Kto wie jak długie.

I to był początek. Następnego dnia ruszyłem na szlak!

Wszystkie demony i upiory odstąpiły mnie jak ręką odjął. Życie wydawało mi się proste i jasne a obawy i wątpliwości, które targały mną prze wyjazdem minęły jak mija poranna mgła.

Poniżej kontynuacja tekstu

Szedłem przez Góry Izerskie, Karkonosze ze Śnieżką, gdzie wymarzłem jak pingwin, Góry Kamienne, Stołowe, Bystrzyckie i zatrzymałem na trochę dłużej koło Lądka Zdroju w Górach Złotych.

To było zupełnie tak jak w tym filmie pod tytułem „Forrest Gump”:

“When I got tired, I slept. When I got hungry, I ate and when I had to go, you know, I went!”

„Gdy byłem zmęczony – spałem. Gdy byłem głodny – jadłem, a gdy musiałem iść – rozumiecie – to szedłem!”

Miarowy, codzienny, od świtu do nocy marsz uspokajał mnie, wyciszał i pompował we mnie ogromną energię. W miarę upływu czasu coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie ma takiej trudności, której nie mógłbym pokonać, nie ma takiego zadania, którego nie mógłbym rozwiązać i nie ma takiej rzeczy, której nie dałbym rady. I ta nowa energia paliła się we mnie jak jakiś ogień, który zmuszał do szybszego kroku, wynajdywania najtrudniejszych przejść i podejmowania ryzyka. Bo pomimo tego, że na pierwszy rzut oka to były niskie góry to jednak kryły wiele, wiele naprawdę ryzykownych podejść. Często gęsto schodziłem ze szlaku, przedzierałem się na przełaj, właziłem po skałach i przechodziłem strumienie.

I jeszcze jedno: byłem szczęśliwy, że szedłem sam. Przez krótki odcinek w Karkonoszach szedłem z przypadkowym turystą, który zagadnął mnie w schronisku na Hali Szrenickiej. Szedł potem ze mną jakiś, na całe szczęście, krótki czas. Nie, definitywnie nie mogłem tego znieść. Pożegnaliśmy się uprzejmie, ale stanowczo. On miał zresztą inne plany i inną trasę.

Chodzenie z kimś nakłada obowiązek ciągłego dostosowywania się. Trzeba pilnować tempa marszu, jak iść, kiedy robić przerwy i tak dalej. No i rozmowy. Mój chwilowy towarzysz cały czas gadał. Usta mu się nie zamykały. Dlatego wolałem być sam.

W Górach Złotych zatrzymałem się na parę dni. Nie byłem zmęczony, ale koło Lądka mieszkał stary znajomy mojej rodziny niejaki Stecki, który w czasach mojego dzieciństwa przyjeżdżał do moich dziadków kupować owoce. Hurtownik. Jego jesienne wizyty były dla mnie i mojego rodzeństwa pewną atrakcją.

Wysoki ponad zwykłą miarę, w długich butach i bryczesach oglądał jabłka, wybrzydzał, targował się – w dużej mierze dla formy. Był zawodowym, przedwojennym kupcem. Umiał być dowcipny.

Straszny krótkowidz, ale zaręczał, że za młodu miał wzrok jak sokół.

-Szanowna pani dobrodziko – mówił do mojej babci – pięćdziesiąt lat temu mogłem z łatwością zobaczyć jaskółkę na horyzoncie! I mało tego – potrafiłem odróżnić czy to samczyk czy samiczka!

Babcia śmiała się aż jej łzy z oczu płynęły.

Innym razem opowiadał ile grzybów potrafił zebrać gdzieś kiedyś na Podolu.

-Toż mówię szanownej pani – tyle ich było, że w ciągu kwadransa zebrałem dwadzieścia kilogramów! Samych prawdziwków!

-No niechże już pan przestanie – mówiła babcia – przecież ja bym nawet kamieni tyle nie nazbierała!

To był cały Stecki. Mój ojciec mówił do niego „panie inżynierze”, ale nie wiem jak to naprawdę było, bo w tej naszej Galicji wszyscy wszystkich tytułowali i opuszczenie jakiegoś tytułu uważano za kolosalne faux pas. Przypisywano też sobie jakieś wyimaginowane tytuły, które przylegały potem na całe życie. Hrabiów było zatrzęsienie! A dyrektorów, naczelników, komisarzy, pułkowników, baronów i tak dalej – całe armie!

Będąc tuż koło Lądka postanowiłem go odwiedzić. I okazało się, że dobrze zrobiłem.


Miałem też małą nadzieję, że uda mi się przenocować w łóżku, bo przez ostatnie parę tygodni spałem wszędzie tylko nie w pościeli.

Stecki mieszkał pod miastem, miał duże obejście, magazyn na owoce i coś tam jeszcze – jakieś gospodarcze zabudowania, które tworzyły kwadratowe podwórko. Najpierw długo patrzył, przecierał swoje grube okulary aż wreszcie gdy przypomniałem mu moją babcię i nasz dom rozjaśnił się i wykrzyknął:

-Gość w dom, Bóg w dom!

Z całą pewnością to nie był już ten dawny pan Stecki, którego pamiętałem z dzieciństwa. To był prawie starzec – dobrze po osiemdziesiątce! Już nie handlował, nie jeździł, wiek przygarbił jego wysoką postać i nie chodził w bryczesach. Ciągle jednak miał czerstwą twarz i długie, białe wąsy, które co jakiś czas przygładzał.

To był bardzo dobry pomysł z tymi odwiedzinami. Gospodarz ugościł mnie naprawdę serdecznie. Wszystkiego było ponad miarę. Dobry chleb, pachnące wędliny, marynaty, nalewki…doprawdy nie brakowało niczego.

Gdy wreszcie po dobrej kolacji runąłem w sztywno nakrochmaloną, szeleszczącą pościel – spałem jak kłoda okrągłe piętnaście godzin!

Była już druga połowa lipca i mijał miesiąc odkąd wyjechałem z Warszawy. Powoli kończyłem Sudety. Przede mną był jeszcze ostatni odcinek do Prudnika, a dalej rozciągała się Brama Morawska, z którą miałem mały kłopocik.

Otóż, żeby z Prudnika dostać się do Ustronia w Beskidzie Śląskim i kontynuować wędrówkę trzeba było przekroczyć Bramę Morawską, przez którą nie szedł żaden szlak. Trzeba było zatem iść trochę na przełaj, przekraczać szosy i miasteczka, a to mogło być uciążliwe, bo wiadomo, że inaczej chodzi się w górach, a inaczej zwykłą drogą. Poza tym to było prawie trzy dni marszu!

Potem, po dojściu do Ustronia w Beskidzie Śląskim nie było już żadnych tego typu problemów, bo tam zaczynał się niczym nie przerwany Wielki Szlak Karpacki, który szedł całe pięćset kilometrów przez Pasmo Babiogórskie, Gorce, Pieniny, Beskid Sądecki, Niski aż do Halicza w Bieszczadach.

Niezależnie jednak od tych moich obaw i zastrzeżeń Morawska Brama musiała być zrobiona pieszo! Tak sobie obiecałem i zdecydowanie wykluczałem wzięcie autobusu z Prudnika do Ustronia. Co to, to nie!

„Idę pieszo i w żadnym razie nie będę sam siebie oszukiwał!” – powtarzałem sobie.

Tymczasem wizyta u pana Steckiego obudziła we mnie cały ciąg myśli. Otóż, w czasie tej powitalnej kolacji, po paru kieliszkach tarninówki mój gospodarz zapytał mnie co mam zamiar dalej robić. Chodziło mu naturalnie nie o wędrówkę, lecz o życie zawodowe.

Pytanie było proste i słyszałem je od różnych ludzi milion razy, ale tym razem – może pod wpływem tej naleweczki – coś się we mnie obudziło. Pan Stecki jakby czytając w moich myślach zapytał trochę inaczej:

-Co byś tak NAJBARDZIEJ chciał robić? Co najbardziej lubisz?

Żeby zyskać trochę na czasie a jednocześnie zwrócić mu uwagę, że mam pusty kieliszek, powiedziałem:

-A wie pan, że ta tarninówka to coś wspaniałego!

-Aaa, smakuje – nieprawdaż? Toż to, panie dzieju, najlepszy trunek! Sam robię. Od mojego świętej pamięci ojca przepisik dostałem.

-Ale co tam jest, bo chyba nie sama tarnina? – próbowałem odwlec odpowiedź na wcześniejsze pytanie.

-Co jest? Raczej czego tam nie ma! To jest złożona receptura. Jest i głóg i dereń, jałowiec i tatarak… jarzębinka… Ale co tam, panie dzieju, naleweczka… powiedzżesz mi co byś chciał robić? Co lubisz?

A ja na to pytanie jakoś nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Po prostu coś mnie zablokowało. Może to ten miesiąc w górach, spanie przy ogniskach, w stogach siana, jedzenie przy miedzy i mycie w górskich strumieniach sprawiły, że wyłączyłem myślenie o pracy, karierze i o tym co naprawdę chcę.

Pewnie, że chciałem to co inni. Mieć dobrze płatną pracę, wyjeżdżać, mieć pieniądze… Ale w tych „chceniach” nie było jakoś miejsca na uświadomienie sobie co bym rzeczywiście lubił robić. Zawsze zazdrościłem tym, którzy nie mieli z tym problemów. Mój brat – na przykład – poszedł na matematykę, bo to było jego powołanie od dzieciństwa. Nawet w wolnych chwilach udowadniał sobie jakieś matematyczne twierdzenia! Całe jego życie było bardzo wyraźnie ukierunkowane.


Nie byłem takim szczęściarzem. Ja miałem setki pomysłów a jeden głupszy i mniej realny od drugiego! Chciałem być hodowcą, kierowcą, traperem, dyplomatą, zawodowym żołnierzem… Takie dziecinne głupoty. Raz podobało mi się to, a raz tamto, a nic do końca.

Teraz byłem już po tak zwanych „szkołach”. Miałem dyplom i w rzeczy samej powinienem się uważać za ekonomistę, ale gdzie mi tam do tego było! Jaki ekonomista? Co ja umiem? Czy ja w ogóle jestem przygotowany do tego żeby BYĆ ekonomistą? Co prawda nie byłem w tych moich dylematach sam, ale czy to mogło być jakimkolwiek pocieszeniem?

Jasne, że marzyła mi się wielka kariera, ale jaka – na to pytanie nie miałem jasnej odpowiedzi.

Co najbardziej chciałbym robić? W czym czułbym się dobrze? Czy jest coś do czego mógłbym i chciał przywiązać się na całe życie?

To były pytania pana Steckiego. Pytania, na które młody człowiek po studiach powinien mieć gotową odpowiedź – tymczasem ja siedziałem jak lelum polelum unikając odpowiedzi i plotąc o nalewce.

A nalewka dobrze już szumiała mi w głowie.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, gdzieś z najdalszego zakątka mojego umysłu przyszła do mnie odpowiedź. Przyszła wolno, ale niesłychanie wyraźnie! Ostrożnie wyciągnąłem rękę po kieliszek. Nie chciałem spłoszyć tej myśli, która formowała mi się w głowie. Czułem, że ta myśl jest nie tylko odpowiedzią na pytanie pana Steckiego, ale również – a może przede wszystkim – odpowiedzią na wiele moich osobistych dylematów. Jest rozwiązaniem – kto wie – może na całe życie…

Na razie jednak nic nie mówiłem.

A pan Stecki czekał. Czekałem i ja. Tak – wyglądało na to, że mam moją odpowiedź. Czułem, że to był jeden z tych niezwykle rzadkich momentów kiedy człowiek ma fenomenalnie jasną wizję rozwiązania jakiegoś bardzo trudnego problemu.

Ale nie chciałem o tym mówić. To było moje i tylko moje. Mówienie o tym byłoby – w moim ówczesnym odczuciu – prawie świętokradztwem. Dlatego siedziałem w milczeniu.

A pan Stecki popatrzył na mnie grubymi soczewkami swoich okularów i po małej chwili, jakby czytając w moich myślach, powiedział:

-Coś mi się wydaje panie dzieju, że teraz już wiesz, prawda?

Popatrzyłem na niego ze zdumieniem – jakiś jasnowidz czy co – pomyślałem. A na głos odpowiedziałem:

-Tak – panie inżynierze – teraz już wiem! -No to napijmy się!

Byłem mu ogromnie wdzięczny, że nie wymagał odpowiedzi. Miałem ogromną jasność myśli. Pomimo szumiącej w głowie tarninówki czułem, że oto odkryłem coś bardzo cennego. Uśmiechnąłem się do tej myśli i zaraz podchwyciłem:

-Z przyjemnością! A wie pan – ta naleweczka to prawdziwe cudo!

-Dałbym ci parę buteleczek, ale masz jeszcze przed sobą długą drogę, a po górach – panie dzieju – nie powinno się chodzić z wódką w plecaku. Wiesz co – jak już skończysz to przyjeżdżaj do mnie kiedy chcesz a naleweczka będzie czekać. Przyjeżdżaj na jak długo chcesz – ciągnął – widzisz, że tu jest dużo miejsca i na dobrą sprawę jestem sam. Dzieci prawie nie widzę, bo syn – jak wiesz – w Ameryce, a córka wyszła za mąż w Szczecinie i bardzo zajęta karierą…

-Dziękuję panu – panie inżynierze – dziękuję za gościnę i…i w ogóle za wszystko! Na pewno przyjadę…

A potem życzyliśmy sobie dobrej nocy.

Poszedłem do sypialni, runąłem w sztywno wykrochmaloną, szeleszczącą pościel i spałem jak kłoda okrągłe piętnaście godzin!

To była bardzo dobra wizyta! Nie spodziewałem się, że aż tak dobra.

Na drugi dzień pożegnałem mojego gospodarza i zanurzyłem się w Góry Opawskie zdążając do Prudnika – ostatniego przystanku przed Bramą Morawską!

O ile Sudety są piękne to Karpaty jeszcze piękniejsze. Wiem, że nie jestem w tym obiektywny, ale Karpaty a szczególnie Bieszczady zawsze były i są mi bliższe. To jest moja „mała Ojczyzna”. W każdym razie jestem pewien, że co do górskiego piękna Karpat i jego przewagi nad Sudetami to wielu przyzna mi rację.

Nie miałem natomiast za grosz racji w ocenie Morawskich Wrót czy jak kto woli – Bramy Morawskiej. Zamiast planowanych trzech dni spędziłem tam cały tydzień. Oglądałem wspaniałe zamki, parki, przepiękne okolice Raciborza. Nie pamiętam już dziś nazw, ale to co widziałem wynagrodziło mi z naddatkiem wysiłek marszu po nizinie.

Mimo to z radością powitałem Ustroń w Beskidzie Śląskim. Tu właśnie był początek Wielkiego Szlaku Karpackiego znaczonego kolorem czerwonym. Właściwie biało czerwonym.

Byłem spragniony gór, podejść i szerokich widoków. Ruszyłem z taką energią jakbym nie miał prawie sześciu tygodni wędrowania w kościach a dopiero zaczynał.

Kubalonka, Barania Góra, Węgierska Górka i wreszcie wielka Babia Góra a z niej już niedaleko do Policy, do której ciągnęła mnie ogromna ciekawość.

Jeszcze przed Babią Górą nocowałem w schronisku na Markowych Szczawinach. To było schronisko PTTK, a jego agentem był Stanisław Jarosz. Pamiętam to dobrze, bo przegadałem z nim parę godzin.

Rozmawialiśmy o głośnej przed trzema laty katastrofie lotniczej na Policy, czy jak niektórzy mówili „pod Zawoją”. W owym czasie historia ta pasjonowała opinię publiczną. Snuto niezliczone domysły, układano najprzeróżniejsze konspiracyjne teorie i w ogóle rozgrzewano atmosferę do czerwoności. To było trzy lata wcześniej – a dokładnie w kwietniu 1969. Na stromym zboczu zalesionego szczytu Polica, w trudno dostępnym terenie rozbił się samolot z pięćdziesięcioma trzema pasażerami. Wszyscy zginęli. Samolot leciał z Warszawy do Krakowa. Normalny rejs. Z zupełnie niezrozumiałych powodów zboczył z kursu i uderzył w zbocze góry. Wiadomość o katastrofie doszła do mnie tuż przed zaliczeniem z ekonomii politycznej, które miałem z profesorem Maksymilianem Pohorille. Profesor był wymagający, trzeba było może nie tyle znać materiał co wykazać się umiejętnością „ekonomicznego myślenia”