Gdyby nasi politycy kiedykolwiek w swoim życiu własnymi rękami (i głową) zarobili jakiekolwiek pieniądze, to nie czekaliby na zewnętrzne finansowanie Polski. Ale oparliby jej rozwój o wewnętrzne bogactwo, nie sprzedając nas obcym.

        Najpierw opowiem Wam historyjkę, jaką odziedziczyłem po moim dziadku kowalu. Pewien człowiek dorobił się majątku i  syna nicponia. Leniwego hulakę. Co zdarza się ciężko pracującym dorobkiewiczom. Jak takiemu przekazać majątek? Przecież wszystko roztrwoni. Wezwał syna i postawił warunek: zapisze mu majątek, jeżeli przyniesie własnymi rękami zarobione pieniądze. 10 000 złotych na dzisiejsze.

        Syn aż się uśmiał z dziwactwa starego. Zwrócił się do kolegów, z którymi trwonił czas i pieniądze, po pożyczkę. Odda natychmiast po zapisie ojca. Będzie miał przecież mnóstwo pieniędzy. Koledzy nie zawiedli, zatem szybko wrócił do ojca, machając mu przed oczami plikiem banknotów.

        Ojciec wziął je do ręki i szybko wrzucił do rozpalonego kominka.

        –  Nie zarobiłeś tych pieniędzy, mój synu – powiedział. – Wróć jak zarobisz.

        Głupia sprawa, ale w końcu to tylko kropla z morza pieniędzy, które wkrótce miało być jego. Poszedł do kolegów po kolejną pożyczkę i znowu się sprawdzili. Mógł na nich polegać.

        Poprawił swój wygląd na gorszy, zrobił zatroskaną minę człowieka spracowanego fizycznie  i wrócił do ojca. Ten wziął pieniądze, potrzymał trochę dłużej w ręce … i wrzucił do ognia. Pieniądze spokojnie spłonęły.

        – Nie zarobiłeś ich – powiedział po chwili. – Daję ci ostatnią szansę. Jeżeli nie przyniesiesz własnoręcznie zarobionych pieniędzy, cały majątek zapiszę na sierociniec.

        To byłaby tragedia dla młodego człowieka. Mógł pożyczyć jeszcze raz. A jeżeli ojciec znowu odgadnie, a on zostanie bez grosza, za to z długami? I podjął decyzję, jaka wcześniej nigdy nie przyszłaby mu do głowy. Zatrudnił się przy rozładowywaniu wagonów z węglem.

        Po trzech miesiącach wrócił do ojca trzymając w niedomytych i obolałych rękach własnoręcznie zarobione pieniądze. A ojciec je wziął i … wrzucił do ognia.

        – Co!? – wrzasnął.

        Kosztowały go tyle trudu i wyrzeczeń, a ojciec znowu chciał je spalić. Rzucił się do pieca i zaczął je wyciągać. Nie zważając na ból poparzonych rąk. A ojciec wreszcie się uśmiechnął, patrząc na syna ratującego przed spaleniem własnoręcznie zarobione pieniądze.

        – Może jeszcze będą z ciebie ludzie – bardziej stwierdził niż zapytał.

        Nie wiem skąd mój dziadek znał tę historię. Może z książek, które namiętnie czytał. Przypomniała mi się właśnie teraz. W dniach, gdy rządzący nami i media podgrzewają wizję bogactwa za darmowe pieniądze z Unii Europejskiej. I rozpalają emocje związane z ich wydawaniem. A nawet prorokują rozwój i dobrobyt Polski za darmo.

Gdyby nasi rządzący nie mieli takich czystych rąk, to Polska rozwijałaby się w oparciu o własne wewnętrzne bogactwo, którego jest mnóstwo.

        Gdyby kiedykolwiek własnymi rękami zarobili pieniądze, to nie marnowaliby z taką nonszalancją naszych własnych zasobów. I nie zaciągaliby kolejnych pożyczek warunkowanych spełnieniem horrendalnych żądań zapisanych drobnym drukiem pn. kamieni milowych.

        Kamieni milowych, które mogą stać się dla nas kamieniami młyńskimi, topiąc nas w morzu niekonkurencyjnych gospodarek. A system zarządzania państwem uczynią trwale upadłym i niereformowalnym. I stale zależnym od zewnętrznych dyspozycji.  Domyślcie się jakich.

        Gdyby większość z nas znała i rozumiała opowiastkę, jaką odziedziczyłem po moim mądrym dziadku, to nie dałaby sobie wciskać takiego zwietrzałego kitu.

Jan Azja Kowalski

https://abcniepodleglosc.pl/