16 grudnia 1981. Tą datę pamiętamy. Mieszkaliśmy wtedy na Brynowie, a to niedaleko od „Wujka”. Kilka kilometrów. 16 grudnia to zima i mróz. Tak było i wtedy.
Strajk na „Wujku”, jak i w innych zakładach pracy, były odpowiedzią na spacyfikowanie trzy dni wcześniej całego narodu.
Do górników strzelali zomowcy; pluton specjalny. Zabili dziewięciu. To Jan Stawisiński, Joachim Józef Gnida, Józef Czekalski, Józef Krzysztof Giza, Ryszard Józef Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk, Zenon Zając.
Dwudziestu trzech zostało rannych. Nie wszyscy zginęli na miejscu. Jan Stawisińki zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności 25-go stycznia. Jego matka Janina przez 25 lat, aż do swej śmierci, uczestniczyła we wszystkich rozprawach sądowych walcząc o prawdę i sprawiedliwość w sprawie mordu na Wujku.
Górnicy nie pozwolili się spacyfikować bez walki. Zabarykadowali teren kopalni. Ostatecznie w operacji przeciwko 500-700 górnikom zmobilizowano 1471 funkcjonariuszy MO i ZOMO oraz 760 żołnierzy, dysponujących 22 czołgami i 44 wozami bojowymi. 41 napastników zostało rannych.
Dzisiejszy, oficjalny (Wikipedia) przekaz głosi, że decyzję o strzelaniu podjął dowódca plutonu specjalnego, chor. Romuald Cieślak. W sprawie tej rozpoczęto później śledztwo, które 20 stycznia 1982 umorzono. Według ustaleń prokuratury, pluton specjalny „działał w warunkach obrony koniecznej i użyli broni zgodnie z przepisami”.
W 1991 roku zaczęły się, trwające 28 lat, procesy sądowe będące próbą ukarania winnych. To zaowocowało więzieniem dla dowódcy (11 lat) i niektórych członków plutonu (2.5 – 3 lat). Wyroki te, na mocy amnestii z 1989 roku zostały złagodzone o połowę. Nigdy nie ukarano żadnego z decydentów ani też prokuratorów, którzy umorzyli pierwsze śledztwo. Sam Kiszczak został uniewinniony 26 kwietnia 2011 przez Warszawski Sąd Okręgowy, choć proces trwał od 1993 roku.
Proces prokuratorów, którzy w trakcie śledztwa w 81-szym roku dopuścili się licznych zaniedbań, został ewentualnie umorzony z powodu przedawnienia.

***

Teściówka martwi się, że zaczyna cierpieć na demencję. Pani Basia załatwia wizytę u neurologa. Wcześniej jest jeszcze kardiolog. Wizyta trwa 40 minut. EKG, echo serca, szczegółowy wywiad. Doktor wyjaśnia, że jak na swój wiek, stan serca jest zupełnie dobry. Następna wizyta za osiem miesięcy. Wychodzą, ale Teściówka nie jest zachwycona. Mówi, że tego lekarza musi chyba zmienić, bo niewyraźnie bąka coś pod nosem!!… Rozumiemy ten swoisty kod.
Lekarz byłby wspaniały, gdyby następna wizyta była za jakieś dwa miesiące, gdyby wyszły z gabinetu z nowymi lekami albo z naręczem badań. Ale zdrowa?
Nie jest to jedynie cecha Teściówki. Wiele osób żyje niejako od jednej wizyty u lekarza do następnej. Taka aktywność ma zapewne jakieś znamiona podtrzymywania przy życiu.
Tydzień później wizyta u neurologa. Pani doktor robi rozmaite testy i znowu wychodzi na to, że Teściówka, mentalnie daje sobie bardzo dobrze radę…

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

***

Na ekranie telewizyjnym zauważyliśmy dziwne reklamy – ogłoszenia. Pojawiają się pod hasłem „Bezpieczna Polska”. To co zostaje w głowie, to coś o zabezpieczeniu paszy dla krów i wody dla psów. Ale ucho łowi też coś o zagrożeniu i byciu przygotowanym…
Próbuję zebrać te kawałki informacji i poskładać. Nigdy nie wiem, kiedy pojawi się kolejna edycja tego krótkiego filmiku.
W końcu pomaga Poczta Polska. Kompletny „Poradnik Bezpieczeństwa” w kopercie od MON i MSWiA. Załączona ulotka mówi o bezpieczeństwie każdego obywatela i o jego wzmacnianiu poprzez wiedzę i przygotowanie. Zakładam, że taką kopertę dostają wszyscy obywatele.
W poradniku dużo o dezinformacji, cyberatakach czy zagrożeniu hybrydowym w celu destabilizacji państwa. Jednak temat główny i najważniejszy, czyli realna groźba wojny jest dozowany ostrożnie. Główne hasła to sytuacje kryzysowe a potem temat ewakuacji. Plecak ewakuacyjny powinien mieć każdy domownik, nawet dzieci – to hasło…
Nie próbuję wyśmiewać się z tego zagadnienia. Jest ono zatrważające, bo totalnie zaniedbane. Poradnik i reklamy w telewizji świadczą jedynie o bezradności Państwa. Całość obrony cywilnej spychana jest tu na szeregowego obywatela, bo poradnik nie oferuje wiele więcej niż dobre rady; wielokrotnie naiwne i nierealne w obliczu kompletnego chaosu wojny.

W 2015 r. w Polsce znajdowało się 91 schronów przystosowanych do ochrony ludności w czasie ataku nuklearnego. Na dodatek, wiele z istniejących schronów ma służyć raczej ochronie władz niż ludności.
Szwajcaria ma ponad 360 000 schronów atomowych i mogą w nich schować się wszyscy mieszkańcy tego kraju. Zawdzięcza to przepisom wymagających budowy schronów przy nowych budynkach mieszkalnych już od lat 60.
W czasach tzw. zimnej wojny dbano o te sprawy dużo lepiej. Pamiętam taki schron na terenie jednego z zakładów pracy, w którym odbywałem praktykę studencką. Był stosownie wyposażony i zadbany. Nie był to jednak schron atomowy. Był też niezbyt duży i na pewno nie mógł pomieścić całej załogi z tamtego miejsca pracy.
W poradniku o schronach jest bardzo skąpo. W zasadzie jedno zdanie. Po informacje należy udać się do gminy.
Jak się to stało, że sytuacja jest tak zła?
W chwili wprowadzenia zmian w ustawie o powszechnym obowiązku obrony Rzeczpospolitej Polskiej znikł mechanizm zapewniający budowę i utrzymanie systemu budowli ochronnych i tak jest od 1 lipca 2004 r.
Te, które istnieją, są zaniedbane, nie ma też ewidencji. Chaos.
Pod budynkiem, który jest właśnie stawiany obok, był schron, jeszcze z okresu poprzedniej wojny. Wiemy o nim, bo ojciec Pani Steni ukrywał się w nim przed Niemcami przez dwa tygodnie.
Inwestor rozwalił i zlikwidował schron, bo przeszkadzał w budowie nowego budynku. Władze miasta Katowice albo nie miały o tym pojęcia, bo temat jest kompletnie zaniedbany, albo też może wolały o tym nie wiedzieć.
Póki co, obywatele są powolutku przyzwyczajani do tematu wojny, choć w reklamach mówi się głównie o krowach, psach i kotach.
I znowu, po co babcię denerwować,…. No a żabę trzeba gotować powoli, inaczej wyskoczy z garnka.

***

Mieliśmy robić tort z białego maku, który jest ostatnio tak modny za sprawą Marcińskich rogali, ale nakupiliśmy tyle ciasta w okolicznych piekarniach, że na razie projekt odpuszczamy. Ciasta to najczęściej makowce i serowce z kruszonką na wierzchu, ale są też inne. Zamawia się je wcześniej, a potem trzeba odstać w kolejce, aby je odebrać przed Wigilią. Pod piekarnią Jaromina na Bogucicach, jakieś piętnaście osób. W środku następne dziesięć. Każdy nowy klient podchodzi najpierw do drzwi i wchodzi do środka udając, że ten ogonek przed sklepem go nie dotyczy, bo oni zamówili ciasto wcześniej, ale obsługa cierpliwie tłumaczy, że kolejka jest jedna. W końcu dostaję się do środka. Tu też trzeba jeszcze swoje odczekać. Ludzie wychodzą z naręczami kołaczy i chleba. Odbieram ciasta zamówione przez Panią Basię i dokupuję mały bochenek chleba. Ten starczy nam przez następny tydzień. Przez uchylone drzwi na zaplecze widać piekarzy krzątających się przed piecem. Najpierw wyjmują rumiane bochenki ze środka, potem – o dziwo – odkurzają piec z okruchów, zwykłym odkurzaczem przemysłowym. Następnie spryskują wnętrze pyłem wodnym i na końcu, wyrośnięte owale ciasta wędrują do środka na długich drewnianych łopatach.
Zawsze mamy ten sam problem z ciastem świątecznym; trzeba je spróbować! Wiadomo, do czego to prowadzi, ano do obżarstwa. Kiedy w 2021 fetowaliśmy pierwszy raz nasz emerytalny status w kraju, zakupiliśmy, jak teraz, ciasta przed Świętami Wielkanocnymi. Błąd polegał na tym, że kupiliśmy za mało. Po śniadaniu wielkanocnym dzieliliśmy się resztkami. Tym razem nam to nie grozi.
Pani Basia lubi choinki doniczkowe. Tym razem mamy taką z Lidla. Doniczka bardzo mała więc pewno, to co siedzi w ziemi, jest nędzną resztką korzenia. Doniczka ma wartość marketingową i przedłuża żywot drzewka, ale wiadomo, że jest ono skazane na obumarcie. Może dałoby się przekierować zaciekłych obrońców przyrody na takiego Lidla czy Biedronkę?…

***

I już Święta. Teściówka miała do nas przyjechać, ale nagle poczuła się gorzej i postanowiła zostać u siebie. Nie chciała też, aby zrobić wspólną wigilię u niej. Spędzamy ją więc we dwoje.

Podziwiamy tu obfitość i dostępność ryb. W pobliskim sklepie rybnym, obok karpia, żywy amur, szczupak, sandacz, a nawet sum. Ponoć, po żywe ryby trzeba przyjść ze stosownym pojemnikiem na wodę. Przysłowiowa wanna już nie wystarczy. My nie mamy wanny; kupujemy świeży filet z sandacza.
Barszcz kisił się już od dwóch tygodni. W wigilijną środę lepimy pierogi z kapustą z grzybami i grzybowe uszka.
Na targu można kupić wspaniałą kiszoną kapustę zwaną „chrzanową” (posiada autentyczny, lekki smak chrzanu). Teraz jeszcze grzyby, najlepiej prawdziwki. Mamy trochę suszonych, z poprzedniego roku. Także paczkę suszonych shiitake. Kroję to na drobne kawałeczki i zalewam gorącą wodą. Następnego dnia idą na patelnię i są podduszane aż do miękkości. Jest tego jednak w dalszym ciągu trochę mało. W końcu, w sukurs przychodzi Pani Ela z Rybnika. Podrzuca Pani Basi cały słoik własnoręcznie zbieranych koźlaków i prawdziwków, cienko pokrojonych i ususzonych. Teraz kapuściano – grzybowy farsz pierogowy nabiera charakteru i jest taki jak ma być! Talerz uszek i pierogów wędruje do sąsiadki.

Osobny temat to kompot z suszu. Pani Basia kupuje spore ilości suszonych jabłek, gruszek, śliwek i moreli. Starannie selekcjonowane. Kilka lat temu nabraliśmy się na gotowe zestawy sklepowe. Po otwarciu paczek okazało się, że całość była suszona tak gwałtownie, że owoce były przypalone i nadawały się jedynie do kosza na śmieci. Tym razem w szafkach leżą woreczki pachnącego suszu, który kusi przy każdym otwarciu drzwiczek. Na szczęście jest tego dużo i starczy jeszcze na wigilijny kompot.

***

Spowiedź świąteczna nie ma tu znamion „pospolitego ruszenia” jak u nas w Toronto, gdy księża z sąsiednich parafii gromadzą się w określone popołudnie, aby zapewnić parafianom dostęp do sakramentu pokuty. Konfesjonały są tu czynne przed każdą mszą. Jest sporo terminów całodziennych, nawet przed południem w Wigilię.
Na Koszutce jest też trochę łatwiej, bo przy kościele jest dom zakonny więc księży mamy sporo. W dni powszednie msze poranne są o 6-tej, 7-mej i 8-mej. Na 6-tą nie daję rady, ale za dwadzieścia ósma jestem przy konfesjonale. Siedzę na ławeczce, pierwszy kolejce. Od zakrystii podchodzi ks. Proboszcz. Staje przede mną, podaje rękę na powitanie i zaprasza na spowiedź.

Leszek Dacko