Moja babcia zaczynała opowieści od ‘kiedyś’. I jak tak zaczynała, to prawie wszyscy się wyłączali. Nie, nie dlatego, że nie chcieli słuchać, ale dlatego, że to ‘kiedyś’ było prawie zawsze związane z narzekaniem, a także obwinianiem. Także nas dzieci. To my, bezbronne ofiary, mielibyśmy być winni temu, że mama z tatą nie nosili do kościoła w Wielką Sobotę do poświęcenia całego kosza jajek, tylko takie małe namiastki: koszyczek, a w nim kilka jajek, baranek z ciasta, zajączek z cukru, trochę masełka, soli i chrzanu, no i kawałek kiełbaski. Starsza siostra dorzucała po kryjomu pod świeżo wykrochmaloną serwetkę trochę sera żółtego, a nawet czekoladkę. I się szło do święcenia. Nie tylko koszyczek był wystrojony, ale także cała rodzina. Nawet piesek był przed święceniem ładnie wyczesany, a legowiska kotków wytrzepane.
Wszyscy zachowywali powagę chwili, choć czasem było to trudne. Kiedyś do koszyczka trafiły ledwo, ledwo ugotowane jajka. Koszyczek się przewrócił, jajka roztrzaskały, psinka zaczęła je zlizywać, obrania tych, którzy próbowali zapobiec usmarowaniu (uświnieniu jak mówiła babcia) całego samochodu zostały pięknie pokolorowane na żółto pół-surowymi żółtkami. Przed wejściem do kościoła cała rodzina dostała małpiego humoru i nie mogła się powstrzymać od śmichów chichów – bo prawie wszyscy (oczywiście oprócz babci) byli umazani na żółto. Takie żywe pisanki. A nasi sąsiedzi Kanadyjczycy, przez długie lata myśleli, że zawozimy pokarmy księdzu do kościoła, bo nie znali zwyczaju święcenia pokarmów w Wielką Sobotę. Z czasem wszyscy dorośli, albo się zestarzeli.
W sklepach LCBO pojawiło się piwo tyskie, które wygrało jakieś światowe nagrody. Jaki to miało związek z Wielkanocą? Widać miało, bo mam takie zdjęcie, gdzie kilkunastu dorosłych z Wielkanocy stoi na werandzie i obracają butelki piwa z napisem Tyskie w stronę kamery. Córka mi przypomniała, że to babcia tak zarządziła, bo twierdziła, że tyskie to było ulubione piwo dziadka i jeszcze w Polsce kupowała na niedzielę dwie butelki piwa tyskiego dla dziadka, oraz czekoladę mleczną dla dzieci. Takie były niedzielne rarytasu w zamożnej rodzinie w PRL-u. Nie to co teraz: wszyscy mają wszystkiego za dużo. Jedynie koszyczek z pokarmem do święcenia jest coraz mniejszy. Prawie że miniaturowy, Już nikt nie niesie kopy (60) jajek w wielkim koszu. Jajeczka i zajączki zbiera się ukryte w ogródku, a pisanki rysuje flamastrem. Czy to ma znaczenie? No niby nie, bo istotą naszej religii jest wiara w pusty grób po zmartwychwstaniu Jezusa. A rodzaj pisanki, koszyczek, czy napój? To tylko dodatki. Czasy się zmieniają a my z nimi. W moim obecnym domu o święcenie pokarmów dba mój zięć Sebastian (mama Polka z Białegostoku, tata Cygan z Bratysławy), który na desce zjeżdża po Roncesvalles (a mieszka przy Howard Park) do kościoła św. Kazimierza wioząc koszyczek w kształcie ptasiego gniazda.
To moja córka przygotowuje taki artystyczny koszyczek do święcenia. W gniazdku-koszyczku są pisanki, sery, sól, masło, chrzan i chleb. Nie ma kiełbaski, bo moje dzieci (chyba, żeby mi zrobić na złość?) są wegetarianami. Ale to przecież nie przeszkadza w świętowaniu Zmartwychwstania Pańskiego. Ja też się dostosowałam. Zamiast kiełbas i wędlin podaję różne rodzaje serów, pasztet z soczewicy, mielone z ciecierzycy. Ważne, że zając przykicał, wolno, bo wolno, ale przykicał – to co z tego, że inaczej? Najważniejsze, że dalej się spotykamy i pamiętamy o kim jesteśmy.
Michalinka, Toronto. 26 marca, 2026

































































