Premier Ontario Doug Ford publicznie wystąpił przeciwko odsyłaniu z prowincji pracowników, którzy dostali listy deportacyjne. Na nagraniu opublikowanym 1 października przez Rebel News nazwał takie pisma „najbardziej szaloną rzeczą, jaką w życiu słyszał”, a spadek liczby ludności o około 50 tysięcy osób uznał za „tak niebezpieczny dla naszego kraju”.

Wypowiedź padła na scenie podczas panelu rejestrowanego przez CPAC. Obok Forda siedziała prowadząca, na sali była publiczność biznesowa. Premier nie mówił o ludziach, którzy dopiero przekroczyli granicę. Mówił o osobach już osiadłych w Ontario, które pracują, płacą czynsz i nagle dostają wezwanie do wyjazdu, bo skończył im się tymczasowy status. W jego ujęciu to nie egzekwowanie prawa, tylko zagrożenie dla gospodarki.

To rozróżnienie ma znaczenie. Imigracja i deportacje należą do Ottawy, nie do Queen’s Park. List deportacyjny dostaje ktoś, kto nie ma już podstawy prawnej do pobytu: wygasło pozwolenie na pracę, skończyła się wiza studencka, odmówiono przedłużenia albo wyczerpały się ścieżki odwoławcze. Część tych ludzi przyjechała legalnie w ramach programów tymczasowych z czasów gwałtownego otwarcia granic. Gdy pozwolenie wygasa, a oni zostają, przestają być „osiedlonymi pracownikami” w sensie prawa. Stają się osobami bez statusu. Ford w tej wypowiedzi stawia znak równości między ich wyjazdem a szkodą dla prowincji.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

To nie jest odosobniony gest. Wiosną, gdy grupa tymczasowych rezydentów dopadła go z żądaniem przedłużenia pozwoleń, premier odpowiedział, że „chciałby pstryknąć palcami i powiedzieć: dobrze, możecie zostać”, po czym odesłał sprawę do rządu federalnego i wezwał premiera Marka Carneya, by pozwolił nie-obywatelom zostać. Latem ta sama linia wróciła w ostrzejszej formie: listy deportacyjne to szaleństwo, a nawet niewielki ubytek ludności jest niebezpieczny.

Jednocześnie Ford potrafi brzmieć zupełnie inaczej, gdy chodzi o kasę podatnika, a nie o pracodawcę. W sierpniu jego rząd ogłosił, że zasiłki społeczne Ontario nie będą już wypłacane osobom przebywającym w Kanadzie nielegalnie. W czerwcu prowincja odmówiła Ottawie podniesienia limitu nisko opłacanych pracowników tymczasowych na wsi z 10 do 15 procent, powołując się na bezrobocie młodych. Sam Ford pisał wtedy, że młodzi Ontaryjczycy „powinni być pierwszym priorytetem przy obsadzaniu wolnych miejsc pracy, a nie rozszerzanie dostępu dla tymczasowych pracowników zagranicznych”.

W jednej kieszeni jest więc hasło: nie dla świadczeń dla nielegalnych i nie dla dalszego importu taniej siły roboczej. W drugiej: nie wolno odsyłać tych, którzy już tu są, bo ubędzie 50 tysięcy ludzi i kraj będzie w niebezpieczeństwie. To nie jest spójna polityka. To dwa komunikaty do dwóch odbiorców. Do wyborcy, który widzi kolejki do lekarza i czynsze, idzie sygnał twardej ręki. Do izb handlowych, domów opieki i sieci gastronomicznych idzie sygnał, że tania, już wyszkolona załoga ma zostać.

Liczba 50 tysięcy, którą Ford przedstawia jako zagrożenie, jest przy tym mała wobec skali, jaką Ontario samo sobie zafundowało. Jeszcze w 2024 roku premier chwalił się, że prowincja przyjęła setki tysięcy ludzi, „więcej niż Teksas i Floryda razem wzięte”. Tymczasowi rezydenci w całej Kanadzie to wciąż około 2,78 miliona osób, czyli 6,7 procent populacji, wyraźnie powyżej federalnego celu zejścia poniżej 5 procent do końca 2027 roku. Urząd Statystyczny właśnie skorygowała szacunki: w pierwszej połowie 2026 roku ludność kraju nie spadła, tylko wzrosła, w dużej mierze dlatego, że osoby bez stałego statusu zostały, czekając na przedłużenie papierów. Ostrzeżenie Forda o „niebezpiecznym” ubytku 50 tysięcy osób dotyczy więc nie katastrofy demograficznej, tylko zahamowania napływu, od którego uzależniła się część pracodawców.

Ten uzależniony model widać na dole rynku pracy. Dom opieki Dundas Manor w Winchesterze może stracić około 60 procent personelu pierwszej linii, bo kończą się pozwolenia międzynarodowym pielęgniarkom i opiekunom. We franczyzie Tim Hortons w Ontario tymczasowi pracownicy zagraniczni stanowili nawet ponad 80 procent załogi, grubo powyżej federalnego limitu. Właściciele mówią o braku chętnych. Młodzi Kanadyjczycy mówią co innego: stawki i warunki są takie, że przy nich nie da się wynająć mieszkania. Gdy biznes opiera się na tym, że pozwolenie się nie skończy, list deportacyjny rzeczywiście wygląda jak katastrofa. Tylko że to katastrofa modelu, nie kraju.

Konserwatyści federalni mówią w tym samym czasie odwrotnie. Michelle Rempel Garner, w odpowiedzi na zapowiedzi Carneya o wyższych poziomach imigracji, zażądała wyraźnego cięcia i usuwania osób bez podstawy prawnej pobytu, w tym nielegalnych migrantów i studentów z wygasłymi wizami. Między Ottawa a Queen’s Park nie ma więc sporu o to, czy system jest przeciążony. Jest spór o to, kto ma ponieść koszt powrotu do prawa: pracownik, który dostał list, czy prowincja, która przez lata budowała wzrost na jego obecności.

Ford nie ma narzędzi, żeby zatrzymać deportację. Ma za to mikrofon i może nazwać egzekwowanie wygasłego pozwolenia szaleństwem. Jeśli ta linia się utrzyma, Ontario zostanie przy polityce, w której nielegalny pobyt nie daje zasiłku, ale też nie kończy się wyjazdem, o ile człowiek jest komuś potrzebny na zmianie. To nie jest kontrola granicy. To amnestia wypowiadana szeptem, dla tych, których pracodawca zdążył już wliczyć w grafik.