„Panie, Ojcze i Władco życia mojego, nie zdawaj mię na ich zachciankę”; Mądrość Syracha 23.1
Podmienili nam wodę w jeziorze. Ponoć lepsza, choć nikt się nie pytał o zdanie ryb. Od dawna wiadomo, że i tak nie mają głosu. Podobnie jak Kanadyjczycy.
Najgorsze, że zachowania Prezydenta zza tej nowej-starej wody, z nazywaniem naszego Premiera gubernatorem włącznie, zamiast spotkać się z jednoznacznym odrzuceniem przez tubylców, są dyskutowane i rozważane w duchu – „Gdzie mi będzie lepiej?”.
Zasada osobistej korzyści, którą zawsze można demokratycznie przegłosować, pozostawia w pyle wstydliwe archaizmy typu patriotyzmu.
Przy okazji warto wspomnieć, że prezydencki pomysł z nazwami nie jest zupełnie nowy. Od razu przychodzi do głowy Kanał Angielski i Kanał La Manche.
Koreańczycy np. uznają nazwę „Morze Japońskie” za pozostałość kolonialną, narzucaną przez Tokio i preferują historyczną nazwę „Morze Wschodnie”.
Iran broni nazwy „Zatoka Perska”. Państwa arabskie chcą widzieć „Zatokę Arabską”.
Brytyjskie, jak dotąd, Falklandy, Argentyna nazywa Malwinami.
A w samej Ameryce? Już w styczniu 2025 Trump w podobnym stylu przemianował Zatokę Meksykańską na „Gulf of America”.
Najwyższemu szczytowi Ameryki, który większość z nas zna jako Mount McKinley, Obama przywrócił oryginalną nazwę Denali, która oznacza (”Wielki)” Nie przeszkodziło to Trumpowi wrócić do nazwiska byłego prezydenta Stanów wywołując sprzeciw parlamentu Alaski.
•••
Znowu lecę do Paryża. Dwie i pół godziny spóźnienia. Wszystkiemu winna pogoda. Ale opóźnienie się kumuluje, bo na lotnisku jest zbyt wiele samolotów, a te muszą jakoś odlecieć i przed pasem startowym jest kolejka. W końcu jesteśmy w powietrzu, ale zamiast o szóstej wieczorem, wylecimy o ósmej trzydzieści, Na pokładzie – chyba – cała grupa etniczna z Indii, lub okolic. To oznacza pełno posiłków niestandardowych. Obsługa lata ze służbowymi iPadami i próbuje ustalić kto co zamówił. Widać, że ten system działa, gdy na pokładzie jest kilka posiłków specjalnych. Gdy dotyczy to jednej czwartej pasażerów, wszystko staje w miejscu. Jedzenie dociera do nas o 22:30.  Całe szczęście, że Airfrance w dalszym ciągu serwuje szampana, nawet w klasie ekonomicznej.
Ale to nie koniec. Lądujemy na terminalu 2E M, co oznacza długi marsz korytarzami, na końcu przejazd kolejką na terminal 2E K i ogonek do sprawdzenia paszportów, Legitymując się polskim dokumentem, wchodzę do „szybkiej” kolejki, w której są trzy osoby. Obok kilkaset. W chwilę później jestem w bagażowni. Rusza taśma i wyskakują pierwsze walizki, Po jakichś dziesięciu taśma jednak staje. Na tablicy pojawia się napis, że rozładunek bagażu z Toronto został zakończony. Ale gdzie jest pozostałe 300 -400 walizek? Nie ma też mojej! Wracam do tablicy centralnej – może coś przeoczyłem i bagaż jest dostarczany na innej taśmie? Ale nie, jest napisane jak byk, rozładunek zakończony. Idę do biura bagażowego. Pani żąda mego bagażowego kwitka – bez tego problem by się jeszcze bardziej skomplikował. Gdzieś dzwoni i po chwili wyjaśnia, że walizka skierowana była na tranzyt, ale zaraz pojawi się stanowisku 39. To ma być niby tuż obok.
Oczy faceta, który tej nocy przespał tylko dwie i pół godziny szukają taśmy bagażowej, a mózg zaczyna czuć się jak u Harry’ego Pottera na peronie 9 i ¾. Dopiero po chwili dochodzi do mnie, że tamte stanowisko to bagaże specjalne. Jest tam facet, ale nie rozmowny. Wymachuje jedynie rękami, że nie wolno mi nigdzie wchodzić. Czekam. Po chwili dołączają jakieś trzy panie. Wydaje mi się, że jedną widziałem w samolocie. Ryzykuję pytanie po angielsku. Im też zgubiono po sztuce bagażu. Po chwili nasze walizki zjeżdżają z taśmy. Ale cały bagaż pojechał gdzieś indziej, czyli zdecydowana większość pasażerów też. Z wielkiego A350, załadowanego po brzegi, w Paryżu wysiadło może dziesięć osób.
***
Wyszło na to, że mam wolny weekend we Francji. Niedziela to msza na Concordzie wspólnie z tutejszymi Rycerzami św. Jana Pawła II-go, w pożyczonym stroju rycerskim, czyli mantulli. Idziemy do ołtarza orszakiem. Ktoś podeśle mi potem filmik z tego uroczystego wejścia. Przy organach niezmiennie siostra Honorata. Oprócz życia konsekrowanego, to talent muzyczny, obdarzona pięknym głosem. Prowadzi tutejszy chór, w którym kiedyś, przez ponad trzy lata miałem okazję śpiewać. Kiwamy sobie głowami na powitanie. Przed ołtarzu muszę uważać, bo pewne rytuały są troszkę inne niż u nas w Toronto.
Po mszy schodzimy do Krypty. W podziemiach, dwa piętra poniżej kościoła, działa tutejsza wersja polskiej kawiarni, z pełnym obiadem. Siadamy w kilka osób, jemy i gawędzimy. Bohatersko opieram się szarlotce w ramach ograniczania węglowodanów. Podobnie, rezygnuję z bagietki przy śniadaniach w hotelu (trzeba być chorym na umyśle, aby w Paryżu nie jeść bagietki) i z deseru w stołówce w pracy. Skutek będzie taki, że przez te półtorej tygodnia w podróży nie przybiorę na wadze. A ja myślałem, że po takim poświęceniu na pewno trochę schudnę…
***
Dzień wcześniej, sobotę zorganizowaliśmy ze znajomymi wycieczkę do Szampanii.
Głównym celem było Chateau de Boursault. Tu byliśmy małą grupą tuż przed covidem.
Teren winnicy zajmuje malownicze wzgórza nad Marną, dziesięć kilometrów przed stolicą Szampanii, Eperney. Budowę zamku rozpoczęto w 1843, na zlecenie Madame Clicquot, do której wówczas należał ten teren. „Królowa Reims” przyjmowała tu znamienitych gości i klientów. Tutaj też przebywała na swej emeryturze aż do śmierci. Później zmienili się właściciele, a w 1927 cały teren zakupił Achod Fringhian. Dzisiaj, cztery pokolenia później, Alex Fringhian kontynuuje dzieło pra-pra dziadka.
Podróże z dzieckiem oznaczają często nieplanowane perypetie. Tak było i tym razem; musieliśmy się zatrzymać po drodze i przed bramę Chateau dojechaliśmy tuż po dwunastej, czyli za późno na poranną wizytę. Trzeba będzie wrócić po 14-tej. Mamy więc czas na lunch. „La Table Fanou” to jedyny restauracja w okolicy. Z zewnątrz wygląda nieokazale, ale wnętrze jest rozległe, a kuchnia bardzo dobra. Jedliśmy tu poprzednio. Podchodzimy, bo to kilka kroków. Okazuje się, że choć w środku i na tarasie jest jeszcze pustawo, wszystkie miejsca są zarezerwowane. Właściciel rozkłada ręce i kieruje nas do podobnej bliżej Eperney. Te pozornie, całkowicie niebiznesowe zachowanie, ma swe uzasadnienie. Klienci przychodzący na lunch, spędzą tu sporą część popołudnia i nikt nie śmiałby ich popędzać, bo w przedsionku czekają inni goście. Kuchnia, jeśli dba o jakość, nie bazuje na tym co jest w zamrażarce, ale przygotowuje świeże produkty na każdy dzień więc ilość posiłków też może być ograniczona.
Odchodzimy więc z kwitkiem i jedziemy pod tamten wskazany adres. To już na wzgórzach między Epernay i Reims. Stąd niedaleko jest do siedziby sławnego Canard – Duchêne, o którym pisałem kilka tygodni temu. Szampan świetny, ale moim zdaniem zawitała tam bezduszna kultura korporacyjna, która rozczarowuje. Zamawiamy po kieliszku wybranego wina, płacimy i obsługa wychodzi na pogaduszki. Żadnej rozmowy o historii miejsca, o szampanie czy winoroślach.
Jedziemy z powrotem do Boursault. Znowu niespodzianka. Jakaś kobieta przegania nas spod bramy, bo na rozległym terenie przed zamkiem odbywa się ceremonia ślubna, co zresztą widać, tyle że z daleka, więc ona twierdzi, że wszystko jest zamknięte.
Wychodzi na to, że będziemy musieli jechać gdzieś indziej. Ale żona kolegi zauważa, że pomimo pozornego zamknięcia, z bramy wychodzi ktoś z torbą z szampanem. Wracamy – okazuje się ślub jest opodal, na łące, ale sklep firmowy jest otwarty. Obsługa proponuje nam spacer po winnicy. Winne grona już prawie dojrzałe. W tym roku zbiory będą wcześniej i trzeba bardzo pilnować, aby nie przejrzały, bo zbyt niska kwasowość zdyskwalifikowałaby je jako materiał na szampana. Pani opowiada nam trochę z bogatej historii zamku i jego znamienitych właścicieli. Dowiadujemy się też, że w czasie obydwóch wojen zamieniony był na szpital. Choć nie tak duży, jak na przykład bliźniaczy Chambord, na którym był wzorowany, wymaga znacznych środków na konserwację. Śluby, jak ten, który się właśnie odbywa, to jeden za sposobów pozyskiwania potrzebnych funduszy.
Wracamy ze spaceru, teraz czas na degustację.
***
W jednym z podcastów YouTubowych dziennikarz wspomina, że mieszkańcy Rzeszowa jak i Lubelszczyzny otrzymują na telefonach komórkowych ostrzeżenia w związku z atakami Rosjan na Kijów. To trochę podobne do alarmów lokalnych (w Toronto), dotyczące pogody czy pościgu za przestępcą. Podobne, ale skala nie ta sama.
Respondent, który wtedy był w Warszawie takiego komunikatu już nie otrzymał. Zrozumiałem, że dziennikarz, który dostał ostrzegającego sms-a był też z Warszawy, ale właśnie przebywał w Rzeszowie.
Wynika z tego, że stosowne służby dokładnie wiedzą, gdzie każda prywatna komórka w danej chwili się znajduje, choć niby nie weszliśmy jeszcze w fazę inwigilacji totalnej.
Otóż sms-y te wysyła tzw. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.
Internet wyjaśnia, że alerty mają charakter prewencyjny i informacyjny.
Dziennikarze są jednak, przynajmniej niektórzy, innego zdania. Ostrzegają, że wszystkie te działania są częścią planu wciągania Polski do wojny i przygotowywania do tego społeczeństwa. Jest przecież przygotowywany plan ewakuacji Polski. Gdzie niby mamy się ewakuować i po co? Przecież wszystkie potęgi tego świata ciężko pracują nad tym, aby wojna obok się skończyła i aby na Ukrainie zapanował trwały pokój. No, ale sprzedawana jest nam wersja, że jesteśmy następni w kolejce i Rosja tylko czeka na okazję, aby nas zaatakować. Muszę uważać co piszę, ale nie pamiętam, aby Putin personalnie atakował naszych najjaśniejszych przywódców. Natomiast co rusz, pan Radosław i różne mini – tuzy polskiej polityki prześcigają się w dogryzaniu rosyjskiemu prezydentowi. Robił to także namiętnie Andrzej Duda, o którym, zakładam, społeczeństwo opanowuje jedynie słuszna zbiorowa amnezja. Robi to jednak także, o zgrozo, obecny Prezydent, czego kompletnie nie rozumiem.
Uczestniczymy w rodzaju „Danse macabre”. Polscy rządzący skłócili się jak mogli z Białorusią, która swego czasu wydawała się odnosić do nas przyjaźnie. Dogryzamy prewencyjnie Rosji a przede wszystkim wyżywamy się na samym Putinie; to musi być frajda dopieprzyć takiemu facetowi! Natomiast oddaliśmy większość uzbrojenia darmo Ukrainie, która w ramach odwdzięki gloryfikuje UPA i ich przywódców, a jej obywatele korzystają, na co jawnie i prawomocnie zezwoliły polskie rządy, z naszego budżetu w zakresie opieki medycznej, emerytalnej i zapomogowej. Na dodatek, mapa w gabinecie Ukraińskiego ministra spraw zagranicznych pokazuje ponoć Chełmszczyznę i Ziemię Przemyską po drugiej stronie granicy.
No i na koniec, dzięki wstawiennictwu Premiera, serdecznie przyjaźnimy się unijnie z krajem z lewej strony mapy, który nas tratował i mordował przez sześć lat, okradł nas doszczętnie i nie kryje pretensji do Pomorza oraz Śląska, a dochodząca do władzy AfD głośno wypowiada te roszczenia i nikt ich za to nie potępia. Przeciwnie, całe chmary krajowych lemingów przebierają nogami, nie mogąc doczekać się ich wygranej w przyszłych wyborach. W ramach tej samej przyjaźni Tusk oswaja nas z obecnością niemieckich żołnierzy. Tak było np. w okresie wielkiej niemocy powodziowej, a także później, gdy Bundeswehra włącznie z niemieckimi Patriotami stacjonowała w Jasionce. Europejska, pod dowództwem niemieckich generałów armia będzie nas zapewne bronić, gdy ów Śląsk i Pomorze będą nam, w ramach sprawiedliwości dziejowej, pokojowo odbierane. Pozostali Polacy, stłoczeni po prawej stronie Wisły będą ofiarami obrony zachodu przed nacierającą Rosją. Tak przynajmniej zakładał plan „Warta” z 2011 roku, autorstwo, którego jest „gorącym kartoflem” przerzucanym między PO i PiS. Plan ujawniał też, że na przybycie pomocy NATO mielibyśmy czekać 10-14 dni. W odpowiedzi na niedawną tromtadrację pana Radka doradca Putina Patuszew wspomniał o możliwości uporania się z nami w 2-3 dni, co oznacza, że bohaterska armia NATO, nie byłaby potrzebna; raczej straż pożarna i grabarze. Nad tym wszystkim unosi się, wyciszona – na razie – ustawa 447.
Czyli zbiorowa schizofrenia! To, że wolą tego nie widzieć nasi rządzący, nawet pojmuję, ale, że nie widzą tego pamiętający wrzesień 39 a potem komunę Polacy, to nie pojmuję!
„Panie, Ojcze i Władco życia mojego, nie zdawaj mię na ich zachciankę”.
***
Wojna kawowych gigantów trwa. Najpierw Pani Basia, zrezygnowała z Tima i zaczęliśmy ponownie wydawać u McDonalda. To jednak a trwało krótko, bo w pewnym momencie Pani Basia wybrała całkowitą ascezę, zapewne doprowadzają konkurentów na skraj bankructwa. Ale, jako że nic nie trwa wiecznie, ulitowała się ponownie nad Timem i zaczęto znowu jeździć po kawę, tyle, że małą. W ramach nauk dietetycznych doktorów jak na przykład Berga, Braci Rodzeń, Kulczyńskiego, Skoczylasa i innych, piło się ją teraz z trzema śmietankami, ale bez cukru. Słodzenie odbywało się w domu, miodem. Po jakimś czasie trzeba było zwiększyć dawkę – jak z każdym narkotykiem – i weszliśmy na poziom „medium”. Przerzuciliśmy się za to na wersję popołudniową, bo wtedy jest mniej klientów i ta kawa, parzona bez pośpiechu, musi być lepsza. Od dwóch dni jadę jednak po kawusię także rano. Tim naprzeciwko podnosi mi ciśnienie, gdy spoglądam z siedzenia kierowcy na zapyziałe, nie myte chyba nigdy okno w kasie. Brud i rdza. Za każdym razem zwycięża jednak zdrowy rozsądek; „Pamiętaj, że to oni robią kawę, i co będzie, gdy zapamiętają upierdliwego faceta, który nie potrafi trzymać ozora w gębie”!
Dzisiaj pojechaliśmy po popołudniową kawusię razem. Żeby było optymalniej, Pani Basia trzyma w ręce łyżeczkę do mieszania i słoik Manuki z Costco. Jakość przede wszystkim!
Leszek Dacko
PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU