Pruszyński: Wojna, cz. II

Gdzieś w połowie października Mama postanowiła przenieść się do okupowanej przez Niemców Zachodniej Polski.

Tu nie ma co czekać – powiedziała Babcia –  będzie tylko gorzej. Oficerowie sowieccy wykupili co się tylko dało po śmiesznym kursie jeden złoty, jeden rubel, wszystkie sklepy opustoszały nawet zaczeło brakować soli, cukru i nafty.

        Jakoś dojechaliśmy z Babcią, Helenką, Mamą i nami dwoma do Wołkowyska, z tamtąd do Białegostoku a dalej furmanką z kapustą przejechaliśmy 29 października na stronę niemiecką.

        Mieliśmy szczęście bo przez kilka tygodni wolno było chłopom z jednej strefy okupacyjnej przewozić swe płody rolne do drugiej i odwrotnie, gdzie mieli domy, a po tym dniu już do przekraczających granicę strzelano.

        Najpierw zatrzymaliśmy się w Białej Podlaskiej w jakimś hoteliku i pamiętam jak bawiliśmy się na korytarzu z innymi dziećmi. Zgodnie obok siebie biwakowali Polacy, którzy uciekali od Sowietów i Żydzi, którzy w drugą stronę uciekali od Niemców.

        Podobną drogę odbył później do okupacji sowieckiej przyszły premier Izraela Begin, ale na granicy go aresztowano i dostał wyrok 5 lat łagrów. Wydostał się z nich jesienią 1941 wstąpił do polskiego wojska i z nim dotarł do Palestyny, gdzie 2300 Żydów pozostało.

        Dalej zatrzymaliśmy się w jakimś dworze i po kilku tygodniach przez Warszawę dotarliśmy do Krakowa, gdzie nie zastaliśmy Taty, który miał dwa razy szczęście gdy z Krakowa uciekł przed Niemcami do Lublina.

        Tam został aresztowany z innymi ludźmi i był przez żołnierzy niemieckich prowadzony do więzienia. Szedł zaraz za jakimś żołnierzem i gdy przechodzili koło jakiegoś domu wskoczył do sieni a potem na podwórko. Tam zobaczył wiadro a koło niego stołek gdzie ktoś chwile przedtem obierał kartofle. Zrzucił marynarkę, plecak i zaczął obierać kartofle. Widział jak wskoczyli na podwórko Niemcy ale nie zauważyli tego co uciekł i po chwili wrócili do prowadzonych do aresztu.

        Następny raz zatrzymał Ojca jakiś podoficer niemiecki i zaczął go legitymować. Temu z przeciwnego rogu zaczął przyglądać się jakiś niemiecki oficer i podszedł do nich.

        Co tu jest, miał zapytać podoficera. Legitymuje tego człowieka, bo zapewne to oficer, który unikną wzięcia do niewoli.

        Mylicie się – powiedział – to cywil, dziennikarz – wyjął portfel i pokazał podoficerowie zdjęcie ojca z nim zrobione kilka miesięcy przedtem w Berlinie.

Aleksander Pruszyński