska­la­ną przy­niósł ze świa­ta, strzegł jak naj­pil­niej, mar­twiąc cia­ło i zmy­sły na wodzy trzy­ma­jąc. Ślu­bo­wi posłu­szeń­stwa wier­ny, w naj­mniej­szych rze­czach woli swo­jej nie miał, a prze­ło­żo­nym jak­by woli same­go Boga się pod­da­wał. Ubó­stwo zacho­wu­jąc, nie tyl­ko niczem zgo­ła roz­po­rzą­dzać sobie nigdy nie pozwa­lał, lecz i wie­le z tych rze­czy, któ­rych zakon­ni­ko­wi nawet w całej ści­sło­ści regu­ła Bra­ci Mniej­szych zacho­wa­na uży­wać dozwa­la, sobie odma­wiał. Sło­wem od pierw­sze­go dnia nowi­cy­atu tak wszyst­kich i naj­star­szych bra­ci w dosko­na­ło­ści wyprze­dził, że dla całe­go zgro­ma­dze­nia stał się naj­wyż­szym wzo­rem świę­te­go Zakonnika.

 Wyświę­co­ny na kapła­na, z wiel­ką gor­li­wo­ścią zajął się gło­sze­niem Sło­wa Boże­go, do cze­go prze­ło­że­ni nie­zwłocz­nie go prze­zna­czy­li. A lubo każ­de swo­je kaza­nie zaczy­nał od tego tek­stu: Jezus Naza­reń­ski, Król Żydow­ski, z tego jed­nak jed­ne­go źró­dła wypro­wa­dzał naj­zba­wien­niej­sze dla słu­cha­czów nauki. Aże­by wier­nych zagrze­wać do czci i miło­ści Prze­naj­święt­sze­go i Naj­słod­sze­go Imie­nia Jezus, na wzór świę­te­go Ber­nar­dy­na Seneń­skie­go, toż Imię jak naj­czę­ściej w kaza­niach powta­rzał, a nawet wypi­sa­ne na tabli­cy wiel­kie­mi lite­ra­mi z ambo­ny ludo­wi oka­zy­wał. Dla pobu­dze­nia ludu do nabo­żeń­stwa, pisał wier­szem róż­ne pie­śni naboż­ne i po kaza­niu je ze zgro­ma­dzo­ny­mi śpie­wał. Uło­żył Koron­kę z roz­my­śla­nia­mi tajem­nic życia Pana Jezu­sa i Maryi Naj­święt­szej, prze­pla­ta­ną rzew­ne­mi modli­twa­mi, a któ­rą nawet Papież Paweł V odpu­stem zupeł­nym obdarzył.

 Pra­gnąc Wła­dy­sław w tym to głów­nie zawo­dzie słu­żyć Panu Bogu, bo mu w nim Pan Bóg wiel­ce bło­go­sła­wił, sta­ran­nie uni­kał, aby go jaki urząd w Zako­nie nie spo­tkał. Wszak­że dla wyso­kich cnót zakon­nych, bra­cia pomi­mo jego wypra­szań się usil­nych nie tyl­ko wynie­śli go na urząd prze­ło­żo­ne­go i to nie­jed­no­krot­nie i po róż­nych klasz­to­rach, ale i zarząd całej pro­win­cyi mu powie­rzy­li i pięć razy z rzę­du na tę god­ność go wybie­ra­li. Spę­dził też na niej lat pięt­na­ście, z nie­wy­mow­nym Zako­nu całe­go pożyt­kiem i zbu­do­wa­niem wier­nych. Pro­win­cya jego już wte­dy dwa­dzie­ścia czte­ry liczy­ła klasz­to­ry, a nie­któ­re bar­dzo jed­ne od dru­gich odle­głe. Wszyst­kie jed­nak i to co roku, pie­szo zwie­dzał, podró­że te bez gro­sza, o żebra­nym chle­bie odby­wa­jąc. A nawet dwa razy do Rzy­mu tym­że spo­so­bem cho­dził, raz na kapi­tu­łę gene­ral­ną, dru­gi raz dla obro­ny bra­ci zakon­nych przed Sto­li­cą Apo­stol­ską, przez nie­na­wist­nych ludzi oczer­nio­nych. Wsku­tek tego przy­wró­cił Zako­no­wi swo­je­mu znie­wa­żo­ne­mu sła­wę, a nie­cni oszczer­cy klą­twą Papie­ską uka­ra­ni zosta­li. Pod­czas pro­win­cy­al­stwa swo­je­go uło­żył dla pro­win­cyi usta­wy tak wła­ści­we i mądre, iż je kapi­tu­ła gene­ral­na, dru­gi raz we Wło­szech roku Pań­skie­go 1498 odpra­wio­na, dla całe­go Zako­nu przyjęła.

Za jego cza­sów Alek­san­der, kró­le­wicz Pol­ski, wnuk Wła­dy­sła­wa Jagieł­ły, rzą­dził księ­stwem Litew­skiem. A że tam w wie­lu czę­ściach kra­ju pogań­stwo jesz­cze ist­nia­ło i dla małej zaś licz­by kapła­nów kato­lic­kich sze­rzy­ło się coraz dalej, prze­to ksią­żę, spo­wo­do­wa­ny roz­gło­sem świę­to­bli­wo­ści Wła­dy­sła­wa i jego bra­ci, udał się do nie­go z żąda­niem, aby mu z swe­go Zgro­ma­dze­nia posłał zdol­nych i żar­li­wych kapła­nów do opar­cia się sze­rzą­ce­mu złe­mu w kra­jach jemu pod­le­głych. Chęt­nie przy­ło­żył się do tego bło­go­sła­wio­ny Wła­dy­sław: wysłał na Litwę kil­ku świę­to­bli­wych Ojców, któ­rzy naj­przód osiadł­szy w Połoc­ku, stam­tąd Misyę odpra­wia­li po naj­dzik­szych czę­ściach Litwy, a Bóg dobry pra­com ich pobło­go­sła­wić raczył, gdyż po pew­nym cza­sie oko­ło dwu tysię­cy dusz naby­li Kościołowi.

Kie­dy w mia­stecz­ku Skę­pe, w daw­nej zie­mi Dobrzyń­skiej a dzi­siej­szej Guber­nii Płoc­kiej poło­żo­nem wsku­tek obja­wie­nia się Mat­ki Bożej, pewien bogo­boj­ny szlach­cic zało­żył mały klasz­to­rek dla Ojców Ber­nar­dy­nów, a Wła­dy­sław przy­był do nie­go z kil­ku brać­mi, aby ich tam osa­dzić, zna­lazł ku temu wiel­kie prze­szko­dy, pocho­dzą­ce głów­nie od ple­ba­na miej­sco­we­go, naj­nie­przy­chyl­niej­sze­go Zako­no­wi. Chcie­li bra­cia odstą­pić tej fun­da­cyi, lecz Wła­dy­sław upew­nił ich, że wkrót­ce głów­ny ich prze­ciw­nik sta­nie się jed­nym z ich naj­więk­szych dobro­dzie­jów. Tym­cza­sem ple­ban nie prze­sta­wał powsta­wać na bło­go­sła­wio­ne­go Wła­dy­sła­wa i jego towa­rzy­szy, i gdy razu pew­ne­go sły­szał ludzi opo­wia­da­ją­cych, że pod­czas gdy Ojco­wie w kapli­cy Mat­ki Bożej śpie­wa­li o pół­no­cy Jutrz­nię, sły­szeć się dały Aniel­skie śpie­wy, rzekł z gnie­wem: „Nie Aniel­skie to śpie­wy, lecz dyabłów i wil­ków pie­kiel­nych wycia wtó­ru­ją tym mni­chom.“ Co więk­sza: sto­jąc tedy przy tej kapli­cy, nogą w nią ude­rzył z pogar­dą; lecz w tej­że chwi­li kara Boża go spo­tka­ła, gdyż rażo­ny nagłą śmier­cią padł nie­ży­wy na zie­mię. Dowie­dziaw­szy się o tem Wła­dy­sław, pomo­dlił się do Naj­święt­szej Pan­ny za nie­szczę­sne­go zmar­łe­go, któ­ry powró­cił do życia, grze­chu swo­je­go szcze­rze żało­wał, zakon­ni­ków pokor­nie prze­pro­sił i odtąd według prze­po­wied­ni bło­go­sła­wio­ne­go słu­gi Boże­go stał się już na zawsze ich naj­więk­szym przy­ja­cie­lem i dobroczyńcą.

Kie­dy za Jana Alber­ta w roku 1499 nie­zli­czo­ne huf­ce turec­kich i tatar­skich wojsk zala­ły Pol­skę, mie­czem i pożo­gą nisz­cząc oko­li­ce do któ­rych wkra­cza­ły, Wła­dy­sław naka­zaw­szy w całej pro­win­cyi zakon­nej posty i nabo­żeń­stwo, sam obie­gał mia­sta i wio­ski, a gor­li­we­mi kaza­nia­mi pobu­dzał lud do modli­twy i poku­ty, przy­kła­dem swo­im i ducho­wień­stwo świec­kie do tego zachę­ca­jąc. Uło­żył wte­dy krót­ką, nastę­pu­ją­cą modli­tew­kę, i tę, ile mógł roz­po­wszech­niał: „Jezu Naza­reń­ski, kró­lu Żydow­ski! powstań i zetrzyj bar­ba­rzyń­skie naro­dy, a daj zwy­cię­stwo chrze­ści­jań­skie­mu ludo­wi, aby wiel­kie­go Boga potę­gę wysła­wiał na wie­ki.“ Sam zaś pomno­żył sobie róż­nych umar­twień cia­ła i postów, a nie­kie­dy noce całe na modli­twie przed ołta­rzem Mat­ki Bożej spę­dzał. Pan Bóg wszyst­kich tych modlitw wysłu­chać raczył. Zesłał wcze­sną i nad­zwy­czaj ostrą zimę, któ­ra pohań­ców w obo­zach zasko­czyw­szy, znisz­czy­ła do szczę­tu i od klę­ski kraj nasz uratowała.

Za każ­dą kapi­tu­łą zakon­ną wypra­szał się Wła­dy­sław od dal­sze­go spra­wo­wa­nia urzę­du pro­win­cy­al­skie­go, na któ­ry go cią­gle obie­ra­no. Ale tego od wiel­ce miłu­ją­cych go Ojców i bra­ci nie otrzy­mał, aż kie­dy już  zwą­tlo­ny nie tyl­ko cięż­ką pra­cą lecz i wie­kiem, do nie­ja­kie­go wytchnie­nia miał pra­wo. Gdy więc uwol­nio­no go od tego cię­ża­ru, dano mu do wybo­ru klasz­tor, w któ­rym­by chciał zamiesz­kać i towa­rzy­sza do posłu­gi. Lecz Wła­dy­sław na to odpo­wie­dział: „Za łaską Bożą, od kie­dy jestem w Zako­nie, w niczem wła­snej woli nie mia­łem, pozwól­cie abym jej nie miał i bliz­kim będąc już śmier­ci. Niech Ojco­wie prze­zna­czą mnie gdzie się im podo­ba, jesz­cze czu­ję w sobie dość siły do słu­że­nia Zako­no­wi.“ Prze­zna­czo­no go wte­dy na prze­ło­żo­ne­go a zara­zem i kazno­dzie­ję war­szaw­skie­go klasz­to­ru. Zajął się tymi dwo­ma obo­wiąz­ka­mi, jak­by tyl­ko co do Zako­nu wstą­pił i zaczy­nał mu słu­żyć. Gdy nad­szedł Post Wiel­ki, odbył go z więk­szą jesz­cze jak zwy­kle suro­wo­ścią. W Wiel­ki Pią­tek miał kaza­nie, na któ­rem wszyst­kich słu­cha­czy do rzew­nych łez pobu­dził nad Męką Pań­ską, o któ­rej z prze­dziw­nem a świę­tem unie­sie­niem mówił. Gdy nad­szedł do szcze­gó­łów biczo­wa­nia Pana Jezu­sa, zwró­ciw­szy się do obra­zu, na któ­rym tajem­ni­ca ta wyra­żo­ną była, powta­rza­jąc te sło­wa: „O! Jezu! Jezu mój kocha­ny!“ wpadł w zachwy­ce­nie i w oczach całe­go ludu w powie­trze nad kazal­ni­cą wynie­sio­ny został. Wyszedł­szy z tego sta­nu, omdlał, tak że już skoń­czyć kaza­nia nie mógł a zakon­ni­cy musie­li go zanieść do celi. Od tej chwi­li już tyl­ko albo modlił się, albo dawał bra­ciom naj­zba­wien­niej­sze nauki, lub z odwie­dza­ją­cy­mi go mówił o Bogu. Czu­jąc się coraz słab­szym, przy­jął ostat­nie Sakra­men­ta świę­te i spo­koj­nie zasnął w Panu roku 1505.

Pocho­wa­ny został na środ­ku chó­ru Ojców Ber­nar­dy­nów war­szaw­skich, pod tem miej­scem, gdzie się pali lam­pa przed Prze­naj­święt­szym Sakra­men­tem. Lecz w roku Pań­skim 1572 Arcy­bi­skup Karn­kow­ski, będąc w War­sza­wie miał obja­wie­nie, w któ­rem bło­go­sła­wio­ny Wła­dy­sław pole­cił mu w Imie­niu Pana Boga, aby zwło­ki jego na wła­ściw­szem miej­scu umiesz­czo­ne zosta­ły. Prze­nie­sio­no je więc z wiel­ką czcią i przy uro­czy­stym obcho­dzie, na któ­rym król Zyg­munt August był obec­ny, zło­żo­no po pra­wej stro­nie wiel­kie­go ołta­rza, gdzie dotąd zosta­ją w osob­nej kapli­cy. Przy gro­bie jego wie­le zaszło cudów, wsku­tek cze­go Papież Bene­dykt XIV wpi­sał Wła­dy­sła­wa w poczet Bło­go­sła­wio­nych i jed­nym z głów­nych patro­nów Pol­ski i Litwy ustanowił.

Nauka moral­na

 Jakiej to żywej wia­ry były cza­sy, w któ­rych kaza­nia świę­te­go Jana Kapi­stra­na, jak to czy­ta­łeś w niniej­szym żywo­cie, pocią­gnę­ły do Zako­nu wraz z nim kil­ku­dzie­się­ciu aka­de­mi­ków kra­kow­skich, sta­no­wią­cych kwiat ówcze­snej mło­dzie­ży. Widząc jak pod tym wzglę­dem inne są cza­sy, w któ­rych żyje­my, módl­my się gorą­co, aby tam­te wró­ci­ły i o to głów­nie uda­waj­my się do pośred­nic­twa Patro­nów kra­ju naszego.

Jed­nym zaś z naj­po­tęż­niej­szych środ­ków do obu­dze­nia w ser­cach naszych gorą­cej miło­ści Boga i praw­dzi­wej poboż­no­ści jest roz­pa­mię­ty­wa­nie Męki Zba­wi­cie­la. Tam się uczy­my, jak bar­dzo Bóg umi­ło­wał świat, jak wiel­kiem złem jest grzech, któ­ry aby zma­zać, potrze­ba było męki i śmier­ci Boga-Czło­wie­ka. Tam tak­że uczy­my się, jak bar­dzo powin­ni­śmy czu­wać nad sobą, aby nie zmar­no­wać tych skar­bów łask, któ­re nam Pan Jezus męką i śmier­cią Swo­ją wyjednał.

Modli­twa

 Boże, któ­ryś bło­go­sła­wio­ne­go Wła­dy­sła­wa obda­rza­jąc wyso­ką dosko­na­ło­ścią zakon­ną, jasnym świecz­ni­kiem w Koście­le naszym uczy­nił, spraw miło­ści­wie, aby­śmy za jego przy­kła­dem, we wszel­kich cno­tach wzro­stu nabie­ra­li. Przez Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa, któ­ry z Bogiem Ojcem wraz z Duchem świę­tym żyje i kró­lu­je w Nie­bie i na zie­mi po wszyst­kie wie­ki wie­ków. Amen.