Na temat demografii i dzietności w Polsce powinniśmy rozmawiać z perspektywy przyszłych rodziców, a nie tylko naukowców i socjologów.

        Wg badań CBOS z 2022 r. preferowana przez Polaków liczba dzieci przekracza 2,1 dziecka na kobietę i wynosi mniej niż w poprzednich latach.

        Luka edukacyjna w Polsce odbija się na braku odpowiednio wykształconego partnera dla kobiet i skazaniu aż 25% z nich na bezdzietność.

        Polacy przed założeniem rodziny chcą mieć swoje mieszkanie i stabilną sytuację ekonomiczną, więc odsuwają w czasie wydanie na świat dzieci.

        Migracje nie są rozwiązaniem bezdzietności w Polsce – ich poziom się zmienia, a asymilacja uchodźców przebiega długo.

        Wbrew temu co słyszymy, Polacy jednak chcą mieć dzieci – tylko 9% Polaków stawia na jedno dziecko, a 7% w ogóle ich nie chce. To brak partnera jest w Polsce główną przyczyną bezdzietności, która dotyka aż 20-25% kobiet, co jest jednym z najwyższych wskaźników bezdzietności w Europie. Na przeszkodzie do powstania związku stoi częsty brak zbieżności pod względem wykształcenia. W Polsce istnieje jedna z najwyższych luk edukacyjnych w Europie (przewaga odsetku młodych kobiet z wyższym wykształceniem nad mężczyznami). Barierą jest również trudna sytuacja na rynku pracy i mieszkań.

        Dyskusja w Polsce o demografii została rozpoczęta przez naukowców jeszcze pod koniec ubiegłego wieku, ale dopiero od mniej więcej dekady temat stał się bardziej popularny, a ostatnio wręcz – palący.

        Na dzietność wpływa cała gama czynników i ewentualne pozytywne oddziaływanie jednego bądź kilku z nich może być ograniczone przez negatywne oddziaływanie pozostałych. W drugą stronę zresztą również to działa. Dzietność jest wypadkową oddziaływania wszystkich czynników polityk jednocześnie, a każdy kraj ma swoje specyficzne zasoby i bariery. Do tego dochodzą zjawiska tymczasowe, jak pandemie, wojny, dekoniunktura lub inflacja, które również wywierają swój wpływ.

        Zatem pytanie, czy dany instrument polityki (np. 500+) działa, skoro dzietność dla całej populacji spadła, jest w zasadzie nieprawidłowo postawione. Podobnie jak pytanie o pojedyncze czynniki, jak choćby dlaczego dzietność w Polsce i Włoszech jest tak niska, skoro to katolickie kraje, a (zsekularyzowane) Czechy czy Francja notują (jak na Europę) stosunkowo wysoką dzietność.

        Wiedza o czynnikach wpływających na dzietność i informacje pozwalające ocenić skalę oddziaływania są mocno rozproszone. Nawet sama wiedza zawodowych naukowców nie jest wystarczająca – potrzebne jest jej uzupełnienie o rzetelne raporty organizacji pozarządowych czy innych podmiotów i dobre rozeznanie w danych, które też często samodzielnie należy przetworzyć. Pomimo największych chęci, naukowcy akademiccy nie są po prostu w stanie napisać o wszystkim co istotne.

Trudne do odczytania preferencje

        Dla zrozumienia wyzwań dla dzietności w Polsce kluczowa jest perspektywa potencjalnych rodziców. Po pierwsze należy rozważyć, czy Polacy w ogóle chcą mieć dzieci. Jeśli przyjmiemy idealną liczbę dzieci jako element norm kulturowych, to już w tym miejscu zauważymy pozytywny potencjał polskiej kultury dla zwiększenia dzietności.

        Według badania CBOS, Ocena polityki rodzinnej rządu i zaspokojenie potrzeb prokreacyjnych Polaków (wykonanego w lipcu 2022 r.), 46% Polaków chciałoby mieć dwoje dzieci, 22% troje, kolejne 10% więcej. Jedynie 9% marzy tylko o jednym dziecku, a 7% o bezdzietności. Średnia preferowana liczba dzieci przekracza 2,1, czyli liczbę dzieci na kobietę, jaka powinna się urodzić, by zachować zastępowalność pokoleń i zapobiec nieustannemu spadkowi liczby ludności.

        Jednak deklarowane ideały nie pokazują całego obrazu sytuacji. Po pierwsze, popularnym zjawiskiem jest brak klarownych preferencji co do liczby dzieci – np. dlatego, że jeszcze o tym nie myślą. Odpowiadając na pytanie, ile chcieliby mieć dzieci, młodzi ludzie mogą powiedzieć, że żadnego. Choć w domyśle oznacza to  „na dzisiaj żadnego”, co jest niekiedy równoznaczne z innym wariantem odpowiedzi: „jeszcze nie wiem”. Gdy upłynie kilka lat i przyjdzie właściwy moment, to plany te wykrystalizują się w realniejszą, być może wyższą liczbę.

        Po drugie, nawet ustabilizowane pragnienia mogą się z czasem zmieniać – zarówno in minus (pojawiają się bariery), jak również in plus (na skutek np. przyjęcia wyższych ideałów kochającego partnera lub pozytywnych doświadczeń z dziećmi osób z najbliższego otoczenia).

        Powyższe czynniki mogą tłumaczyć, dlaczego wyniki ostatniego badania CBOS pokazują nieco niższe wartości idealnej liczby dzieci niż wcześniejsze edycje tego samego badania, w których ideały dzietności z badania na badanie rosły. Obniżenie ideałów dotyczyło głównie najmłodszych roczników w wieku 18-24, które mocno doświadczyły pandemii i skoncentrowały się na innych problemach niż myślenie o swoich przyszłych dzieciach. Nie musi to być jednak trwały trend. Tym samym wyniki te należy rozumieć orientacyjnie, a nie jako górny limit potencjalnej dzietności.

Wsparcie związków zwiększy dzietność

        Skoro Polacy chcą mieć dzieci, to co ich powstrzymuje? W stosunkowo krótkim tekście nie da się opisać wszystkich ważnych czynników, ale należy zwrócić uwagę na kilka kluczowych aspektów.

        By urodziły się dzieci, najpierw musi powstać związek między kobietą i mężczyzną. I tu pojawiają się schody. Pary zazwyczaj dobierają się na zasadzie podobieństwa – im więcej mają ze sobą wspólnego, tym lepiej. Spośród różnych podobieństw zasadnicze znaczenie ma zbieżność pod względem wykształcenia.

        Zdecydowanie najczęściej w pary łączą się osoby o podobnym poziomie ukończonej edukacji – to tzw. homogamia edukacyjna. Co więcej, najatrakcyjniejsi na rynku matrymonialnym są mężczyźni z wyższym wykształceniem, którzy stosunkowo najrzadziej pozostają samotni i bezdzietni. Kobiety w Polsce coraz częściej wolą pozostać samotne niż wiązać się z mężczyzną z niższym od nich wykształceniem.

        Tymczasem w Polsce istnieje jedna z najwyższych luk edukacyjnych w Europie, czyli przewaga odsetku młodych kobiet z wyższym wykształceniem nad odsetkiem mężczyzn. Ponad 50% kobiet w wieku 25-34 lata skończyła studia, a wśród mężczyzn nieco ponad 30%. To oznacza, że część kobiet i mężczyzn, dla których „zabrakło” pary z ich poziomem wykształcenia, nigdy nie wejdzie w trwały związek.

        Wiemy również, że brak partnera jest w Polsce główną przyczyną bezdzietności, która – w zależności od sposobu liczenia – dotyka aż 20-25% kobiet, co jest jednym z najwyższych wskaźników bezdzietności w Europie.

        Kobiety w zamian nie chcą wybierać samotnego rodzicielstwa – w badaniu CBOS z 2019 r. Preferowane i realizowane modele życia rodzinnego dokładnie 0% osób wskazuje, że idealną dla niego formą rodziny jest bycie samotnym rodzicem. Co prawda samotne rodzicielstwo w Polsce nierzadko występuje, ale jest efektem raczej różnych trudności i bolesnych doświadczeń, a nie realizacją marzeń.

        Inne różnice między kobietami a mężczyznami mają drugorzędne znaczenie. Polki niemal w takim samym odsetku co Polacy preferują partnerski model rodziny, podobnie jest w innych modelach, więc trudno mówić o znaczącej niezgodzie. Niezgoda w zakresie preferencji politycznych na linii preferencje lewicowe-prawicowe (ostatnio zresztą zanikające) mogą przeważać jedynie u osób o poglądach skrajnych, których zawsze jest niewiele. Nie ma też wielu punktów zapalnych blokujących możliwość urodzenia dzieci, kiedy związek już powstanie. Kobiety i mężczyźni niemal w identycznym odsetku deklarują, jaka jest ich idealna liczba dzieci.

        A różnice w wynagrodzeniach (zwykle na korzyść mężczyzn), w Polsce stosunkowo niewielkie w porównaniu do innych krajów UE, mogą być nawet sprzyjające – stosunkowo niższe utracone dochody dla kobiety stanowią niższy „koszt alternatywny”, a wyższe zarobki mężczyzny dają lepszą rękojmię utrzymania rodziny w czasie przerwy w pracy kobiety.

        Polacy, zwłaszcza kobiety, powszechnie deklarują, że warunkiem urodzenia dziecka jest wejście w związek małżeński. Z perspektywy dzietności ma to o tyle znaczenie, że jeśli związki małżeńskie wyciągniemy z całej populacji (singli, samotnych rodziców, konkubentów, rozwiedzionych), to okaże się, że tylko w małżeństwach rodzi się w Polsce więcej – średnio ok. 2,0 dzieci. O ile ok. 26% dzieci w Polsce rodzi się poza małżeństwami, to jednak dotyczy to głównie dzieci pierwszych, rzadko drugich i kolejnych.

        Pokazuje to, jak ważne jest znoszenie barier dla wchodzenia w małżeństwa (w tym łagodzenie zjawiska luki edukacyjnej), wsparcie w ich trwałości. Polaków chcących mieć dzieci do małżeństw nie trzeba szczególnie zachęcać – wg badania przeprowadzonego w 2021 r. na zlecenie Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej, 86% Polaków planujących potomstwo chce jednocześnie wejść w związek małżeński. Małżeństwa nie planuje jedynie nieco ponad 2% potencjalnych rodziców – co należy odróżnić od znoszenia barier.

Bezpieczeństwo kluczem

        Mamy już związek. Jakie są dalsze wyzwania? Włóżmy je do pakietu „bezpieczeństwo” (nawiasem mówiąc, silna preferencja kulturowa wobec małżeństw częściowo może być przypisywana poszukiwaniu bezpieczeństwa).

        Pierwsza bariera to bezpieczeństwo ekonomiczne, a ściślej – pewność stałych dochodów. Polacy preferują urodzenie dziecka w momencie, kiedy zarówno ojciec, jak i matka mają pracę. Praca obojga potencjalnych rodziców daje dwa dochody, daje także prawo do zasiłku macierzyńskiego przez rok od urodzenia dziecka w wysokości średnio 80% dochodu kobiety, co jest najatrakcyjniejszą opcją (alternatywa – 1 000 zł miesięcznie świadczenia rodzicielskiego jest raczej „opcją B”).

        Tu potrzebne jest zwrócenie uwagi na szczegóły. Największe, powszechne poczucie bezpieczeństwa daje umowa o pracę na czas nieokreślony zarówno dla kobiety, jak i dla mężczyzny. Dla kobiety dodatkowo zwiększa ona szanse na łatwy powrót do uzyskiwania dochodu po odchowaniu dziecka, a dla mężczyzny – zmniejsza ryzyko utraty pracy.

        Niestety w Polsce osoby przed 30. rokiem życia nie są w tej kwestii rozpieszczane przez rynek pracy. Wg danych BAEL połowa aktywnych umów dla osób w wieku 20-24 lata i blisko co trzecia dla osób w wieku 25-29 lat to umowa na czas określony (wskaźniki są zbliżone dla kobiet i mężczyzn).

        Ponadto udział umów na czas określony przechodzący na umowy na czas nieokreślony oscyluje między 6% a 10%, co należy do najniższych wskaźników w Europie. A wiemy, że od 30. roku życia słabną biologiczne zdolności kobiety do zajścia w ciążę.

        Drugi etap zapewnienia bezpieczeństwa ekonomicznego rodziny to 2. i 3. rok życia dziecka. Skończył się zasiłek macierzyński – co dalej? Według badań CBOS Rodzina PLUS co trzecia kobieta w Polsce chciałaby zajmować się swoim dzieckiem osobiście przez 3 lata, niemal tyle samo – przynajmniej przez 2 lata. Jednak często nie ma wówczas dochodu poza wynagrodzeniem ojca.

        500+ i od stycznia tego roku rodzinny kapitał opiekuńczy od drugiego dziecka pomagają, ale czy wystarczają? Żłobki nie dość, że dla większości nie są preferowaną opcją, to jeszcze zazwyczaj kosztują. Więc trzeba wybierać albo powrót do pracy (jeśli jest taka opcja) i organizację różnych form opieki, albo godzenie się na obniżenie standardu życia. To nieprzyjemne doświadczenie, które nie zachęca do kolejnych urodzin.

        Innym istotnym elementem poczucia bezpieczeństwa jest stabilność mieszkaniowa. Ponownie – Polacy deklarują, że urodzą dziecko, o ile wcześniej będą mieli mieszkanie na własność. Z własnego nikt właściciela z dnia na dzień nie wyrzuci. Tutaj wpływ na sytuację ma rozwój rynku mieszkaniowego i dostarczenie odpowiedniej liczbę mieszkań, jak i zdolność pary do jego zakupu.

        Zerknijmy ponownie na wcześniejsze akapity i zastanówmy się, ilu będzie chętnych na rozpoczęcie budowy z własnych środków lub wzięcie kredytu w sytuacji niepewności co do stałości zatrudnienia, nie mówiąc o chęci banków, by takiego kredytu udzielić.

        Własne, niewielkie cztery kąty zazwyczaj wystarczają w przypadku pojawienia się pierwszego potomka. Inaczej w przypadku planowania kolejnych dzieci. Potrzebne są opcje przeprowadzki, rozbudowy lub posiadania właściwej powierzchni od samego początku. W badaniu ASM dla MRiPS z 2021 r. lepsze warunki mieszkaniowe były przez ponad 40% respondentów wskazane jako najważniejszy czynnik, mogący zachęcić do urodzenia dziecka.

        W tym świetle możemy spróbować inaczej spojrzeć na kwestię wzrostu średniego wieku urodzenia dziecka w Polsce. Dotychczas popularnie był on interpretowany przez pryzmat zmian kulturowych, ale mamy dość danych, by zastanowić się, czy ważniejszym czynnikiem nie jest wypychanie tych urodzeń z wcześniejszego wieku na późniejszy przez rynek pracy i sytuację mieszkaniową. Obok czynnika naturalnego, jakim jest odsetek osób kończących studia – od lat 90-tych coraz mniejszy odsetek kończy edukację w wieku 19 lat, choć pamiętajmy, że wciąż jest to większość.

Kultura i migracja rozwiązaniem problemu?

        O ile z wcześniejszych akapitów wyłania się raczej optymistyczna wizja przyzwyczajeń kulturowych w Polsce, to normy kulturowe nie są dane na wieczność. Z perspektywy kilku dekad może nastąpić ich poważna zmiana. Jednak zmiany nie muszą być trwałe – determinizm jest raczej przebrzmiałym kierunkiem myślenia. Wiele zależy od faktycznego działania.

        Nierzadko sygnalizuje się też, że problem demograficzny rozwiąże migracja. Nawet pobieżne przeliczenia wskazują, że tak nie będzie, zwłaszcza jeśli mamy na myśli stabilizację liczby ludności.

        Dla utrzymania zbliżonej liczby ludności liczba urodzeń nie powinna spadać, a jeśli tak się dzieje, to spadek ten powinien być rekompensowany zbliżoną liczbą imigrantów (a jeśli uwzględnimy emigrację, to imigrantów musi być jeszcze więcej).

        Weźmy za przykład urodzenia w okresie ostatniego wyżu, którego niska dzietność w okresie dorosłości zasadniczo przyczyni się do spadku liczby ludności w nadchodzących latach. Na przełomie lat 70. i 80. XX wieku każdego roku rodziło się od 650 do ponad 700 tys. dzieci. Obecnie rodzi się ich znacznie mniej – w 2021 r. było to 332 tys., czyli, zaokrąglając, o połowę mniej. Zatem dla stabilizacji liczby ludności, przy utrzymującym się niskim poziomie dzietności, należałoby każdego roku przyjąć kilkaset tysięcy osób z odpowiednich roczników dla zrekompensowania brakujących urodzeń. Dla przykładowego rocznika 2021 to oznaczałoby, że należy z czasem pozyskać niemalże drugie tyle osób, co urodziło się w Polsce. A dla kolejnych roczników coraz więcej.

        Pojawia się od razu kilka pytań: skąd czerpać co roku taką liczbę imigrantów? Przecież w innych krajach nie ma nieograniczonych zasobów ludnościowych. Ukraina i inne kraje ze Wschodu same mają olbrzymie problemy demograficzne, nawet nie biorąc pod uwagę wojny. A nie chodzi przecież tylko o to, by zgadzała się liczba mieszkańców – osoby muszą mieć możliwość godnego życia, pracy, warunków mieszkaniowych, a same potrzebują znać język, mieć odpowiednie umiejętności i mieć choć zbliżone wzorce kulturowe. Niedopasowanie tak licznej grupy migrantów do polskich warunków spowodowałoby dodatkowe istotne problemy.

        Nie należy przy tym liczyć na to, że uchodźczynie z Ukrainy zaczną w Polsce masowo rodzić dzieci. Po pierwsze, przyjechały tu same bez swoich mężów i partnerów. Po drugie, nawet jeśli część z nich zdecyduje się na nowe życie w Polsce, mieszkają głównie w dużych miastach, a mężczyźni stanu wolnego w Polsce – przeważnie w mniejszych miastach i na wsiach.

        Po trzecie, same nie mają kulturowego doświadczenia wysokiej dzietności i stabilności związku, które sprzyjają posiadaniu dzieci. Współczynnik dzietności na Ukrainie wynosił w 2020 r. 1,22 (mniej niż w Polsce – 1,38), a liczba rozwodów na 1000 mieszkańców 3,3 (dwukrotnie więcej niż w Polsce – 1,7). Próba wyciągnięcia analogii do migracji Polaków do Wielkiej Brytanii – do której wyjechała bardziej zbliżona liczba kobiet i mężczyzn i gdzie w statystykach Polki rodziły zauważalnie więcej dzieci niż w Polsce – może wprowadzać w błąd.

        Co więcej, problemu demograficznego nie rozwiąże też obecna migracja przymusowa z Ukrainy osób chroniących się przed wojną. Oprócz liczebności zauważmy, że jest to sytuacja tymczasowa (tego ci życzymy, Ukraino!), a znaczna ich część prędzej czy później wyjedzie z Polski.

        Podsumowując, należy uznać, że problemu demograficznego nie rozwiąże sama migracja. Rozwiąże go tylko wzrost dzietności samych Polaków.

Mateusz Łakomy

 Klub Jagielloński