Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony (2009) i symbolicznym przejściu pod szyld włoskiego komunisty Altiero Spinellego, a także po rewolucyjnych zmianach instytucjonalnych – Wspólnota utworzona w 1993 roku m.in. przez Roberta Schumana, Konrada Adenauera, Alcide’a De Gasperiego czy Winstona Churchilla – uległa głębokiemu przeobrażeniu. Idee jej Ojców Założycieli zostały pogrzebane, a Unia Europejska przekształciła się w „nowoczesny komitet centralny”, który postawił sobie za cel m.in. ograniczenie suwerenności państw narodowych na rzecz wspólnych instytucji. Celem tych instytucji jest podejmowanie decyzji obowiązujących jednocześnie we wszystkich państwach członkowskich.
To zadanie leży w kompetencjach Komisji Europejskiej, którą nazwałem „komitetem centralnym” – pojęcie dobrze znane naszemu narodowi z czasów dominacji „najlepszego z ustrojów”.
Na czele tego nowoczesnego „komitetu centralnego” stanęła niezwykle łasa na władzę, pochodząca z niemieckiej nacji sekretarz generalna – przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Jak państwo zapewne zauważyli, od dawna znajduje się ona na muszce mojego celownika. Zarówno ona, jak i prowadzona przez nią Komisja Europejska, są najwybitniejszymi specjalistami w ubieraniu ciemnych intencji we wzniosłe, puste słowa.
Najnowszym tego przykładem jest działający od 24 lutego 2026 r. format monitorowania życia obywateli UE – European Centre for Democratic Resilience (ECDR), czyli Europejskie Centrum Odporności Demokratycznej. Jest to flagowy element tzw. Tarczy Demokracji (European Democracy Shield), która ma chronić „rządy ludu” poprzez… narzucanie cenzury w sieci.
Zgodnie z górnolotnymi, lecz pustymi słowami zawartymi w nazwie, Centrum ma walczyć z dezinformacją, przeciwdziałać zagranicznym manipulacjom informacyjnym oraz wzmacniać odporność demokratyczną w państwach członkowskich UE. Nie można wątpić, że inicjatywa stworzenia tego Centrum ma wymiar polityczny, a jego kluczowym zadaniem będzie wsparcie (a de facto kontrola) procesów wyborczych w państwach członkowskich. Stąd pośpiech – najbliższe wybory krajowe odbędą się w kraju, który sprawia Unii Europejskiej najwięcej kłopotów, czyli na Węgrzech. A ponieważ rok 2026 jest jednym z najintensywniejszych w globalnym kalendarzu wyborczym, Ursula von der Leyen nie może spuścić oka z dalszych głosowań, m.in. w Bułgarii (19 kwietnia), na Cyprze (24 maja), na Łotwie (3 października) czy w Danii (30 października). Nie wolno też pozostawić bez „obserwacji” i reagowania wyborów lokalnych i samorządowych w Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech.
Chociaż inicjatywa tej „ochrony zagrożonej demokracji” wyszła z Komisji Europejskiej, jej oficjalne ogłoszenie 24 lutego 2026 r. było świętowane jedynie przez prezydencję Rady UE wraz z ministrami państw członkowskich. Nigdzie nie można znaleźć informacji, na ile w tworzeniu tej swoistej „policji myśli” mogli wypowiedzieć się eurodeputowani reprezentujący swoje państwa w Parlamencie Europejskim.
Szefowa KE lojalnie uprzedza, że dla wzmocnienia „odporności demokratycznej” zaangażuje zarówno środowiska akademickie, jak i służby wywiadowcze. Wszystko po to, by można było wsłuchiwać się wyłącznie w „jedynie słuszny” głos Ursuli von der Leyen i chronić demokrację „tak, jak my to rozumiemy”. Dla uzupełnienia informacji o tym nowym projekcie warto dodać, że o planach utworzenia takiej jednostki szpiegowskiej na terenie UE mówiło się już w grudniu 2025 r., gdy „Euronews” i „Financial Times” podały, że Ursula von der Leyen planuje stworzyć własne służby wywiadowcze przy Komisji Europejskiej. Taka „europejska CIA” byłaby kolejnym krokiem w kierunku kontroli nad umysłami mieszkańców unijnego „kołchozu”. Byłaby to sieć dobrze opłacanych (z pieniędzy obywateli i państw członkowskich) urzędników, którzy będą zbierać, kontrolować i przekazywać dalej informacje. Nowy organ miałby korzystać z danych gromadzonych przez krajowe agencje wywiadowcze, lepiej je koordynować, a jego celem byłoby wzmocnienie strategicznych zdolności Unii i uniezależnienie się od Stanów Zjednoczonych.
To jednak nie wszystkie objawy autorytarnych ambicji przewodniczącej KE. Planuje ona również powołać Europejskie Obserwatorium Mediów Cyfrowych – publiczny portal dostarczający praktykom mediów, nauczycielom i uniwersytetom materiałów mających zwiększać „świadomość demokratyczną”, budować odporność na dezinformację i – w sumie – wzmacniać rolę Komisji Europejskiej.
Ursula von der Leyen i jej Komisja będą wspierać finansowo „właściwe” lokalne media, przedstawią też zalecenia dotyczące wykorzystania sztucznej inteligencji w procesach wyborczych. Aby wzmocnić „odporność społeczeństw na manipulacje”, zapowiedziała wspieranie edukacji obywatelskiej w szkołach oraz stworzenie sieci krajowych „Dialogów Polityki Młodzieżowej”. Nawet najmłodsi mają być odpowiednio, politycznie poprawnie kształtowani dzięki Youth Dialogue Participation Toolkit (Unijnemu Narzędziu Dialogu Młodzieżowego), który ma umożliwić młodym ludziom w wieku 13–30 lat partycypację w procesach politycznych i udział w dialogu z decydentami.
Wszystko wskazuje na to, że – jak sformułował we wrześniu 2025 r. na platformie X były eurodeputowany Jacek Saryusz-Wolski – „w tej obronie demokracji brukselska eurokracja chce za wszelką cenę określić i zredefiniować wszystkie, jej zdaniem staroświeckie, dotychczasowe terminy – takie jak: prawda, dezinformacja i praworządność. Chce stworzyć swoiste »ministerstwo prawdy«, oznaczając każdą narrację, która kwestionuje ich władzę, jako zagrożenie dla demokracji”. I będzie wspierać finansowo tylko te media, które powtarzają globalistyczną linię, jednocześnie demonizując i eliminując z platform głosy sprzeciwu jako „autokratyczne”.Demokracja podobno opiera się na wolnym wyborze. Pytanie brzmi: czy wybór pozostaje w pełni wolny, gdy reguły debaty, przepływ informacji i narzędzia wyborcze podlegają centralnym („Komitet Centralny…”) wytycznym?
I co ta unijna „obrona demokracji” ma jeszcze wspólnego z prawdziwą demokracją?
Maria Legieć
PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU