Kotwica to znak, który zrodził się jako symbol nadziei na odzyskanie niepodległości w okupowanej przez Niemcy Polsce w czasie drugiej wojny światowej.

        Znak ten jest chroniony prawem tak samo jak godło narodowe, czy flaga, gdzie w ustawie zapisano, że: “Znak Polski Walczącej, będący symbolem walki polskiego narodu z niemieckim agresorem i okupantem podczas drugiej wojny światowej, stanowi dobro ogólnonarodowe i podlega ochronie należnej historycznej spuściźnie Rzeczypospolitej Polskiej. Otoczenie Polski Walczącej czcią i szacunkiem jest prawem i obowiązkiem każdego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej”.  Natomiast : “kto publicznie znieważa znak Polski Walczącej podlega karze grzywny”.

        20 marca 1942 roku, osiemdziesiąt lat temu, na murach okupowanej Warszawy po raz pierwszy pojawił się namalowany farbą znak Polski Walczącej – kotwica.  Wtedy to, harcmistrz Aleksy Dawidowski ps. “Alek” namalował ten znak na werandzie warszawskiej kawiarni Lardellego przy ul. Polnej 30. Znak ten  składał się z dwóch liter, górnej “P” i dolnej “W “ o zarysie kotwicy.  Litera “P” oznacza Polskę, litera “W” walkę. “W” w kształcie kotwicy to symbol nadziei na odzyskanie niepodległości. Kotwicę: znak – symbol znano na świecie już wcześniej, spotykany szczególnie u marynarzy, jako nadzieja powrotu z morza.  W Polsce znak kotwicy stosowano już dawniej przy wyrobie biżuterii w czasie Powstania Styczniowego, jako znak nadziei na odzyskanie niepodległości. Polski znak z połączenia liter “P” i “W” – kotwica nie był przypadkowy, wybrano go z 27 zgłoszonych propozycji, które zostały przedstawione na konspiracyjnym konkursie ogłoszonym przez Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej  Armii Krajowej.  Pomysłodawcą i inicjatorem konkursu był Czesław Michalski kapral podchorąży ps. “Znak”, zginął już na początku Powstania Warszawskiego w sierpniu 1944 roku. Autorstwo znaku przypisuje się instruktorce harcerskiej Annie Smoleńskiej ps. “Hania”, która studiowała historię sztuki na tajnych kompletach Uniwersytetu Warszawskiego. Chociaż niewykluczone, że stworzenie “Kotwicy” mogło być też wspólnie z Organizacją Małego Sabotażu “Wawer”, która już wcześniej malowała różne znaki ośmieszające Niemców, a Warszawiakom dając pewną otuchę i nadzieję, że miasto żyje i nie godzi się na trwający stan okupacji. Rysowano min. karykatury Hitlera i innych znienawidzonych przez społeczeństwo polskie Niemców. Stosowano przy tym też inne środki sprzeciwiając się niemieckiej okupacji jak zrywanie transparentów z napisami niemieckimi zamieniając je na polskie. Na przykład, gdy werbowano na roboty do Niemiec  z napisem reklamowym: “Jedźcie z nami do Niemiec”, zamieniono na:  “Jedźcie sami do Niemiec” i wiele innych.   Taka walka propagandowa ze względu na brak możliwości walki zbrojnej, miała duże znaczenia w podtrzymaniu ducha narodowego. Okupant natomiast nie mógł czuć się tak zupełnie swobodnie obawiając się czegoś bardziej radykalnego. Po prostu nie był pewny co tak do końca może to oznaczać. Na pewno rozumiał, że jest to okazywanie niezadowolenia ze stanu okupowanego miasta. Taka działalność dywersyjno – propagandowa przynosiła dobre, ale często też tragiczne skutki dla uczestników sabotażu i mieszkańców, gdyż doprowadzeni do wściekłości Niemcy  postanowili się zemścić. Nasilając terror, organizując coraz częstsze łapanki, aresztowania, wywożenie do obozów koncentracyjnych lub rozstrzelanie.

Poniżej kontynuacja tekstu

        Trzeba zaznaczyć, że w innych częściach okupowanej Europy, szczególnie  zachodniej też ta metoda walki z okupantem była znana i stosowana,  chociaż nie na taką skalę jak w Warszawie. Malowano m.in. skróty WC, co miało znaczyć Winston Churchill, czy RAF (Royal Air Force) – Królewskie Siły Powietrzne lotnictwa brytyjskiego. Natomiast  dla Warszawiaków wielkie znaczenie miały takie akcje jak namalowanie kotwicy na cokole pomnika Lotnika na Placu Unii Lubelskiej, w dzielnicy niemieckiej, tuż obok głównej siedziby Gestapo. Dokonał tego zuchwałego czynu w 1943 roku Jan Bytnar “ Rudy”, członek Szarych Szeregów w przeddzień rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Podobnie śmiałych, ale i niebezpiecznych akcji dokonywano w innych częściach Warszawy, a także innych miastach okupowanej Polski. Malowano znaki Polski Walczącej miejscach widocznych tak dla Niemców jak i Polaków, obok niemieckich biur i siedzib.  Niestety w końcu Gestapo dorwało Jana Bytnara, tuż po wcześniejszym aresztowaniu jego kolegi u którego znaleziono materiały min. z adresem “Rudego”. Został aresztowany w swoim mieszkaniu.  Osadzony w więzieniu na Pawiaku, a przesłuchiwany i torturowany w siedzibie Gestapo w Alei Szucha.   Uwolniony 26 marca 1943 roku w akcji pod Arsenałem podczas przewożenia go z Alei Szucha na Pawiak. Uwolniony przez kolegów z Szarych Szeregów, zmarł 3 dni później w szpitalu Wolskim na ul Płockiej na skutek odniesionych obrażeń podczas wcześniejszych przesłuchań. Niestety w akcji odbicia “Rudego” zginął “Alek”,  Aleksy Dawidowski, który, jak już wspomniałem wcześniej pierwszy w Warszawie namalował znak Polski Walczącej.  I tu na osobie “Rudego” możemy zobaczyć skutki “przesłuchań” stosowanych przez Gestapo.

        Jak bardzo Jan Bytnar “Rudy” był skatowany przez Niemców świadczy o tym relacja Tadeusza Zawadzkiego “Zośki”, który też tak jak Bytnar malował znaki Polski Walczącej, uczestnicząc w akcjach w rejonie Śródmieścia. Warto by wiedzieć i pamiętać o metodach i skutkach przesłuchań stosowanych przez “rasę panów” cywilizowanego świata.  Oto relacja Tadeusza Zawadzkiego “Zośki”, jak wyglądał Bytnar po odbiciu go z rąk Gestapo w akcji pod Arsenałem : “Ogolona głowa, twarz zielono – żółta, zapadnięte policzki, olbrzymi siniec pod okiem, sine uszy,  wielkie oczy szeroko otwarte, patrzące na nas. Porwaliśmy go na ręce. Każde dotknięcie przez nas wywoływało krzyk bólu.”(…) Całe ciało od pasa w dół miał jak bardzo silnie opalone i spuchnięte, w wielu miejscach strupy i zakrzepła krew. Nie było widać sińców, całe ciało było równomiernie rozbite…”

        Tadeusz Zawadzki “Zośka” był kolegą szkolnym Bytnara przed wojną uczyli się w liceum im. Stefana Batorego, “Zośka” też nie doczekał Wybuchu Powstania Warszawskiego, zginął kilka miesięcy później 21 sierpnia 1943 roku podczas ataku na strażnicę policji niemieckiej w Sieczychach pod Wyszkowem k. Warszawy.

        Jan Bytnar był uzdolniony technicznie i wykorzystywał to dla celów konspiracji, min. opracował szablon i pieczątki ze znakiem kotwicy. Jego był też pomysł i konstrukcja tzw. wiecznego pióra służącego do malowania i rysowania w akcjach “małego sabotażu”, które było często stosowane też w późniejszych akcjach sabotażowych. Był to blaszany pojemnik z farbą z bocznym otworem zakończonym rurką z knotem, osadzony na długim składanym kiju. Umożliwiał taki przyrząd pisanie grubych liter farbą nawet na wysokości czterech pięter.  Utrudniało, lub wręcz uniemożliwiało to w krótkim czasie zmycie napisów, lub malunków zwłaszcza, że starano się dobierać farbę trudno zmywalną.

        Dobrze się stało, że Polska zadbała odpowiednią ustawą o to, by znak Polski Walczącej był chroniony, szanowany i czczony jako jeszcze jeden najświętszy symbol Rzeczypospolitej Polskiej, gdyż znak ten podtrzymywał w społeczeństwie ideę niepodległościową w tym tak trudnym, zdawać by się mogło beznadziejnym czasie.

        Ochrona prawna znaku była niezbędna tym bardziej, że zdarzało się często, iż w celach typowo komercyjnych znak “Kotwicy” był nadużywany i nie zawsze wykorzystywany z poszanowaniem dobrego  imienia Rzeczypospolitej.

        Tak się złożyło, że byłem kilka dni temu w Szpitalu Wolskim na ul Płockiej 26 w Warszawie (w celu odwiedzin), tym samym w którym w latach wojny próbowano przywrócić do życia skatowanego przez Gestapo Jana Bytnara “Rudego”. Otwierając drzwi i wchodząc do szpitala po schodach, szedłem ze ściśniętym gardłem, w myślach miałem widok tych chłopców  dwudziestoletnich z Szarych Szeregów, w tym miejscu, na tych samych schodach, ich, niosących  na rękach umierającego kolegę w którym tliło się jeszcze życie. Mieli nadzieję, że dadzą radę, że on da radę, jest młody, chociaż był zawsze wątłej postury, ale wewnętrznie mocny. Gestapo go nie złamało, oprawcy sami tracili siły katując go, on żył. Tu w tym szpitalu była jeszcze szansa, że da radę, lecz niestety najbardziej twardy organizm nie wytrzyma tysięcy ciosów, zadanych w tak krótkim czasie, z wściekłością i nienawiścią temu młodemu życiu.  Młody bohater umiera tutaj, w tym szpitalu, nie wiem teraz w którym pokoju, może na parterze, może na sali za tymi drzwiami gdzie teraz stoję, może?, a może na piętrze, nie wiem i nikt z obecnego personelu nie wie, ale wszyscy wiedzą, że tutaj w tym szpitalu skończyło się młode życie.

        Ślady zbrodni niemieckich są tu aż nader widoczne.  Tablica z brązu na ścianie i wyryte na niej nazwiska lekarzy i pracowników szpitala na czele z dyrektorem dr med. Józefem Marianem Piaseckim i kapelanem ks. Kazimierzem Ciecierskim, zamordowani przez Niemców. Na tej samej tablicy lista nazwisk zamordowanych studentów. Zauważyłem też będąc w holu szpitala napisy na kilku drzwiach – “sala wykładowa” i akurat wychodzących stamtąd na przerwę przyszłych młodych lekarzy, teraz zapewne jeszcze studentów.

        Młodzi ludzie, uśmiechnięci, pełni życia, tacy sami jak ci sprzed lat prawie osiemdziesięciu, ci z szansą na rozwój naukę, pracę, karierę. Tamci do końca w szpitalu, na miejscu przy łóżkach pacjentów zamknięci, stłamszeni, na służbie, straceni!

        To było dawno i zdarzyć się już nie może, tak mógłbym pomyśleć wczoraj, bo wczoraj wszystko było dobrze, a dzisiaj niestety jest gorzej.  W miejsce wiary, nadziei, miłości i solidarności  wkradło się szaleństwo, zło, cynizm i zwyczajna głupota.

        Historia  znowu się powtarza, znowu zatrzęsła się ziemia. Jeszcze nie w naszych granicach, lecz niedaleko za miedzą. Myślę jednak, że rozsądek i opamiętanie zwycięży. Międzynarodowa solidarność nie pozwoli by jakiś zepsuty watażka terroryzował cały świat. Niszczył, gwałcił, plądrował. Najwyższy czas powiedzieć dość i zrobić wszystko by znak Polski Walczącej był tylko znakiem przeszłości, by nie symbolizował czasów obecnych, gdy znowu ruszono fundament pokoju!

        Dodam. że w tym samym szpitalu na ul Płockiej 26 w Warszawie zmarł w 1963 roku pisarz i  bard Warszawy Stanisław Grzesiuk, przeżywszy zaledwie 45 lat. Nie odzyskał już zdrowia po przebytych obozach koncentracyjnych w Dachau i Mauthausen – Gusen.  Ten autor “Boso, ale w ostrogach” i “Pięć lat kacetu”, a także niezapomniany chłopak z Czerniakowa, śpiewający i grający na bandżoli i mandolinie, autor i wykonawca przedwojennych i z czasów wojny piosenek o Warszawie, był jedną z wielu milionów ofiar polityki eksterminacyjnej Niemiec.

        Teraz na naszych oczach odradza się, nowy ekstremizm – putinowski na ludności ukraińskiej, a właściwie postępuje, bo zaczął się na narodzie Gruzji i Czeczenii. Oby nie było powrotu do czasów drugiej wojny światowej, dlatego świat nie może się temu przyglądać i stać bezczynnie, nie może tak jak w 1939! – Chyba, że ma w tym pewien interes?!   Bo jest też tak, że zwierzchnik cerkwi prawosławnej w Moskwie i całej Rusi Cyryl I oficjalnie poparł Putina i jego zbrodnicze wyczyny. Jak więc mamy postrzegać namiestnika Boga, który tu na ziemi głosi nauki Chrystusa, który pierwszy z krzyżem w ręku powinien stanąć na drodze Putinowi, by wyjść na przeciw reżimowi, by bronić życia. Jak mamy postrzegać prawosławie w Rosji i jego patriarchę, który błogosławi Putinowi!!! – I tylko dlatego by bronić własnych interesów, by zachować swe miejsce w hierarchii kościelnej, ciągnie za sobą swój naród w odmęty ciemności.

        Czy wie, jak bardzo obniżył rangę kościoła, jak się czuje ze sobą wewnętrznie, nie pomny tego, kogo nauki wyznaje?!  Czyżby życie braci tej samej wiary, lecz innego narodu nie było warte by żyć?

        Znowu powtórka z historii, papieże rzymscy Pius XI do 1939 roku, przyglądał się jak rozwija się narodowy socjalizm w Niemczech, potem Pius XII spokojnie patrzył na działania wojenne i holokaust, aby w końcu zrozumieć i dopiero we wrześniu 1943 potępił działania wojenne i Hitlera. Chociaż czasem historia weryfikuje zdarzenia, bo teraz wiadomo, mimo, że Pius XII nazywany był “papieżem Hitlera”, to jednak uczestniczył w spiskach organizowanych na życie Hitlera i pomagał w ratowaniu Żydów.  Czyżby widoczna była wyższość wiary rzymsko katolickiej od prawosławia?  Tutaj patriarcha Cyryl I mógłby wiele zmienić, ale nie ma takiej woli, nie ma w nim więc wiary, ani też nadziei.

        Na tym tle, jakże piękne świadectwo daje Polska, naród polski, ofiarnie angażując się w pomoc ściganym i uciekającym przed pożogą wojenną Ukraińcom. Polscy wolontariusze na wielką skalę poświęcając swój czas i energię idą z pomocą. Naród polski stanął na wysokości zadania, Episkopat Polski stanął na wysokości zadania organizując pomoc humanitarną. Jednocześnie Przewodniczący Konferencji  Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki zwrócił się do Patriarchy Cyryla I o potępienie Putina za agresję na Ukrainę i wezwanie go do zaprzestania działań wojennych. Sam w imieniu Episkopatu Polski wystąpił z wezwaniem do Putina  już wcześniej.

        Czy ta pomoc, ofiarność niezbędna i realizowana w potrzebie chwili da się przełożyć na trudy dnia codziennego. Bo paradoksalnie jak to widzimy teraz, trudniejsze było współżycie na co dzień niż w chwilach zagrożenia, niepewności i strachu?! Widzimy jedność w narodzie i zbliżenie między narodami… z nielicznymi wyjątkami.

Jerzy Rozenek