2‑go Maja. Żywot świę­to­bli­we­go Jana Dłu­go­sza, Nomi­na­ta Arcy­bi­sku­pa Lwowskiego

        Jan Dłu­gosz, pierw­szy wiel­ki dzie­jo­pis pol­ski, uro­dził się roku 1415 w Brzeź­ni­cy z zie­mi Sie­radz­kiej, z ojca Jana, któ­ry wal­czył pod Grun­wal­dem prze­ciw Krzy­ża­kom. W mło­dych leciech odda­ny do szkół, naj­przód w nowym Kor­czy­nie taką zapa­łał chę­cią zyska­nia świa­do­mo­ści, że wszel­kie zaba­wy dzie­cin­ne porzu­cił. W Kra­kow­skiej potem aka­de­mii z wiel­kiem cno­ty i nauki zale­ce­niem kil­ka lat prze­pę­dziw­szy, przy­szedł do wiel­kiej dosko­na­ło­ści. A gdy się dostał na dwór Zbi­gnie­wa Ole­śnic­kie­go, Bisku­pa kra­kow­skie­go, tak mu przy­padł do ser­ca dla wiel­kie­go prze­zo­ru i dow­ci­pu, że mu pan, siedm­na­ście lat mają­ce­mu, rząd całe­go dwo­ru swo­je­go pole­cił, co mu u nie­któ­rych domo­wych zazdrość, ale u mądrych ludzi wiel­ką powa­gę sprawiło.

         Mimo wie­ku mło­dzień­cze­go na tym urzę­dzie zdzia­łał wie­le dobre­go, zbie­ra­jąc pil­nie i spi­su­jąc pięk­nym porząd­kiem wszyst­kie pra­wa, docho­dy, fun­da­cye Bisku­pów kra­kow­skich, któ­re przez nie­do­zór zarzu­co­ne, zanie­dba­ne i pra­wie zagu­bio­ne były. Tęż samą przy­słu­gę uczy­nił całej dyece­zyi kra­kow­skiej, kie­dy wszyst­kie fun­da­cye i zapi­sy kościo­łów, ple­ba­nii, pre­bend w jed­ną księ­gę zebrał, i pil­no wypi­sał, żeby jaką nie­pa­mię­cią albo przy­go­dą nie zgi­nę­ły. Tę pra­cę Dłu­go­sza zacho­wu­je dotąd u sie­bie Kapi­tu­ła krakowska.

         Choć mło­dy był Dłu­gosz i zawsze weso­ły, nie gasił w sobie ducha nabo­żeń­stwa i owszem mię­dzy usta­wicz­ne­mi jego pra­ca­mi naj­mil­szą mu było roz­ryw­ką kościo­ły obcho­dzić, modli­twą się bawić, a oso­bli­wie roz­my­ślać o Męce Pań­skiej. Miał też stąd jakąś oso­bliw­szą roz­kosz na umy­śle, patrzeć na obrzę­dy i cere­mo­nie kościel­ne, sły­szeć ducho­wień­stwo śpie­wa­ją­ce chwa­łę Bogu. Prze­to stąd miał natchnie­nie do przy­ję­cia sta­nu kapłań­skie­go, na co się, a oraz na wiecz­ną czy­stość ślu­bem obo­wią­zał Bogu, dla któ­rej zacho­wa­nia ćwi­czył się w wiel­kiej wstrze­mięź­li­wo­ści. W roku 21 został sub­dy­ako­nem, a nie kwa­pił się do kapłań­skie­go stop­nia, lecz przez lat czte­ry spo­so­bił się do ćwi­cze­nia w cno­tach i czy­ta­nia ksiąg potrzeb­nych, a dopie­ro w roku 25 wie­ku swe­go od Zbi­gnie­wa Bisku­pa otrzy­mał poświę­ce­nie kapłań­skie. Nikt nad nie­go nie prze­strze­gał pil­niej obrzę­dów i cere­mo­nii kościel­nych, nikt god­no­ści kapłań­skiej nie zacho­wał usil­niej od wszel­kiej zma­zy duszy i ciała.

Reklama

         Zostaw­szy kano­ni­kiem kra­kow­skim tak nie­na­gan­ne i czy­ste życie pro­wa­dził, że nie tyl­ko w swo­jej kate­drze dozna­wał oso­bli­wej czci, ale i poza jej gra­ni­ca­mi o przy­jaźń jego się sta­ra­no. W kol­le­gia­cie Wiślic­kiej został kusto­szem, w san­do­mier­skiej kano­ni­kiem, i inne choć ubo­gie pre­ben­dy przyj­mo­wał, co mu u nie­któ­rych podej­rze­nie łakom­stwa spra­wo­wa­ło. Ale to Dłu­gosz i przed Bogiem i przed świa­tem uspra­wie­dli­wił, albo­wiem gdzie­kol­wiek zastał ruinę, nie­po­rzą­dek, albo nie­do­sta­tek, to do lep­szej pory przy­pro­wa­dzał. W Kotlu, wio­sce nale­żą­cej do kusto­dyi wiślic­kiej, wysta­wił na pięk­nej górze kościół muro­wa­ny, tak wspa­nia­ły i ozdob­ny, że i w naj­więk­szem mie­ście słu­żył­by za ozdo­bę. W Wiśli­cy przy kol­le­gia­cie wie­żę wspa­nia­łą wyniósł, a wika­ry­uszom tego kościo­ła miesz­ka­nie wygod­ne wysta­wił. Pod San­do­mie­rzem w Odan­cho­wie, gdzie miał pre­ben­dę kano­nicz­ną, wspa­nia­ły kościół pod tytu­łem Naj­święt­szej Maryi Pan­ny z muru wysta­wił i upo­sa­żył, a wio­skę małą poważ­ną struk­tu­rą przyozdobił.

        Z nabo­żeń­stwa oso­bli­we­go, któ­re miał do św. Sta­ni­sła­wa, Bisku­pa kra­kow­skie­go, wysta­wił w Szcze­pa­no­wie, miej­scu rodzin­nem św. Męczen­ni­ka, wła­snym nakła­dem i innych poboż­nych wspa­nia­ły kościół i w docho­dy znacz­ne opa­trzył. Kol­le­gium kra­kow­skie, w któ­rem do dziś dnia uczą pra­wa kościel­ne­go i koron­ne­go, czę­ścią zre­pa­ro­wał, czę­ścią z fun­da­men­tu wyniósł, i wie­le innych budyn­ków wystawił.

         Kol­le­gia­cie Wiślic­kiej bar­dzo boga­te apa­ra­ty daro­wał, nad­to szcze­ro­zło­ty kie­lich z pate­ną i takąż mon­stran­cyę, na co wyło­żył 5000 grzy­wien pie­nię­dzy. W Kło­buc­ku, gdzie

        Jan Dłu­gosz. naj­przód był ple­ba­nem, wysta­wiw­szy kościół nowy, aby w nim gło­śniej brzmia­ła służ­ba Boska, fun­do­wał przy nim kano­ni­ków regu­lar­nych, któ­rych świę­to­bli­wość i nabo­żeń­stwo za jego cza­sów wiel­ką mia­ło wziętość.

        Na Skał­ce przy Kra­ko­wie, miej­scu, na któ­rem zabi­ty był świę­ty Sta­ni­sław, Biskup, i cia­ło jego przez wie­le lat spo­czy­wa­ło, jeden tyl­ko był ple­ban, więc aby więk­sza na tak świę­tem miej­scu chwa­ła Bogu i Świę­te­mu Jego brzmia­ła, doka­zał Dłu­gosz choć z nie­wy­mow­ną pra­cą, że przy tym koście­le osie­dli OO. Pau­li­ni, a na ich wyży­wie­nie, oprócz innych nakła­dów, wieś kupił. W niej dotąd mają klasz­tor wspa­nia­ły, a mając w nim stu­dy­um teo­lo­gicz­ne, w wiel­kiej licz­bie chwa­lą Boga we dnie i w nocy. A za naszych cza­sów zrzu­ciw­szy sta­ry kośció­łek, wspa­nia­ły i ozdob­ny sta­ra­niem swo­jem wystawili.

        W San­do­mier­skiej kol­le­gia­cie, do któ­rej miał oso­bliw­sze przy­wią­za­nie i nabo­żeń­stwo, aby Mat­ce Boskiej (pod któ­rej imie­niem jest ten kościół) więk­sza cześć była, kupiw­szy dwie wsi, ośm man­sy­ona­rzów fun­do­wał, któ­rzy codzien­nie kurs albo godzi­ny o Niej śpie­wa­ją. Gdy zaś na te i inne poboż­ne uczyn­ki wyle­wał się ten świę­to­bli­wy pra­łat, wzbu­dził na nie­go sza­tan nie­ma­łe prze­śla­do­wa­nie, zaostrzył języ­ki zazdro­snych i łako­mych ludzi, oso­bli­wie z tej przy­czy­ny, że będąc posta­no­wio­ny egze­ku­to­rem testa­men­tu Zbi­gnie­wa, Kar­dy­na­ła i Bisku­pa kra­kow­skie­go, wolę jego do naj­mniej­sze­go punk­tu wier­nie wyko­ny­wał, co bra­ta jego i innych krew­nych, obło­wu swe­go pra­gną­cych, sro­dze bola­ło. I przy­szło do tego, że Piotr ze Skro­ci­na, pod­kanc­le­rzy koron­ny nie­win­ne­go Dłu­go­sza tak nie­zboż­nie przed kró­lem obczer­nił, iż gniew monar­chy na nie­go zapa­lił; ale gdy na sąd sta­nął Dłu­gosz i z wszel­ką skrom­no­ścią zbił zarzu­ty nie­przy­ja­ciel­skie, zawsty­dzo­ny i sumie­niem prze­ko­na­ny dela­tor wyprzy­siągł się powie­ści swo­ich, a Dłu­gosz nie chciał żad­nej z nie­go zemsty.

        Była i inna oka­zya, za któ­rą gniew kró­lew­ski na sie­bie obru­szył, tak że musiał ucho­dzić i kryć się u dobrych przy­ja­ciół. Wszak­że gdy jego spra­wie­dli­wość z cza­sem się wyja­śni­ła, król Kazi­mierz odtąd tak go począł sza­co­wać, że nie tyl­ko do naj­trud­niej­szych spraw go przy­cią­gał, ale jego z mię­dzy wie­lu innych obrał na kie­row­ni­ka w naukach i oby­cza­jach sze­ściu synów swo­ich. Jakoż takie im dał wycho­wa­nie, że wszy­scy z nich byli pano­wie cno­tli­wi, a jeden z nich świę­ty Kazi­mierz kró­le­wicz, do tak wyso­kiej doszedł świę­to­bli­wo­ści, że Kościół Boży poli­czył go mię­dzy Świętych.

        Gdy pierw­sze­go z tych uczniów Dłu­go­sza, Wła­dy­sła­wa kró­le­wi­cza na tron swój zapro­si­li Cze­cho­wie, Kazi­mierz IV król Pol­ski chciał, aby Dłu­gosz z nim jechał do Pra­gi. Wzbra­niał się tego moc­no, wie­dząc że to kłó­tli­wa była spra­wa, a gdy go król ina­czej nie mógł przy­wieść do tego, rzekł do nie­go: „I jak­że to będzie, kie­dy syn mój razem obu ojców stra­ci? mnie, któ­rym go na świat zro­dził i cie­bie, któ­ryś go w duchu zro­dził.“ Temi tedy sło­wy wzru­szo­ny Dłu­gosz skło­nił się do woli pana, a radą swo­ją doka­zał, że w tak zakłó­co­nem i roze­rwa­nem pań­stwie, Wła­dy­sław tron spo­koj­nie osiadł.

 Ofia­ro­wał Wła­dy­sław tam­że nauczy­cie­lo­wi swe­mu Dłu­go­szo­wi Arcy­bi­skup­stwo Pra­skie, bar­dzo obfi­te w docho­dy, ale nie chciał przy­jąć ina­czej tyl­ko pod tym warun­kiem, aby pier­wej Cze­cho­wie do jed­no­ści ze św. Kościo­łem Rzym­skim przy­szli; ale że oni na to nie przy­sta­li, on też ich paste­rzem być nie chciał, to przy­da­jąc, że bar­dzo dobrze świa­dom cię­ża­ru Bisku­pie­go, gdyż dwa­dzie­ścia i czte­ry lat na dwo­rze Bisku­pa kra­kow­skie­go zosta­wał. I sam Kazi­mierz król ofia­ro­wał mu to pod­kanc­ler­stwo, to pod­skarb­stwo wiel­kie koron­ne (bo tam­tych cza­sów dawa­no je i duchow­nym), ale Dłu­gosz pokor­nie się z tego wypro­sił bojąc się na takich urzę­dach jakie­go zawo­du sumienia.

 Miał do unik­nie­nia tak wyso­kich urzę­dów i inne przy­czy­ny. Naj­przód że pra­co­wi­cie z róż­nych auto­rów pol­skich i cudzo­ziem­skich zbie­rał histo­ryę Pol­ską, a po wtó­re że bar­dzo dbał o to, iż jego stan duchow­ny po nim wyma­gał, aby raczej Boskie­mi rze­cza­mi się zaba­wiał niż docze­sny­mi zabie­ga­mi. Prze­toż cze­go od mło­do­ści pra­gnął i czę­sto mawiał: „Dotąd mar­nie czas tra­wię i dar­mo żyję na świe­cie, kie­dy tego miej­sca nie widzę, na któ­rem Zba­wi­ciel mój naro­dził się i umarł za mnie“, tego za oka­zyą doka­zał. Albo­wiem gdy w wiel­kiej spra­wie posłem był do Rzy­mu i od Miko­ła­ja V, Papie­ża, mile był przy­ję­ty, tak dale­ce, że za tak god­ne­go posła dzię­ko­wał Papież kró­lo­wi pol­skie­mu, zle­co­ne sobie dzie­ło szczę­śli­wie spra­wiw­szy, tam­że Jubi­le­usz wiel­ki naboż­nie odpra­wił, a wsiadł­szy na okręt, zaje­chał do Zie­mi świę­tej i tam wszyst­kie miej­sca tajem­ni­ca­mi zba­wie­nia nasze­go poświę­co­ne, tudzież krwią Jezu­so­wą skro­pio­ne, z nabo­żeń­stwem i łez wyla­niem nawie­dzał. Pra­gnął tam na zawsze żyć albo umie­rać, ale czę­ścią, że zle­co­ne inte­re­sa ina­czej kaza­ły, czę­ścią że okręt śpiesz­niej odcho­dził, z żalem stam­tąd odjeżdżał.

        Powró­ciw­szy do ojczy­zny, spro­wa­dził z sobą apo­stol­skie­go męża nasze­go zako­nu św. Jana Kapi­stra­na, tą naj­bar­dziej inten­cyą, aby jako ten świę­ty Mąż w Cze­chach, Mora­wie i Austryi tak ogni­ste­mi sło­wy, jako roz­licz­ne­mi cudy, nie­wy­mow­nie wiel­ki poży­tek czy­nił i Husy­tów here­zyę wszę­dzie wytę­piał, tak też sza­tań­skie nasie­nie z naszych niw pol­skich sku­tecz­nie wykorzenił.

        Gdy już Dłu­gosz był pode­szły w latach, cały rząd domu swe­go i docho­dów zle­cił rodzo­ne­mu bra­tu swe­mu tak­że kano­ni­ko­wi kra­kow­skie­mu, a sam na uczyn­kach pokut­nych i miło­sier­nych resz­tę życia swe­go z wiel­ką ducha rado­ścią zaczął pro­wa­dzić. Ale że nad nadzie­ję swo­ją prę­dzej brat mu umarł, nie­po­mier­nie śmier­ci jego żało­wał i dzi­wo­wa­li się wszy­scy, że mąż wspa­nia­łe­go umy­słu we wszyst­kich nie­po­myśl­nych przy­pad­kach, w tym jed­nym mięk­kość i sła­bość ser­ca poka­zy­wał. Ale że takie­go bra­ta postra­dał, któ­ry jego cię­żar na sobie dźwi­gał, a jemu do zaba­wie­nia się z samym Bogiem poma­gał, każ­dy go z mądrych wymawiał.

        Przed śmier­cią, że go już król utrzy­mać przy boku swo­im nie mógł, wmó­wił w nie­go aby przy­jął Arcy­bi­skup­stwo lwow­skie i już go na nie nomi­no­wał, ale śmierć do tego prze­szko­dzi­ła, że Bisku­pie­go poświę­ce­nia i posses­syi tej kate­dry nie doszedł. Zacho­ro­waw­szy śmier­tel­nie, goto­wał się naboż­nie do szczę­śli­wej wiecz­no­ści; co miał z rucho­mo­ści i pie­nię­dzy na uczyn­ki poboż­ne czę­ścią roz­dał, czę­ścią testa­men­tem lego­wał, a Sakra­men­ta św. przy­jąw­szy, Bogu ducha oddał.

        Przez oso­bli­we nabo­żeń­stwo, któ­re miał do św. Sta­ni­sła­wa, Bisku­pa i Męczen­ni­ka, roz­rzą­dził, aby cia­ło jego po śmier­ci na Skał­ce spo­czy­wa­ło, gdzie i ten Świę­ty dłu­go spo­czy­wał i tam z wiel­ką uczci­wo­ścią pocho­wa­ne było, gdzie uwiel­bie­nia swe­go od Boga ocze­ku­je, któ­ry wier­nych i pra­co­wi­tych sług swo­ich jest zapła­tą wiel­ką i koro­ną wieczną.

Za „Żywo­ty Świętych”