Z Bogiem w sercu

Wiel­kie Tajem­ni­ce, ale nie magia

Książ­ka przy­go­do­wa bez bru­du i złej symboliki

napi­sa­na jako zachę­ta do obro­ny Praw­dy Wiecznej
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 15

Zaraz się zacznie

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Konie kró­lew­skie wyszły z kuch­ni razem z dziew­czyn­ka­mi, ale nie poszły z nimi odwie­dzić Ody. Chcia­ły natych­miast dowie­dzieć się od Babu wię­cej na temat uczty. Sto­jąc w krót­kiej tra­wie przed kuch­nią zauwa­ży­ły, że nie­koń­czą­ca się ser­we­ta nie­koń­czą­ce­go się sto­łu nie odfru­wa. Mimo że pra­wie nic na niej jesz­cze nie leży, a wie­je wiatr. Z obu stron sto­łu, co kawa­łek, przy­pię­te były do ser­we­ty cięż­kie meta­lo­we obciąż­ni­ki. Każ­dy w kształ­cie inne­go owa­da. Stół zaczy­nał się na dzie­dziń­cu i ginął dale­ko w głę­bi ogro­du. W wie­lu miej­scach ocie­nia­ły go drze­wa. Mięk­ka tra­wa, na któ­rej stał, przy­po­mi­na­ła zie­lo­ny dywan. Za opar­cia­mi krze­seł uno­si­ły się balo­ny z meta­licz­nym poły­skiem, przy­wią­za­ne na dłu­gich nit­kach do spe­cjal­nych cię­żar­ków do balo­nów, zro­bio­nych z masy sol­nej. Każ­dy balon miał inny kolor, podob­nie jak cię­żar­ki, a kolo­ry prze­pięk­nie się kom­po­no­wa­ły. Koło każ­de­go cią­żar­ka do balo­nu był też, oczy­wi­ście, sto­jak na proporzec.
- Nawet cię­żar­ki zdą­ży­ła zro­bić. Na pew­no jest zaję­ta. Tak łatwo jej nie znaj­dzie­my… — uświa­do­mił wszyst­kim Ciemnoszary.
- Szcze­gól­nie jeże­li będzie­my się bar­dzo sta­rać. Może udaj­my, że jej nie szu­ka­my i wte­dy sami na nią wpad­nie­my — zapro­po­no­wał Grafitowy.

Uzna­li, że to dobry pomysł, tym bar­dziej że mie­li też inne spra­wy na gło­wie. Posta­no­wi­li zna­leźć Jul­kę, żeby jej dać cudow­ny pier­ścio­nek z jago­dą. Albo przy­naj­mniej go poka­zać i dać do pono­sze­nia na jakiś czas.
Zoba­czy­li ją z dale­ka, prze­cha­dza­ją­cą się po ogro­dach z  kró­lo­wą Kry­sta­lią. Pode­szli na tyle bli­sko, że usły­sze­li rozmowę.
- To wca­le nie jest trud­ne. Takie rze­czy wypły­wa­ją jed­na z dru­giej. Trze­ba po pro­stu od cze­goś zacząć. Oprócz zajaz­du dla zwie­rząt otwar­łam też Zaką­tek, coś w rodza­ju żłob­ka i przed­szko­la dla mło­dych psów i kotów — mówi­ła Krystalia.
- Wyda­je mi się, że to strasz­nie dużo pra­cy. Tyle kotów i psów w róż­nym wieku!
- W tej chwi­li poma­ga mi hodow­ca zwie­rząt zwa­ny Wujem. Jest napraw­dę doświad­czo­ny. Mam dzię­ki temu czas na inne sprawy.
- Czy masz na myśli Wuja, ogrod­ni­ka zamkowego?
- On się już nie zaj­mu­je ogrod­nic­twem. Od zeszłe­go tygo­dnia. Przyj­dzie tu potem, po nakar­mie­niu zwie­rząt, bo pro­wa­dzi im sto­łów­kę. Popil­nu­jesz przez chwi­lę psów? Zro­bię kotom przy­jem­ność i przej­dę się z nimi po labi­ryn­cie, one świet­nie znaj­du­ją dro­gę powrot­ną. Są wte­dy takie dumne.
Kró­lo­wa wło­ży­ła Jul­ce do ręki pęk smy­czy i weszła za ścia­nę z żywo­pło­tu, pro­wa­dząc gru­pę kotów zam­ko­wych. Widać było tyl­ko para­sol­kę, któ­rej uży­wa­ła tego dnia od słoń­ca. Labi­rynt był cie­ka­wy, bo poprze­ra­sta­ny dzi­ką przy­ro­dą. Jul­ka z zapa­łem zabra­ła się do pil­no­wa­nia psów, kie­dy pode­szły do niej koniki.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Widzie­li­ście jej suk­nię? — zapy­ta­ła. — Nie zdą­ży­łam się dowie­dzieć, skąd coś takie­go wzię­ła. W życiu nie będę taka ele­ganc­ka  — dodała.
Sza­ry stwier­dził, że nad­szedł ide­al­ny moment i popa­trzył na nią poważnie:
- Może wła­śnie teraz masz szan­sę — powie­dział tajem­ni­czo. Rów­no­cze­śnie podał jej coś, na kopy­cie spo­co­nym ze zde­ner­wo­wa­nia. Wyglą­da­ło to jak zmię­ta kart­ka pożół­kłe­go papieru.
- Zmierz sobie — dodał z powagą.
Jul­ka odwi­nę­ła z bibuł­ki pier­ścio­nek z jago­dą i pierw­szy raz w życiu wło­ży­ła go na palec. Paso­wał ide­al­nie. Jago­da wyglą­da­ła świe­żej niż kiedykolwiek.
- Możesz go dzi­siaj nosić cały dzień — Sza­ry był zado­wo­lo­ny z wra­że­nia, jakie pier­ścio­nek zro­bił na Jul­ce. — Chcie­li­by­śmy ci go dać na zawsze, ale wyda­je nam się, że powi­nien zostać odło­żo­ny tam, gdzie go znaleźliśmy.
Jul­ka powo­li pod­nio­sła oczy znad pier­ścion­ka i zapytała:
- Do książ­ki schow­ka? — koni­ki zbaraniały.
- To ja go tam wło­ży­łam. Zapy­ta­łam Babu, czy zna jakąś dobrą kry­jów­kę. To była moja nie­spo­dzian­ka dla was. — Powie­dzia­ła, po czym doda­ła z uśmiechem:
- A teraz stał się też waszą nie­spo­dzian­ką dla mnie. Jeste­ście takie kochane!
Koni­ki dalej sta­ły jak wry­te, ale było im teraz napraw­dę przyjemnie.
- Wie­cie, że on nie jest zwy­czaj­ny? — cią­gnę­ła Julka.
- Tak, Sza­ry prze­czy­tał nam przez lupę… — powie­dział cicho Ciem­no­sza­ry w jasne łaty.
- No, wła­śnie, na doda­tek mamy go od bar­dzo sta­re­go ogrod­ni­ka — Jul­ka opo­wie­dzia­ła im o kępie jagód.
- Ogrod­nik czę­sto tam bywał, tak że to jest pew­ne — zakoń­czy­ła. Koni­ki słu­cha­ły w osłupieniu.
W koń­cu Sza­ry powie­dział patrząc na Julkę:
- Żeby mieć wię­cej cza­su, trze­ba prze­stać się spie­szyć. Zatrzy­maj się i pomyśl dokąd idziesz, i czy napraw­dę chcesz tam iść. Dobrze wyko­rzy­stać czas, zna­czy być dobrym. Znajdź czas dla innych, w tym bied­nych, nie­szczę­śli­wych i odrzu­co­nych. Nie bój się być dobrym, nawet jeże­li pra­wie ze wszyst­kich stron sły­szysz rady, żeby wybrać coś wręcz przeciwnego.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Słu­cha­jąc Sza­re­go, Jul­ka wpa­try­wa­ła sią w jago­dę i kie­dy skoń­czył, sama nie wie­dząc jak, prze­czy­ta­ła jesz­cze coś:
- Nie wstydź się być dobrym. Zrób coś dla innych. Tyl­ko na to war­to poświę­cać czas. Zoba­czysz, że cza­su ci od tego przy­bę­dzie, a nie ubędzie.
Na chwi­lę zapa­no­wa­ło milczenie.
- Czy­li mamy to, cze­go szu­ka­li­śmy… — potwier­dzi­ła poważ­nie Julka.
Mia­ła teraz wra­że­nie, że cudow­ny pier­ścio­nek został prze­zna­czo­ny napraw­dę dla niej. Moż­na powie­dzieć, że dosta­ła go dwa razy. Zaraz po zna­le­zie­niu zasta­na­wia­ła się, co z nim zro­bić i myśla­ła mię­dzy inny­mi o tym, żeby zacho­wać go dla sie­bie. Tar­ga­ły nią róż­ne myśli, ale w koń­cu posta­no­wi­ła się nim podzie­lić, cze­ka­ła tyl­ko na odpo­wied­ni moment. Do tego cza­su ukry­ła go w kry­jów­ce, o któ­rej powie­dzia­ła jej Babu. Jul­ka mia­ła do niej cał­ko­wi­te zaufa­nie. Teraz dozna­ła ulgi, że dosta­ła pier­ścio­nek od koni­ków. Mogła­by uwa­żać, że zepsu­ły jej całą nie­spo­dzian­kę. Zamiast tego czu­ła, że zosta­ła, w prze­dziw­ny spo­sób, nagro­dzo­na za chęć podzie­le­nia się skarbem.
- Cie­szysz się? — zapy­tał Sza­ry, któ­ry widział, że roz­pie­ra ją radość.
- Tak, bar­dzo się cie­szę. Też z tego, że wy się cie­szy­cie. Czu­ła się napraw­dę szczęśliwa.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Odda­ła smy­cze kró­lo­wej Kry­sta­lii, któ­ra wyszła wła­śnie z labi­ryn­tu, i zaczę­ła się roz­glą­dać za Baj­ką i Mil­ką. Chcia­ła natych­miast wta­jem­ni­czyć je w spra­wę pier­ścion­ka z jago­dą. Posta­no­wi­ła zro­bić z nie­go pier­ścień prze­chod­ni wszyst­kich kuzy­nek. Poszła w stro­nę sto­łu, bo wie­dzia­ła, że tego dnia życie zam­ko­we skon­cen­tru­je się koło nie­go. Zauwa­ży­ła, że stół nie był już cał­kiem pusty. Poza tym, na jed­nym z ocie­nia­ją­cych go drzew, sie­dział Wygrys. Bawił się w kon­tro­le­ra sto­łu, któ­ry roz­cią­gał się pod nim dale­ko w jed­ną i dru­gą stro­nę. Widział z góry, że stół stoi na ślicz­nej zie­lo­nej tra­wie, a na różo­wa­wo­zło­ta­wo poły­sku­ją­cej mate­rii poja­wia się coraz wię­cej potraw. Na razie były to tyl­ko owo­ce, cia­sta i inne sło­dy­cze, któ­re mia­ły tam leżeć od same­go począt­ku uczty. W ten spo­sób każ­dy mógł skoń­czyć jedze­nie innych rze­czy i przejść do dese­ru, kie­dy chciał.
Pod­cho­dząc do Wygry­sa, Jul­ka przy­po­mnia­ła sobie, że to ona wrzu­ci­ła go na drze­wo, zresz­tą na jego wła­sną proś­bę, a potem o nim zapomniała.
- Nie umiesz zejść? — zapy­ta­ła z troską.
- Umiem, ale mi się nie chce — odpo­wie­dział Wygrys, po czym szyb­ko dodał:
- Ale możesz mi pomóc, jeże­li chcesz.
Kie­dy zna­lazł się bez­piecz­nie na tra­wie, za ich ple­ca­mi poja­wi­ła się nagle Milka.
- Nie widzie­li­ście Baj­ki? — zapy­ta­ła zdyszana.
- Poje­cha­ła na koniu, odwie­dzić konie u sąsia­dów — powie­dział Wygrys, któ­ry sie­dząc na drze­wie, dużo zaobserwował.
- W któ­rej stadninie?
- Jakiejś, w któ­rej miesz­ka sza­ra dzi­ka świ­nia Umba. Mówi­ła coś takie­go do Wuja, któ­ry ją wypy­ty­wał, bo ostat­nio bar­dzo inte­re­su­ją go zwierzęta.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Acha, wiem, świet­nie, to jest nie­da­le­ko — powie­dzia­ła Mil­ka, zapi­na­jąc na smy­cze psy kró­lo­wej Kry­sta­lii — chodź­cie, pobie­gnie­my tam.
- Pil­nu­je­cie del­ma­tyń­czy­ków? — Zapy­tał Wygrys.
Mil­ka ski­nę­ła tyl­ko gło­wą. Nie mia­ła cza­su, żeby go poprawiać.
- Też bym się z wami wybrał.
- Nie umiesz tak szyb­ko bie­gać. Pocze­kaj na nas koło sto­łu, nigdzie nie odchodź — popro­si­ła go Mil­ka, naj­ład­niej jak umia­ła, i już ich nie było. Dal­ma­tyń­czy­kow też.
„Cie­ka­we co na to powie pies Mil­ki” pomy­ślał Wygrys z prze­ką­sem. „Jest pięk­ny i łagod­ny, ale chy­ba może się kie­dyś wkurzyć…”.
W tym momen­cie usły­szał roz­mo­wę szyb­ko prze­cho­dzą­cych koło sto­łu koni­ków. Był za bar­dzo roz­ża­lo­ny, żeby się do nich przy­łą­czyć. Posta­no­wił bawić się dalej sam.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

* * *

Koni­ki nato­miast były tak zaję­te, że nawet go nie zauważyły.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

-  Co za cha­os… Nicze­go się dzi­siaj nie dowie­my. Pad­nie­my, a nie znaj­dzie­my jej. Nawet nie dosta­li­śmy w kuch­ni misek do wyli­za­nia z masy, a prze­cież pie­ką na okrą­gło — powie­dział konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmietanki.
- Wyda­je mi się, że usły­sza­łem z roz­mo­wy kro­ją­cych jarzy­ny, że Babu oso­bi­ście doglą­da wywie­sza­nia świe­żych flag — powie­dział Grafitowy.
- Każ­dy mówi co inne­go — wes­tchnął Kary zre­zy­gno­wa­nym głosem.
- Po tej stro­nie musia­ła już być — konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka zadarł łeb do góry.
We wszyst­kich naj­wyż­szych oknach baszt, widocz­nych od stro­ny dzie­dziń­ca, łopo­ta­ły bia­ło-czer­wo­ne sztan­da­ry. Zamek wyglą­dał jesz­cze dostoj­niej, niż zwykle.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Ja sły­sza­łem, jak Wuj powie­dział, że nie­dłu­go wszy­scy już tu będą, ale głu­pio mi się było pytać, co dokład­nie ma na myśli — przy­po­mniał sobie Jasnobrązowy.
- Na wszel­ki wypa­dek musi­my coś ze sobą zro­bić. Wyglą­da­my jak sku­dlo­ne osły. Nawet nie dotkną­łem dzi­siaj zgrze­bła. Widzie­li­ście, co Jul­ka mia­ła na sobie? — zapy­tał Szary.
Fak­tycz­nie, zwró­ci­ło ich uwa­gę, że Jul­ka rzad­ko cho­dzi­ła ubra­na tak, jak tego dnia. Co praw­da mia­ła na sobie, jak zwy­kle, pod­ko­szu­lek w sze­ro­kie poprzecz­ne paski, sza­re i żół­te, ale na wierzch wło­ży­ła brud­no­ró­żo­wą sukien­kę z dekol­tem do szpi­ca. Dół skła­dał się z bar­dzo zmarsz­czo­nych fal­ban z gazy w tym samym brud­no­ró­żo­wym kolo­rze. Sukien­ka się­ga­ła do samej ziemi.
- Mam prze­czu­cie, że dzi­siaj prze­te­sto­wa­ne zosta­ną nasze dobre manie­ry — przy tych sło­wach Sza­ry cały się wyprostował.
- Nie prze­sa­dzaj, zawsze musisz pani­ko­wać i stra­szyć innych — powie­dział konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmietanki.
- Nie pani­ku­ję, wręcz prze­ciw­nie, cie­szę się, bo myślę, że manie­ry mamy nienaganne.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

W tym momen­cie przy­ga­lo­po­wał do nich konik w kolo­rze her­ba­ty bez mle­ka, któ­ry szu­kał Babu na wła­sną rękę. W roz­gar­dia­szu nie zauwa­ży­li nawet, kie­dy się odłą­czył. Teraz przy­siadł na zadzie i wydyszał:
- Roz­ma­wia­łem z nią, ale tyl­ko przez okno… Jest bar­dzo zaję­ta. Powie­dzia­ła… żeby­śmy… czy­ści­li wszyst­ko… co może­my, naoko­ło siebie.
- Jak to? — roz­le­gły się głosy.
- Przede wszyst­kim mamy oczy­ścić swo­je ser­ca. Otwo­rzyć je na oścież, wywie­trzyć i oczy­ścić. Tak powiedziała.
Koni­ki zamy­śli­ły się nad pla­nem czyszczenia.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

* * *

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

W tym samym momen­cie Wygrys zauwa­żył prze­miesz­cza­ją­cą się nad sto­łem dobrą duszę Mylin­kę. Chciał z nią poroz­ma­wiać, ale była za dale­ko i momen­tal­nie znik­nę­ła za skrzy­dłem zachod­nim. Na jed­nym z krze­seł zosta­wi­ła ster­tę rze­czy. Na samym wierz­chu leża­ły pisa­ki. Wygrys posta­no­wił, że sobie pory­su­je i usiadł przy sto­le. Nie miał papie­ru, więc pogrze­bał w ster­cie i zna­lazł małe kar­to­ni­ki. Od razu zabrał się do pra­cy. Był tak zaję­ty, że nie zauwa­żył nawet, jak za jego ple­ca­mi prze­szła kró­lo­wa Awe­lia. Nic zresz­tą dziw­ne­go, że jej nie zauwa­żył, bo Awe­lia spa­ce­ro­wa­ła cicho i spo­koj­nie. Prze­cha­dza­ła się wzdłuż sto­łu, żeby spraw­dzić, czy wyło­żo­no na nim świe­że wiśnie i suszo­ną żura­wi­nę, bo tyl­ko to zamie­rza­ła jeść w cza­sie uczty. Nigdy się nie objadała.

Po jakimś cza­sie Jul­ka i Mil­ka wró­ci­ły w miej­sce, w któ­rym zosta­wi­ły Wygry­sa. Teraz była też z nimi Baj­ka. Koń­czy­ły roz­mo­wę, w trak­cie któ­rej Jul­ka usta­no­wi­ła pier­ścień prze­chod­nim i jako pierw­szej powie­rzy­ła go Baj­ce. Potem miał być prze­ka­zy­wa­ny według wie­ku (male­ją­co) i noszo­ny rota­cyj­nie przez jed­ną porę roku. Tra­dy­cję uda­ło się zacho­wać przez wie­le lat. Naj­młod­sza kuzyn­ka dawa­ła go naj­star­szej i cykl zaczy­nał sią od nowa. Prze­ka­zy­wa­nie pier­ście­nia stwa­rza­ło oka­zję do miłych spo­tkań kuzy­nek. Naj­waż­niej­sze było jed­nak to, że wszyst­kie pamię­ta­ły, co pier­ścień zawierał.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Wygrys zauwa­żył, że dziew­czyn­ki są bar­dzo zaaferowane.
„Są już nasze trzy pik­no­ści” pomy­ślał, uda­jąc że ich nie widzi. Był obra­żo­ny. Uda­wał też, że nie widzi, jak pięk­nie wyglą­da­ją, a wyglą­da­ły napraw­dę prze­pięk­nie. Nie tyl­ko Jul­ka była teraz ele­ganc­ko ubra­na. Baj­ka i Mil­ka też wło­ży­ły, za jej namo­wą, swo­je naj­lep­sze stro­je balo­we. Wszyst­kim, któ­rzy pra­wi­li im potem kom­ple­men­ty, mówi­ły tajem­ni­czo, że faso­ny wzię­ły z Biu­ra Wytłu­ma­czeń, ale Jul­ka wie­dzia­ła, że cho­dzi o Mamusię.
Cio­cia Uita, cio­cia Nar­ta, cio­cia Anja, Cio­cia Gocia —  pisał Wygrys na sto­ło­wych bile­tach wizy­to­wych, sta­ra­jąc się nie robić błędów.
„Nie, cio­cia Anja i Gocia są do sie­bie za bar­dzo podob­ne. Nie mogą sie­dzieć koło sie­bie, bo będą się wszyst­kim myli­ły” zamru­czał do sie­bie i pomie­szał kartoniki.
- Co on tam wypi­su­je? — zain­te­re­so­wa­ła się Baj­ka, któ­ra zauwa­ży­ła, że Wygrys się do nich nie odzywa.
Zającz­ka Kró­licz­ka, Mate­usz Kacza­te­rusz, inspek­tor Bar­dzo­waż­ny, Bujek Tomek, foto­re­por­ter Zawsze­nie­wi­docz­ny, Bujek Mariusz, ryce­rze bliź­nia­ki Jan­ko i Kuba z Irlan­dii  — prze­czy­ta­ła Mil­ka, zaglą­da­jąc mu przez ramię.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Chy­ba wymie­nia wszyst­kie oso­by, któ­re zna, albo o któ­rych sły­szał. Niech się bawi, przy­naj­mniej jest czymś zaję­ty. No i nie bru­dzi się.
Wygrys pisał dalej, nie zwra­ca­jąc na nie uwa­gi: nie­to­perz Gacek, kot Mruk.
- Nie lubi, kie­dy się na nie­go mówi Mru­czek — powie­dział do sie­bie, zaty­ka­jąc pisak.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Póź­niej dziew­czyn­ki mia­ły oka­zję prze­ko­nać się ze zdzi­wie­niem, że Wygrys miał rację. Wie­le z  osób, któ­rym poło­żył przy nakry­ciach przy­go­to­wa­ne przez sie­bie kar­to­ni­ki, napraw­dę zje­cha­ło na ucztę. Był jesz­cze mały, ale o wie­le wię­cej wie­dział i rozu­miał, niż domy­śla­li się ota­cza­ją­cy go star­si. Kie­dy dziew­czyn­ki zosta­wi­ły go w spo­ko­ju, powie­dział do siebie:
- No i oczy­wi­ście Dzia­dzio Henio. Na hono­ro­wym miejscu.
Z zado­wo­le­niem odło­żył kar­to­ni­ki i pisa­ki na krze­sło, na któ­rym zosta­wi­ła je Mylin­ka. Przy oka­zji się­gnął po mięk­ki cukie­rek z wyso­kiej pira­mi­dy sło­dy­czy, zro­bio­nych przed chwi­lą w kuch­ni zam­ko­wej. Przed pira­mi­dą stał ozdob­ny podpis:

Tut­ti Frut­ti

Wygrys chciał pocią­gnąć za cukie­rek z dol­nej war­stwy pira­mi­dy, ale się opa­no­wał i wziął inny, z samej góry. Mla­snął z zado­wo­le­niem. Smak wyraź­nie coś mu przy­po­mi­nał. Mla­snął dru­gi raz i już wie­dział: bułecz­ka na słod­ko pie­czo­na przez Alfre­da, któ­rą jadł kie­dyś na śnia­da­nie. Nie­za­po­mnia­na. Się­gnął do tacy jesz­cze kil­ka­na­ście razy i, z zaokrą­glo­nym brzusz­kiem, zapadł w drzem­kę na mięk­kiej tra­wie pod stołem.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Wygrys miał oczy­wi­ście rację. Alfred przy­był zza morza, kie­dy tyl­ko roze­szła się wieść o uczcie. Jako pie­karz nadwor­ny czuł się w kuch­ni zam­ko­wej dosko­na­le i w tej chwi­li pra­co­wał nad kil­ku­dzie­się­cio­ma róż­ny­mi potra­wa­mi rów­no­cze­śnie. Mimo że Babu też dużo tego dnia goto­wa­ła, nie było mię­dzy nimi żad­nych kon­flik­tów. Od cza­su do cza­su wymie­nia­li tyl­ko uwa­gi i prze­pi­sy. Dzie­li­li się doświad­cze­nia­mi. Alfred podzi­wiał sztu­kę goto­wa­nia Babu. Zresz­tą Alfred nigdy z nikim nie wcho­dził w kon­flikt. Gotu­jąc, dla relak­su wyska­ki­wał cza­sem na dzie­dzi­niec zam­ko­wy, ode­tchnąć świe­żym powie­trzem. Grał wte­dy na bęben­ku razem z muzy­kan­ta­mi. Szyb­ko się z nimi zaprzy­jaź­nił, co też leża­ło w jego natu­rze. Tyl­ne drzwi, pro­wa­dzą­ce z ciem­ne­go przed­sion­ka kuchen­ne­go wprost na krót­ką mecha­tą traw­kę, zosta­wiał uchy­lo­ne. Dzię­ki temu dobra dusza Limon­ka, lecą­ca w tej chwi­li na rowe­rze pra­wie przy samej zie­mi z powo­du cię­ża­ru ple­ca­ka, nie mia­ła pro­ble­mu z dosta­niem się do kuch­ni. Nie mogąc zna­leźć Babu, wypa­ko­wa­ła ple­cak już na pierw­szym sto­le. Usta­wi­ła na nim rząd sło­icz­ków napeł­nio­nych syp­ki­mi przy­pra­wa­mi w ostrych kolo­rach i strasz­nie pie­ką­cy sos w małej srebr­nej czar­ce zamy­ka­nej na kłód­kę. Limon­ka z przy­jem­no­ścią zaopa­trzy­ła Babu w przy­pra­wy do uczty, bo była z nią zawsze w świet­nych stosunkach.

Mistrzem cere­mo­nii zosta­ła mia­no­wa­na tego dnia Zuza, któ­ra spe­cja­li­zo­wa­ła się w spo­tka­niach i histo­rii rodzin­nej. Zuzy nic nigdy nie było w sta­nie wypro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. Potra­fi­ła zacho­wać zim­ną krew, nawet jeśli zda­rzy­ły się trzy nie­spo­dzie­wa­ne oko­licz­no­ści jed­no­cze­śnie. W tej chwi­li, prze­ci­na­jąc dzie­dzi­niec na ukos zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, zro­bi­ła zatwier­dza­ją­cy fista­szek przy sło­wie „stro­je”. W ręce trzy­ma­ła dłu­gą listę spraw do zała­twie­nia. Zawsze nosi­ła ją przy sobie, przy­pię­tą pinez­ka­mi do desecz­ki. Zuza, któ­ra sama wyglą­da­ła jak wzór ele­gan­cji i kobie­cej uro­dy, uzna­ła, że o stro­je wizy­to­we może być spo­koj­na. Wszy­scy, z któ­ry­mi roz­ma­wia­ła i któ­rych widzia­ła tego dnia na dzie­dziń­cu, mie­li na sobie nowe

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

wystaw­ne super­stro­je, któ­re spra­wi­ła im kró­lo­wa Mary­lia. Zuza nie wie­dzia­ła, że kró­lo­wa posta­ra­ła się nawet o to, żeby Babu, kró­lo­wa Awe­lia, kró­lo­wa Kry­sta­lia i ona sama, mia­ły na tę oka­zję suk­nie obsta­lo­wa­ne u naj­lep­sze­go kraw­ca w Kró­lew­skim Gro­dzie Pra­sta­rym. Według jej zamó­wie­nia, każ­da z sukien mia­ła być inna, a jed­nak coś mia­ło je łączyć. We wszyst­kich pozo­sta­łych kwe­stiach zda­ła się na Wie­kie­go Kraw­ca, któ­ry jako arty­sta nie lubił, żeby mu za dużo narzu­cać. Suk­nie były zupeł­ną nie­spo­dzian­ką, o któ­rej nie wie­dział nikt oprócz Mary­lii i kraw­ca. Mia­ły zostać dostar­czo­ne lada moment. Mary­lia cze­ka­ła na nie tro­szecz­kę nie­spo­koj­na, co było w tej sytu­acji zupeł­nie zro­zu­mia­łe. Prze­cha­dza­ła się dłu­gim kory­ta­rzem, tam i z powro­tem, spo­dzie­wa­jąc się posłańca.

Zuza nato­miast spo­tka­ła na dzie­dziń­cu dok­to­ra Toma­ny­szew­skie­go. Uzgad­nia­ła z nim pro­ce­du­ry i środ­ki na wypa­dek nagłych potrzeb:
- Sole trzeźwiące?
- Oczy­wi­ście! — potwier­dził z uśmie­chem dok­tor, a Zuza wykre­śli­ła je z listy.
- Bal­sam na żołądek?
- Ma się rozumieć.
- Czy cze­goś nie brakuje?
- Nie, na wszyst­kie inne scho­rze­nia zasto­su­je­my przede wszyst­kim roz­śmie­sza­nie — powie­dział dok­tor zacie­ra­jąc ręce.

Zuza była usa­tys­fak­cjo­no­wa­na. Roz­mo­wie przy­słu­chi­wał się Pan Janek, któ­ry przy­szedł z nie­zo­bo­wią­zu­ją­cą przed­po­łu­dnio­wą wizy­tą. Sie­dział przy koń­cu sto­łu i pił kawę z dobrą duszą Luel­lą, któ­ra przy­le­cia­ła z bar­dzo dale­ka, a mimo to była rado­sna, wca­le nie zmę­czo­na i wyglą­da­ła świe­żo jak pierw­sze dni wio­sny. Dobra dusza zerwa­ła się zaraz po wypi­ciu kawy.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Na ławie cze­kał na nią dłu­gi rząd dziew­czy­nek, któ­re usa­do­wi­ły się tam wie­dząc, że Luel­la, zupeł­nie wyjąt­ko­wo, tego dnia poma­lu­je im paznok­cie u nóg. Mia­ła ze sobą tyl­ko jed­ną bute­lecz­kę prze­źro­czy­ste­go lakie­ru o nazwie Kame­le­on, któ­re­go kolor, już na paznok­ciach, zamie­niał się w taki sam, jak kolor sukien­ki. Przed zesko­cze­niem z ław­ki dziew­czyn­ki macha­ły przez chwi­lę pal­ca­mi u nóg, żeby lakier dobrze wysechł. Potem prze­sia­da­ły się na inną ławę, na któ­rej cze­sa­ła je dobra dusza Hob­by, któ­ra nie­spo­dzie­wa­nie przy­le­cia­ła na tę oka­zję aż z Tudii. Robi­ła fry­zu­rę wszyst­kim chęt­nym, pod warun­kiem że zgo­dzą się

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

na fry­zu­rę nie­spo­dzian­kę. Mia­ła peł­ne ręce robo­ty, bo wszy­scy odcho­dzi­li zado­wo­le­ni ze swo­ich nie­spo­dzia­nek i zaraz przy­pro­wa­dza­li innych. Dodat­ko­wym bonu­sem było to, że Hob­by potra­fi­ła każ­dą ucze­sa­ną oso­bę odchu­dzić w 5 minut, oczy­wi­ście jeże­li oso­ba była zain­te­re­so­wa­na i jeże­li obie­ca­ła, że nic nie zje do koń­ca dnia. Pan Janek znik­nął zaraz po wypi­ciu kawy, nie chcąc niko­mu przeszkadzać.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Sza­now­ny Wędrowcze,
Jeże­li myślisz, że tę książ­kę war­to prze­czy­tać, daj innym znać, cho­ciaż w jed­nym zda­niu, dla­cze­go warto.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jest to spon­ta­nicz­na, nie­śmia­ła proś­ba koni­ków do Wędrow­ców, któ­rzy wstą­pi­li do Zam­ku z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a może nawet zatrzy­ma­li się w nim na dłu­żej. Zwłasz­cza do Tych, któ­rym się tu podo­ba­ło i uwa­ża­ją, że jest to książ­ka war­ta, żeby do niej wejść, zatrza­snąć za sobą okład­ki i chwi­lę w niej posiedzieć.

Cho­dzi po pro­stu o jakieś dobre sło­wo, lub dwa.

Może jed­no zdanie.

Każ­da wypo­wiedź od ser­ca, choć­by naj­krót­sza, będzie przy­ję­ta przez koni­ki z naj­wyż­szą koń­ską wdzięcznością.

Wszyst­kie rze­czy liczą się w życiu, nawet te naj­mniej­sze, więc, kto wie, może wła­śnie te krót­kie wpi­sy pomo­gą koni­kom poga­lo­po­wać dalej. Zale­ży im na dru­gim wyda­niu książ­ki, bo one poza nią prze­cież w ogó­le nie istnieją.

Dobre sło­wo pod adre­sem tej książ­ki moż­na wysłać do koni­ków na ema­il: marta.kotburska@gmail.com

Koni­ki wpi­szą je do Zam­ko­wej Księ­gi Wędrow­ców, czy­li tutaj:

https://www.starystoldowszystkiego.com/zamkowa-ksiega-wedrowcow/