Iga Świątek długo czekała na zwycięstwo w turnieju WTA. Kiedy wreszcie przyszło, zrobiła to w stylu, który przypomniał jej najlepsze występy.
W finale National Bank Open w Toronto Polka pokonała Jelenę Rybakinę 6:2, 6:3, zdobywając pierwszy tytuł w sezonie 2026 i przerywając trwającą prawie jedenaście miesięcy przerwę od turniejowego zwycięstwa. Był to zarazem jej pierwszy triumf pod wodzą nowego trenera, Francisco Roiga.
Finał od początku znajdował się pod kontrolą Świątek. Polka grała agresywnie, dobrze returnowała i wykorzystywała momenty słabości Rybakiny. Kazaszka, która w drodze do finału musiała rozegrać kilka bardzo wymagających spotkań, nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na tempo narzucone przez Świątek.
Dla byłej liderki światowego rankingu był to szczególnie ważny triumf. Sezon 2026 nie układał się bowiem po jej myśli. Świątek zmieniła trenera, a w turniejach wielkoszlemowych nie potrafiła dotąd dotrzeć dalej niż do ćwierćfinału. Do tego dochodziła rosnąca presja i krytyka, również ze strony polskich mediów. Sama zawodniczka przyznała po finale, że zwycięstwo wywołało w niej nietypowe emocje. Była szczęśliwa, ale jednocześnie zła z powodu krytyki, z którą mierzyła się w ostatnich miesiącach.
Toronto może więc okazać się dla niej czymś więcej niż kolejnym trofeum.
To może być początek powrotu do formy, do ktorej przyzwyczaila nas przez ostatnie lata.
Polska czwórka
Sukces Świątek w Toronto ma jeszcze jeden interesujący kontekst. Polski tenis kobiecy może obecnie pochwalić się wyjątkowo mocną reprezentacją.
W pierwszej setce rankingu WTA znajdują się cztery Polki: Iga Świątek, Maja Chwalińska, Magdalena Fręch i Magda Linette.
Co więcej, aż trzy z nich są w Top 50.
Świątek po zwycięstwie w Toronto awansowała na piąte miejsce. Jeszcze wyżej niż można było się spodziewać znajduje się Maja Chwalińska, która przeżywa najlepszy okres w swojej karierze. Magdalena Fręch również utrzymuje miejsce w czołowej pięćdziesiątce, natomiast doświadczona Magda Linette pozostaje w pierwszej setce światowego rankingu.
W przypadku Chwalińskiej trudno mówić o zwykłym awansie rankingowym. Ten sezon przyniósł jej eksplozję formy. W czerwcu Polka dotarła do finału Roland Garros, wcześniej przebijając się przez kwalifikacje. Był to jeden z najbardziej niezwykłych wyników polskiego tenisa w ostatnich latach. Chwalińska została dopiero drugą w erze Open zawodniczką, która jako kwalifikantka dotarła do finału turnieju wielkoszlemowego.
Jej występ w Paryżu sprawił również, że po raz pierwszy znalazła się w Top 50 WTA.
Magdalena Fręch od kilku sezonów konsekwentnie buduje swoją pozycję w światowej czołówce. Łodzianka udowodniła już, że potrafi rywalizować z najlepszymi, a jej obecność w Top 50 nie jest przypadkiem. Jej kariera rozwijała się wolniej niż kariera Świątek, ale właśnie konsekwencja stała się jednym z jej największych atutów.
I jest jeszcze Magda Linette.
Najbardziej doświadczona z polskiej czwórki, od lat obecna w światowej czołówce. Jej półfinał Australian Open w 2023 roku pozostaje jednym z największych sukcesów w jej karierze, ale Linette nadal potrafi rywalizować na najwyższym poziomie. W Toronto również pojawiła się w głównej drabince, pokonując w pierwszej rundzie reprezentantkę gospodarzy Carol Zhao.
Cztery różne drogi
Najciekawsze jest jednak to, że każda z tych czterech zawodniczek dotarła do tego miejsca zupełnie inną drogą.
Świątek jest wielokrotną mistrzynią wielkoszlemową i przez 125 tygodni zajmowała pierwsze miejsce na świecie.
Linette przez lata budowała swoją pozycję, zanim osiągnęła największy sukces w Melbourne.
Fręch wspinała się w rankingu stopniowo, krok po kroku, bez wielkiego medialnego rozgłosu.
A Chwalińska właśnie przeżywa moment, który jeszcze niedawno wydawał się niemal nieprawdopodobny.
Razem tworzą jednak coś, czego polski tenis kobiecy wcześniej nie miał.
Cztery zawodniczki w Top 100.
Trzy w Top 50.
I wszystkie mają jeszcze coś do powiedzenia.
Toronto należało do Igi Świątek. Jej zwycięstwo nad Rybakiną było nie tylko pierwszym tytułem w sezonie, ale również sygnałem, że Polka może ponownie wejść na najwyższe obroty przed US Open.
Ale być może równie ważne jest to, co dzieje się za jej plecami.
Polski tenis kobiecy nie jest już historią jednej zawodniczki.
Świątek pozostaje jego największą gwiazdą. Jednak Chwalińska, Fręch i Linette sprawiają, że po raz pierwszy od dawna można mówić o polskiej czołówce, a nie tylko o jednej wyjątkowej tenisistce.
I to może być najlepsza wiadomość z Toronto.
Piotr Figura



































































