Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie (DHI Warschau), a konkretnie jego filia wileńska, ogłosił dwudniowy warsztat w Wilnie (12–13 listopada 2026) na Uniwersytecie Wileńskim. Partnerem finansującym noclegi jest Research Centre Ukraine – Max Weber Foundation. Tytuł: Violence in the Polish-Lithuanian Commonwealth (1569–1795): Empirical Research and Historiographical Perspectives.
Kluczowy fragment CfP (zaproszenia do zgłaszania referatów)
brzmi tak:
„Pomimo podkreślania wielokulturowego i stosunkowo tolerancyjnego charakteru Rzeczypospolitej Obojga Narodów we współczesnej historiografii, przemoc stanowiła istotny wymiar życia codziennego w republice szlacheckiej. Przemoc fizyczna — obejmująca zarówno jej interpersonalne, jak i międzygrupowe przejawy — nie była jedynie powszechna i społecznie akceptowana, lecz była aktywnie mobilizowana w służbie sztuki rządzenia i utrzymania ładu społecznego. Najnowsze badania znacząco zniuansowały i skontekstualizowały panujący obraz pokojowej i tolerancyjnej Rzeczypospolitej”.
Dalej zapraszają szczególnie do badań z perspektywy „pospólstwa” (chłopi, rzemieślnicy, mieszczanie) i wskazują bloki tematyczne:
- przemoc międzystanowa + „strukturalna” + historia ludowa,
- przemoc międzywyznaniowa (z jawnym odniesieniem do tezy Tazbira o „państwie bez stosów”),
- przemoc międzyetniczna,
- przemoc genderowa,
- dyskursy przemocy,
- „zwroty” historiograficzne (przestrzenny, somatyczny itd.).
To nie jest neutralny opis stanu badań. To programowe zdanie: dotychczasowy obraz był zbyt różowy, my go „zniuansujemy”.
To jest klasyczny przykład akademickiego „odczarowywania” polskiej historii w duchu współczesnych modnych ram: przemoc strukturalna, przemoc genderowa, historia ludowa, dekonstruowanie „mitu tolerancji”. Konferencja nie odkrywa niczego nowego o epoce nowożytnej. Odkrywa za to, jak łatwo da się sprzedać banalną prawdę o przednowoczesnym świecie jako rewelację obalającą polski „mit”.
Co w tym jest historycznie oczywiste, a co jest ideologiczną nakładką
Przemoc w Rzeczypospolitej Obojga Narodów oczywiście istniała. Szlachta biła się o honor, granice, sejmiki i kobiety. Chłopi byli poddani pańszczyźnie, a relacje dworskie bywały brutalne. Były tumulty religijne, konflikty unicko-prawosławne po unii brzeskiej, pogromy, bunty kozackie (1648 to rzeź na wielką skalę), później konfederacje i rozbiory. Tego nikt poważny nie ukrywa.
Problem zaczyna się, gdy tę banalną prawdę o każdym społeczeństwie nowożytnym sprzedaje się jako obalenie polskiego wyjątku.
Porównanie europejskie jest tu kluczowe i właśnie ono w CfP prawie nie istnieje:
- Wojna trzydziestoletnia w Rzeszy: miliony ofiar, spustoszone Niemcy.
- Noc św. Bartłomieja i wojny religijne we Francji.
- Angielska wojna domowa.
- Niemieckie polowania na czarownice – rzędu dziesiątek tysięcy ofiar. W Polsce stosy za herezję czy czary były rzadkością; Tazbir sam pisał, że za odstępstwo od katolicyzmu spłonęła właściwie Katarzyna Weiglowa (1539), a liczba spalonych czarownic była nieporównywalnie mniejsza niż w krajach niemieckich.
- Wojna chłopska w Niemczech 1524–25.
Konfederacja warszawska 1573 (pax dissidentium) była w skali Europy czymś wyjątkowym. Nie znaczy to, że Rzeczpospolita była rajem. Znaczy to, że względna skala przemocy religijnej była inna niż na Zachodzie. A „korekta” w stylu „wcale nie było tak różowo, bo była przemoc genderowa” to nie korekta, tylko podmiana skali.
Gdzie zaczyna się głupota politycznie poprawnych ram
- Presentyzm. „Przemoc genderowa” jako osobna, uprzywilejowana kategoria analityczna dla XVI–XVIII wieku to narzędzie z warsztatu współczesnych studiów gender, nie z akt sądowych starostwa. W kulturze honoru szlachty, w prawie miejskim i w patriarchalnym domu przemoc wobec kobiet i dzieci była normą prawie wszędzie w Europie. Wydzielanie jej jako „gendered violence” ma sugerować, że odkrywamy ukryty mechanizm władzy, a nie opisujemy standardową hierarchię przednowoczesną.
- Historia ludowa jako gotowy szablon. CfP wprost odwołuje się do nurtu historia ludowa (Leszczyński i inni). Ten nurt ma wartość, o ile wydobywa źródła o chłopach i mieszczanach. Staje się ideologią, gdy zamienia całe dzieje Rzeczypospolitej w opowieść o „gospodarce dominacji”, „przemocy strukturalnej” i micie szlacheckiego panowania. Serwitut i pańszczyzna były realne. Były też realne w Rosji, na Węgrzech, w Prusach, w części Niemiec. Przedstawianie tego jako specyfiki „republiki szlacheckiej” bez twardego porównania to selekcja.
- Selektywny moralizm instytucjonalny. Warsztat organizuje niemiecki instytut historyczny, w Wilnie, z partnerem ukraińskim fundacji Maxa Webera. Jest to ironia: państwo, które w tym samym okresie miało wojnę chłopską, wojny religijne i później zbudowało potężną machinę państwowej przemocy, teraz „niuansuje” obraz Rzeczypospolitej. Polacy od dekad są uczuleni na niemiecką historiografię, która lubi „prostować” polskie narracje – często z pozycji moralnego wyższości, która nie wytrzymuje zestawienia z własną historią.
- Standardowy akademicki gest. Zdanie „pomimo podkreślania tolerancyjnego charakteru…” to szablon. Działa tak samo wobec USA („mimo mitu wolności – niewolnictwo i ludobójstwo”), wobec Francji („mimo Oświecenia – kolonie”) i wobec Polski. Pozytywny fakt porównawczy (brak wojen religijnych na skalę zachodnią) zostaje zredukowany do „mitu, który trzeba zburzyć”. Potem dodaje się gender, etniczność, dyskurs i „zwrot somatyczny”. Powstaje wrażenie nowości bez konieczności wykazania, że przemoc w Koronie i na Litwie była większa lub jakościowo inna niż u sąsiadów.
- Brak proporcji. Najkrwawsze epizody Rzeczypospolitej to nie codzienny „ład społeczny oparty na przemocy”, tylko wojny, powstania kozackie, potop, konfederacje. To nie jest tajemnica. Codzienna przemoc honorowa szlachty też nie jest tajemnicą – księgi sądowe są pełne ran, zajazdów i „zbicie czeladzi”. Historycy polscy od dekad to badają (choćby prace o agresji szlacheckiej na Mazowszu). Udawanie, że „najnowsze badania dopiero teraz zniuansowały idyllę”, jest przesadą.
Traktowania względnej tolerancji XVI–XVII wieku jako naiwnego polskiego samozachwytu, który Niemcy i nowa historia ludowa mają wreszcie obnażyć kategoriami przemocy strukturalnej i genderowej – to głupota i elelemnt pedagogiki wstydu, jaką od lat fundują Polakom zachodni sąsiedzi.
Rzeczpospolita nie była krainą łagodności, ale była – w porównaniu z ówczesną Europą Zachodnią – miejscem, gdzie przez dłuższy czas nie palono innowierców na skalę masową i gdzie szlachta różnych wyznań potrafiła się dogadać politycznie.

































































