Goniec: Czego oczekujesz od życia?
Kaja Cyganik: O Jezu, jakie filozoficzne pytanie… ( śmiech)
– Z tego wszystko się bierze.
– Czego ja oczekuję od życia? To chyba jednak się zmienia u człowieka w procesie jakiejś tam wewnętrznej ewolucji. Inne mamy oczekiwania, jak się ma dwadzieścia lat, jak 30, inne jak czterdzieści parę. Więc może powiem jakie są moje oczekiwania na ten moment. Nie będę się cofała do czasów dwudziestoletnich, bo były kompletnie inne.
– Chciałeś zwiedzać świat?
– Zwiedzać świat, poznawać ludzi; w ogóle miałam wrażenie, że powinnam prowadzić taki bardziej nomadyczny tryb życia.
– Czy miałaś wrażenie, mieszkając w Polsce, że prawdziwe życie jest gdzie indziej?
– Zawsze tak miałam. Od dziecka. Do tego stopnia, że nawet jak jeździliśmy samochodem przez Polskę główną drogą i od głównej odchodziła boczna przez pola, to moim marzeniem było żeby ojciec zatrzymał samochód i żebym ja mogła pobiec tą drogą między polami, zobaczyć, co jest za horyzontem. Więc to się jakby zasadzało na takich bardzo prostych rzeczach. Pomimo tego, że dosyć wcześnie zaczęłam pracę zawodową i zaczęłam budować swoją karierę, i pomimo tego, że zawsze bardzo dużo się działo, to miałam uczucie, że tam gdzieś indziej…
– Jest lepiej, że tu to nie jest jeszcze to?
– Inaczej, że musi być coś więcej. Zawsze mnie fascynowało, pamiętam, że jako nastolatka napisałam sobie w pamiętniku, oczywiście na fali jakiejś tam nastoletniej złości i buntu przeciwko rodzicom, że pójdę sobie kiedyś w świat. I to było takim imperatywem, że ja chcę pójść w ten świat.
Nie składało się ku temu, bo zaczęłam pracę w TVN-ie w Krakowie. Pracowałam tam przez siedem lat i doszło do momentu – może jest trudno mówić o wypaleniu zawodowym, jak się ma dwadzieścia parę lat…
Ja tak naprawdę zaczęłam od współpracy z Telewizją Polską, tą regionalną w Krakowie. Ponieważ moja mama tam pracowała, więc zawsze jakoś było tak, że dzieci tych redaktorów, którzy tam pracowali, miały jakieś tam bardziej zielone światło.
– Tak jest w Polsce, dzieci lekarzy są lekarzami.
– To do dzisiaj działa, tak naprawdę, to się nie zmieniło. Jeżeli ktoś chce być prawnikiem, to wiadomo, że lepiej, żeby miał ojca prawnika, niż go nie miał, prawda? Więc ja, korzystając z tego, że miałem mamę dziennikarza telewizyjnego, byłam zatrudniona jako nastolatka do prowadzenia programów informacyjnych dla młodzieży. Dla mnie to było fajne, bo kończyłam lekcje w liceum i wychodziłam ze szkoły, a tam czekała ekipa w samochodzie i jechaliśmy robić jakiś materiał.
Więc zaczęłam dosyć wcześnie, choć trudno jest mówić o wypaleniu zawodowym u kogoś, kto ma dwadzieścia kilka lat – ale ponieważ zaczęłam wcześniej i łączyłam pracę oraz studia dzienne, a później i studia zaoczne i już mieszkałam sama, byłam samodzielna finansowo to gdzieś do tego doszło, że w pewnym momencie poczułam, że to nie jest to, co ja chcę robić. I ta kariera w telewizji nie jest czymś, co tak naprawdę jest dla mnie istotne.
Ten świat mnie cały czas gdzieś wołał. Plan był taki, że wyjeżdżamy z kumplem na rok do Irlandii popracować porządnie, odłożyć pieniądze, jakby z założeniem, że tu zarabiamy, oszczędzamy, a potem jedziemy do Ameryki Południowej w tak zwany świat. No ale potem mieliśmy wrócić.
– Ameryka Południowa, a nie na przykład Afryka?
– Afryka była zbyt niebezpieczna. To było jednym, z powodów. Moim idolem podróżniczym była Kinga i Chopin, bo oni pierwsi zaczęli blogować o podróżach i pierwsi zaczęli pisać blogi w internecie. Wtedy jeszcze nie były wideoblogów, Wydali później książkę i ta historia się smutno skończyła, bo Kinga dostała w Afryce malarii mózgowej i zmarła.
Więc gdzieś ta Afryka tak nie do końca mnie przekonywała. No bo jeżeli twój idol podróżniczy, wymeldowuje się z tego świata w jakimś miejscu, to niekoniecznie tam chcesz trafić.
– Czyli Irlandia, Ameryka Południowa i potem Kanada?
– Kanada w ogóle nie była na tapecie i ona jakby nigdy nie leżała w żadnych moich kręgach zainteresowań, bo to było dla mnie za mało egzotyczne. Ale stało się tak, że tymczasem Kanada zniosła wizy turystyczne dla Polaków i nasza wspólna przyjaciółka, koleżanka, znajoma, moja najszczersza, najserdeczniejsza przyjaciółka Ilonka Girzewska, z którą już wtedy znałyśmy się dosyć dobrze, mówi, no to przyjedź na dwa miesiące do Kanady, a potem sobie pojedziesz dalej.
Miałam wtedy nagraną pracę w Albercie. Marek Mańkowski mi nagrał pracę na ranczo, więc miałam taki master plan, że wracam z tej Irlandii jeszcze na forum mediów polonijnych, bo to nas połączyło w Tarnowie i potem lecimy do Kanady, dwa miesiące w Toronto, tak żeby sobie taką strefę buforową zapewnić, trochę innym powietrzem odetchnąć i się gdzieś osadzić w tej nowej rzeczywistości. No i na zimę miałam jechać na ranczo do Alberty. Nigdy na to ranczo nie dojechałam, a z dwóch miesięcy zrobiło się 13 lat.
– 13 lat twojego życia i to w takim bardzo mocnym kształtującym okresie. Gdy człowiek ma 20 – 30, wszystko się kręci szybko. Nie żałujesz tego czasu? Odebrało Ci to coś? Dodało?
– Absolutnie nie żałuję. Patrząc z perspektywy czasu, który minął, myślę, że dało mi to bardzo dużo.
Po pierwsze, zaspokoiło tę żądzę poznania świata, bo pracując przez 6 lat w biurze podróży jeździłam bardzo dużo z grupami. Fakt faktem, że to też wyszło inaczej niż moje marzenia, bo podróż sama w sobie znacznie różni się od pracy w biznesie.
– Czy to nie jest tak, ci ludzie zabierają część domu ze sobą? Jeżdżą od hotelu do hotelu i w zasadzie to jest takie pocztówkowe oglądanie.
– To jest takie katalogowe, pocztówkowe i bardzo skomercjalizowane, więc to nie do końca mieściło się w tym, co sobie wymarzyłam. Ale to wiemy, że życie swoje, a marzenia swoje.
– Marzyłaś, żeby być w jakichś dziwnych sytuacjach w Ameryce Południowej?
– Miała to być zromantyzowana włóczęga, taka epicka książkowa włóczęgą,
– Autostopem po Peru?
– Che Guevara. Dzienniki motocyklowe, plecak, Andy, spanie pod gwiazdami. No generalnie, świetnie. Ale oczywiście tego typu podróże najlepiej wyglądają w książkach i na filmach, niekoniecznie w rzeczywistości. A teraz w ogóle to podróżowanie się zrobiło tak bardzo napakowane technologią, że mało który podróżnik podróżuje dla samego podróżowania.
– No i wszyscy to zamieszczają na blogach.
– Każdy ma albo mini drona, albo jakiś mega-długi selfie stick. Dla mnie osobiście straciło to ten najgłębszy sens, tę esencję podróżowania. Ale jakby te 6 lat myślę, że zaspokoiły moją potrzebę świata.
Wracając do pytania, czy nie żałuję; nie żałuję, ponieważ te 13 lat w bardzo dużej mierze ukształtowało to kim jestem dzisiaj. I też jakby widzę to po tym, jak wróciłam tutaj, w Dolinę Popradu, w miejsce, które zawsze dla mnie było takim archetypem domu.
– Dlaczego Dolina Popradu. Jesteśmy tu, filmowo mówiąc, w pięknych okolicznościach przyrody. Jest tu przepięknie, blisko granicy….
– Przy samej granicy ze Słowacją.
– Ale czy czegoś Ci nie brakuje po tym pomieszkiwaniu w Krakowie, w Toronto?
– No właśnie nie. I teraz wrócę szybciutko do pytania o to, co jest w życiu dla mnie najważniejsze. Ilona to powiedziała kiedyś, pamiętam lata temu, kiedy jeszcze nie bardzo rozumiałam sens tego, ale obecnie rozumiem bardzo głęboko; że z wiekiem rośnie w człowieku potrzeba świętego spokoju. I jest coś w tym, że jakby nie zniknęła ze mnie potrzeba poznania. Bo dalej jeździmy, podróżujemy, poznajemy, ale wolniej i bardziej uważnie. Też z dziećmi, więc to jakby samo z siebie już w jakiś sposób zmienia perspektywę i wymaga zwolnienia tempa, prawda? Gdy idziemy na spacer w góry, to ja nie dojdę z punktu A do punktu B w czasie założonym na mapie, bo tu jest ślimak, a tam trzeba uratować żuczka. A teraz musimy zrobić 15 postój, bo kogoś bolą nogi, prawda?
Ale przez to, że robi się wszystko wolniej, robi się bardziej uważnie, więc jakby głębiej.
Więc to, że ja wróciłam tu, było podyktowane potrzebą świętego spokoju. Ale też tak naprawdę, nie chciałam wracać do miasta. Po powrocie z Kanady w 2021 roku, w grudniu wróciłam do Krakowa, bo to jest miasto, gdzie się urodziłam, gdzie się wychowałam i gdzie mam większość mojej rodziny.
– A tutaj jest Twoja rodzina?
– Też, bo mieszkam z siostrą. Wynajmujemy razem dom w Łomnicy, ale to miejsce jest dla mnie dlatego istotne, że ja się tak naprawdę w dużej mierze tu wychowałam. My mamy tutaj taką bacówkę, którą moi rodzice kupili 60 lat temu. I my tu spędzaliśmy za dzieciaka wszystkie wakacje, ferie, wakacje typu 4 miesiące, bo mieliśmy taką możliwość i to zawsze było dla mnie takie miejsce, które symbolizowało dom. Ja się tu zawsze najbardziej czułam u siebie.
Kraków był miastem, które mnie wykształciło i ukształtowało, ale tu wracając zawsze się czułam, że jadę do domu.
W tym krajobrazie czuję się bezpieczna. Tu się czuję u siebie, pomimo tego, że nie jestem stąd. Ale się tu bardzo dobrze odnajduję.
– Jacy tu są ludzie?
– A to jest ciekawe pytanie, dlatego że ludzie są bardzo różni – ten region przez swój urok przyciąga sporo ludzi z zewnątrz. I ja sobie ostatnio uświadomiłam, że taka najbardziej ścisła grupa przyjaciół to są ludzie z zewnątrz, czyli tacy napływowi i my się razem trzymamy. Wchodzimy w różne inicjatywy, nasze dzieci się lubią.
– Czym się zajmujesz?
– Wróciłam do kultury. Pracuję w dużej mierze jako freelancer; grafiki komputerowe, nadal piszę, prowadzę swoją lokalną stronę, Dolina Popradu, Kraina powrotów. To jest takie hasło, które temu towarzyszy i wyszło to z takiego założenia, że będzie to blog taki sentymentalno rozliczający.
– Kim są ludzie, którzy tu przyjeżdżają?
– Wychwytuję ich gdzieś tu i tam, i robię z nimi wywiady i też na tej stronie je zamieszczam, więc staram się pokazać przekrój ludzi, którzy coś robią fajnego w tym regionie.
I powiem ci, że na przykład jest dziewczyna, która jest z Sądecczyzny, ale tutaj znalazła swoje miejsce.
Jest dziewczyna z Krakowa, która mieszka niedaleko.
Jest dziewczyna spod Warszawy. Też ostatnio rozmawiałam. Taka piękna postać, Ewa Sowińska, która przywróciła tutaj tradycję tkania rękawic furmańskich. Coś, z czego region teraz jest nie tylko dumny, ale też zaczyna słynąć. Jest to taka bardzo stara karpacka tradycja, która prawie zanikła. Ewie udało się odnaleźć ostatniego człowieka, który się tym zajmował. Nauczyła się od niego i ocaliła to od zapomnienia. W tym momencie to tkactwo przestrzenne czarnych górali jest wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO i w dużej mierze jakby na tym się odbudowuje tożsamość regionu.
Ja się też tego uczę. Nauczyłam się robić czapki, teraz będę robić rękawice męskie. Jest to takie coś bardzo specyficznego, autentycznego dla regionu doliny Popradu, głównie Piwnicznej, właśnie czarnych górali.
Tak że tych ludzi jest sporo.
Na przykład, jest chłopak z Piwnicznej. Piękna postać, który jest stąd, tu urodzony, wychowany. Za dzieciaka pojechał do Warszawy na studia. Skończył AWF i prowadzi klub dla dzieci. Nazywa się Freestyle World Piwniczna. I gościu robi super robotę w regionie. Robi rowery w sezonie od wiosny do jesieni, w zimie robi narty, akrobatykę i w zasadzie wszystkie dzieciaki z okolic Piwnicznej do tego klubu się garną.
– Wciąż jest tutaj zwarta społeczność?
– Cały czas funkcjonuje. Przypuszczam, że może nie tak super, jak kilka dekad temu, no ale są na przykład festyny, są różne imprezy, które faktycznie gromadzą tę lokalną społeczność. Tutaj w Pijalni Artystycznej, gdzie siedzimy, są koncerty, to też jest gdzie wyjść, posłuchać muzyki, która zazwyczaj jest też różnorodna, bo różni artyści tu grają; od muzyki góralskiej, poezja śpiewana przez jakieś akordeonowe koncerty… Ostatnio grał Australijczyk, taki bardziej, „muzyka świata”, więc pod tym względem dzieje się sporo. Dom Kultury też działa na ile może, na ile pozwalają budżety, bo wiadomo, że w większości przypadków kultura cierpi ze względu na brak odpowiedniego dofinansowania.
– Czy to jest bogaty region?
– Ja ci powiem, że tak, bogaty jest, a był bardzo biedny kiedyś. Jeśli chodzi o dobrobyt finansowy, no to tutaj zagłębiem milionerów jest Nowy Sącz. Tam bramy, okna, robi Wiśniowski, potem mamy Fakro, fabryka okien i Koral – lody. Trzy filary biznesu w Nowym Sączu.
To daje pracę ogromnej liczbie osób, bo to są trzy wielkie zakłady i tych milionerów tam jest jeszcze pewnie kilku innych, w różnych innych branżach.
Tutaj jest chyba nieźle – tak mi się wydaje, jak patrzę po domach, po samochodach, po poziomie życia ludzi, to myślę, że jest naprawdę powyżej średniej polskiej. Myślę, że turystyka w dużej mierze ma wpływ na ten dobrobyt.
Ale wracając do społeczności lokalnych, teraz ostatnio była inicjatywa z Narodowego Centrum Kultury na pieniądze – są granty. W ogóle w Polsce dużo rzeczy się dzieje przez granty na działalność kulturalną i były pieniądze właśnie w Narodowym Centrum Kultury na działania oddolne. U nas w Piwnicznej wpłynęło dziewięć projektów, siedem mogło przejść, siedem przeszło. I w ten sposób z takim znajomym kolegą, który śpiewa w Dolinie Popradu, jest profesjonalnym lektorem radiowym, uczy dykcji i głosu w kooperatywie, będziemy robić teraz teatr z dziećmi. Będziemy robić spektakl oparty na legendach i godkach piwnicyńskich, ale w rozszerzeniu na uniwersum Minecrafta. Minecraft to jest to, co dzieci wszędzie kręci i fascynuje. Również tu. Pracujemy z dziećmi. 7 – 12 lat Wczoraj zresztą był casting do tego spektaklu, tak że mamy już zbudowaną całą załogę.
W zasadzie kilku kwestii mi brakuje jeszcze i jedną piosenkę musimy dopisać, bo to ma być spektakl muzyczno teatralny. I będziemy to w ogóle wystawiać w plenerze na łąkach w połowie października.
– Czyli jesteś tutaj już wrośnięta?
– No tak, 4 zimy – liczymy tu zimami – przeżyłyśmy
– Zimy są ciężkie?
– Nie są takie ciężkie jak pamiętam z dzieciństwa, bo tu było nieraz tyle śniegu… Aczkolwiek mieszkamy na samym końcu wsi, gdzie już z gminy pług nie bardzo dojeżdża, więc musi leśniczy nam odśnieżyć, ale odśnieża.
Tak, te zimy nie są takie straszne jak były kiedyś. Wynajmujemy taką starą przedwojenną willę – z dużym naciskiem na „przedwojenną” – palimy drewnem w piecu, żeby nagrzać sobie w domu i dobrze nagrzać nie można. Palimy drewnem i przez to te zimy są może trochę trudniejsze mentalnie do ogarnięcia, no bo jednak wymagają od człowieka zaangażowania i pracy. Nie masz tak, że wchodzisz do domu, masz kaloryfery i masz ciepło, albo odkręcasz wodę i masz ciepłą wodę. Musisz sobie to wszystko samemu zapewnić, prawda?
– Z tej perspektywy, tego wrośnięcia w Polskę jak oceniasz ten swój czas w Kanadzie? Co Cię tam drażniło, denerwowało, co było dobre? Jak na to patrzysz?
Ostatni raz rozmawialiśmy, zresztą w bardzo szczególnym momencie, kiedy cię wysadzono; nie pozwolono wejść do samolotu, bo nie byłaś zaszczepiona. Jak na to wszystko patrzysz, co się tam działo? Bo też przez te trzynaście lat Kanada się zmieniała.
– Myślę, że się zmieniła na pewno i przypuszczam, że dalej się zmienia, aczkolwiek ja już tego nie sprawdzam i nie czytam nawet, bo jeszcze do pewnego momentu miałam linię, która mnie łączyła z Kanadą – pracowałam dla Wiadomości i robiłam tam codzienny serwis newsowy, więc siłą rzeczy po powrocie do Polski, ponieważ chciałam to utrzymać i Krzysztof się zgodził na tę współpracę, żeby nadal kontynuować to codziennie w zasadzie – czytałam wiadomości; co się dzieje w Kanadzie i codziennie dwie wiadomości musiałam przetłumaczyć i wrzucić do internetu. Ale w pewnym momencie nam się ta formuła wyczerpała i z jednej i z drugiej strony jego założenia się zmieniły. Moje też, więc po prawie pięcioletniej współpracy po prostu zakończyliśmy to. I od tamtej pory w zasadzie z dnia na dzień ta potrzeba podążania za kanadyjskimi wiadomościami zanikła. No bo już nie miałam powodu. Powiem Ci, że ja nie wiem, co się dzieje w tym momencie w Kanadzie, ponieważ to jest chyba naturalne, jak gdzieś nie mieszkasz.
– Przeszkadzało Ci coś tam?
– Powiem tak. Ja po pierwsze, nigdy nie chciałam emigrować na stałe. To nigdy nie było w moich planach, marzeniach ani założeniach. Miało to być chwilowe, ale się przeciągnęło do tych 13 lat z różnych względów i zawodowych, i prywatnych.
– Ale cały czas miałaś z tyłu głowy, że wracasz?
– Miałam bardzo długo.
– Czy się tam widziałaś na starość?
– Przez bardzo długi czas byłam jedną nogą tu, drugą tam. Ale później, jak urodziły mi się dzieci i kupiliśmy dom w Kincardine nad jeziorem, to przez moment byłam przekonana, że tak już będzie, że tam zostanę, że tam dożyję do emerytury w tym jednym domu nad tym jeziorem i że jak będę tam leciwą staruszką, to będę chodziła sobie nad jezioro i będę czytała Norwida i tęskniła do ojczyzny. Taką miałam wizję. Ale ta wizja rozmyła się z różnych życiowych powodów, nie do końca zależnych ode mnie. Miałam nie wracać. W ogóle nie miałam wracać do Polski. A potem wróciłam, ot tak.
– To była nagła decyzja?
– To była decyzja w dużej mierze podyktowana przez pandemię i przez to, że nikt nie wiedział, co się będzie działo dalej. I przez zamordystyczne przepisy w Kanadzie, które zaczęto wprowadzać i też przez moją prywatną sytuację.
– Ciebie przepisy denerwowały, ale wiele ludzi, podążało za tym, co państwo mówiło.
– Nie ja, ja jestem antysystemowa, nie wierzę w żaden rząd, w żadną politykę. I wiesz, jest taki plakat, który mam zawsze przed oczami. Jest duże akwarium i tam płyną rybki. I wszystkie żółte rybki płyną w jedną stronę, a jedna pomarańczowa płynie w drugą. I jest hasło What if you are right and they are wrong.
– Ja myślę, że to jest podstawa edukacji. Tak się powinno uczyć dzieci.
– Moje dzieci mają to wykute na blachę i znają plakat z rybkami i ja ich uczę od samego początku, że mamy prawo szukać, pytać i każdy ma prawo żyć po swojemu.
No przecież wmawiano nam, że jak się nie zaszczepisz, to przez ciebie umrą inni ludzie. mimo że ty nie jesteś chory.
– Szczerze mówiąc, to był bardzo dobry eksperyment, bo pozwalał zobaczyć, jak duża część społeczeństwa pójdzie za tą retoryką, zacznie donosić na sąsiadów…
– To było przerażające. Ta cała pandemia była bardzo dużym czynnikiem tutaj, bo myślę, że gdyby się nie wydarzyła, to prawdopodobnie byśmy nie wrócili albo nie wrócilibyśmy w tym momencie. Być może później, ale ja też się cieszę, że to się wydarzyło wtedy, kiedy się wydarzyło. Bo to, co się wydarzyło w dobrym momencie, takim, kiedy jeszcze wiele rzeczy można było wyprostować, kiedy można było sporo rzeczy uratować.
– Mówisz o swoich dzieciach?
– Tak, ta adaptacja też nie była dla nich trudna, Bo wspomnienia z Kanady oni mają bardzo takie zamglone. Tożsamość ich buduje się tutaj. Oni tu mają przyjaciół, tutaj mają swoje zajęcia, są w edukacji domowej, bo takie moje było założenie od samego początku i fajnie nam tu pracuje, ale mają kupę zajęć pozalekcyjnych i właśnie budujemy…
– Wracając do tego, co dała emigracja?
– Dała język to na pewno, dała mi takie szersze spojrzenie na świat. Otworzyła mi głowę na innych ludzi, na inne kultury i w ogóle na to, że każdy może być rybką, która płynie w swoją stronę, co też po powrocie, w zderzeniu z rzeczywistością małego miasteczka czy małej wsi, jest takie dosyć ciekawe.
– Gdybyś miała 20 lat, to co byś zrobiła? Wyjechałabyś, a może została urodziła dzieci, których nikt teraz nie rodzi…
– To jest kolejna rzecz, że nikt nie rodzi dzieci.
– No tak, a dzieci są fantastyczne.
– I zmieniają ci poziom percepcji, przeprogramowują cię, zauważasz inne rzeczy idąc z dziećmi, więc ja jeszcze teraz zrobię takie kółko i wrócę do pytania o Kanadę. Tak, to jest dla mnie największa wartość tych 13 lat emigracji, ze wszystkich złych rzeczy, dobrych rzeczy, byle jakich rzeczy, fajnych rzeczy, niefajnych; dla mnie największą wartością jest to, że mam Mieszka i Fridę. Bo gdybym nie wyjechała do Kanady, to bym ich nie miała.
Mam świadomość tego, że gdybym na wielu skrzyżowaniach w życiu wybrała inną ścieżkę to życie wyglądałoby kompletnie inaczej, ale wierzę, że jestem w dobrym miejscu. Jestem w miejscu, w którym jestem szczęśliwa i w którym czuję się u siebie. I czuję się dobrze ze sobą i z tym, co mam. Tak że ogólnie ta podróż skończyła się w dobrym miejscu.
– Podobno definicja bogactwa jest taka, że jesteś bogaty, gdy jesteś zadowolona z tego, co masz.
– No to ja jestem w takim razie, prawie jak Elon Musk.
– Kaja, dziękuję Ci bardzo za rozmowę.



































































