Robił bo robił, ale ta robota miała w sobie coś z automatu, przyzwyczajenia czy nałogu, z którego nie można się wyrwać.

Myślę, że stąd właśnie wzięła się jego propozycja żebym trochę został i pomógł przy zwózce owsa. Nie chciał być sam. Czułem to wyraźnie. Nie miałem jednak żadnej wątpliwości , że długo tak nie będzie, bo wcześniej czy później, ale raczej wcześniej znajdzie się kobieta, która przyjdzie, posprząta, ugotuje i …zostanie. Ostatecznie Wojtek, mimo swojego wieku był jeszcze całkiem do rzeczy. Był zaniedbany, nawet bardzo zaniedbany, ale silny i żylasty jak koń, robotny – a przede wszystkim… miał gospodarkę! To prawda, że teraz zapuszczoną i bałaganiarską, ale pod rękami sprawnej kobiety mogącą rozkwitnąć.

Mimo wszystko jeszcze przed zarżnięciem kozy nie byłem całkiem pewny kiedy wyjechać, ale ten wieczór gdy przy kuchennym stole jedliśmy smażoną koziną – i to jedli prosto z kuchennej blachy, przerzucając gorący kawałek mięsa z ręki do ręki i obficie maczając w rozsypanej soli, przyśpieszył moją decyzję. Właśnie wtedy, jedząc kozie podroby i pijąc prostą wódkę z fajansowego kubka poczułem się jakoś „nieludzko”. Czułem, że balansuję na krawędzi mojego świata i jakiegoś innego, którego nie znam i boję się go. Mówiąc inaczej, to bezceremonialne zarżnięcie kozy miało w sobie coś dzikiego. To była egzotyka, która nie przystawała do mojego świata.

Poniżej kontynuacja tekstu

Jasna rzecz, że w czasach mojego dzieciństwa widziałem kilka scen uboju zwierząt. Zabijanie drobiu, szlachtowanie świń a nawet krowy to nie były przyjemne widoki – zwłaszcza dla małego chłopca – ale to wszystko było częścią codziennego, wiejskiego życia a co najważniejsze każde zabijanie było otoczone jakimś – powiedzmy – szacunkiem. Zabijanie kury oznaczało niedzielny obiad, albo ciężką chorobę, kiedy trzeba było zrobić dobry rosół. Ubój świni to był nieomal obrzęd, do którego przychodzili sąsiedzi, pomagali a potem celebrowali i tak dalej.

Wojtek natomiast zabił swoją kozę jakby od niechcenia, jakby bez serca i bez współczucia… Nie wiem czy dobrze się wyrażam, ale ta zimna krew, brak emocji i powrót z krwawymi kawałkami mięsa w rękach miały coś co mną wstrząsnęło.

Nie, nie! Nie wtedy gdy jedliśmy i pili! Nie wtedy! Dopiero potem.

Wtedy ze smakiem łykałem gorącą wątrobę i tłuste kawałki mięsa.

Te myśli przyszły na drugi dzień, gdy po wytrzeźwieniu przypominałem sobie miniony wieczór i to gdy Wojtek poszedł i zwyczajnie zarżnął kozę. Nagle poczułem strach. Strach przed jakimś, bliżej nieokreślonym okrucieństwem, które nie ma miłosierdzia czy choćby zrozumienia.

Od tamtych dni minęło – jak już wielokrotnie pisałem – 45 lat, więc wiele obrazów i odczuć zatarło się w pamięci, ale ten strach pamiętam dobrze. I nie mogę powiedzieć , że nagle zacząłem się bać Wojtka. Zacząłem się bać czegoś nieokreślonego, co stało poza moim systemem wartości i moim światem. Myślę, że to jest powszechne uczucie wówczas gdy jest się świadkiem zderzenia dwóch kultur. Mniejsza z tym.

Dość na tym, że w siedem dni po przyjściu do Szczawnicy opuściłem Pieniny i ruszyłem w kierunku Sądecczyzny a konkretnie sławnego wtedy schroniska „Na Przehybie”, ulubionego miejsca spotkań studenckich, obozów, zlotów i narciarskich konkursów. Idąc spotykałem po drodze grupy i grupki młodzieży i czas szybko mijał. Czułem się dobrze a nawet bardzo dobrze. Byłem pełen dobrych myśli i szczęśliwy, że nie poddałem się załamaniu i nie wróciłem do Warszawy. Pewnie, że byłem ciekawy co tam w domu, co u pana Kapusty, wśród kolegów i tak dalej, ale teraz już się nie wahałem – postanowiłem nie poddawać się nastrojom i dojść do założonego z góry celu czyli do końca Wielkiego Czerwonego Szlaku na Haliczu – na wschodnim krańcu Bieszczad.


Jednocześnie twardo zdecydowałem, że najdłużej, ale to absolutnie najdłużej będę szedł do końca września i tej linii już nie przekroczę. To będzie koniec mojej wędrówki. Niezależnie gdzie wtedy będę.

Przede mną był jeszcze Beskid Sądecki, Niski i Bieszczady z tym tylko, że w Bieszczadach chciałem spędzić trochę więcej czasu. Ciągnęło mnie tam do Dwernika u stóp Otrytu, gdzie rozgrywał się film „Ogniomistrz Kaleń”. Do Dwernika bowiem przeprowadziła się w swoim czasie znajoma mi rodzina, która kiedyś mieszkała w moim rodzinnym miasteczku. Było tam dwóch chłopców mniej więcej w moim wieku, z którymi byłem jeszcze w szkole podstawowej. Ciekawiło mnie jak im się ułożyło i co robią.

Tymczasem doszedłem do Przehyby, a potem w dół do Krynicy. Z Krynicy ruszyłem dalej na wschód ciągle czerwonym szlakiem, który biegł teraz wzdłuż granicy.

Beskid Niski – w swoim czasie najbardziej odludne, żeby nie powiedzieć „dzikie” polskie góry. Na pewno mniej uczęszczane niż Bieszczady. Beskid Niski ma łagodne podejścia, ale wtedy gdy szedłem trochę niesamowite było to bezludzie. Spotykałem co jakiś czas patrole Wojsk Ochrony Pogranicza, które prawie zawsze legitymowały mnie i pytały dokąd idę, ale widziałem, że żołnierze robili to bardziej z nudów niż z obowiązku. Chcieli po prostu pogadać. Oprócz nich nie widać było żywej duszy.

Raz przeżyłem mały dreszcz emocji gdy w przesiece, którą szedłem ukazały się trzy wielkie psy. Wokół cisza, a psy przypadły do ziemi warcząc i szczerząc zębiska. Zatrzymałem się i czekałem. Nie wiedziałem co robić. Przejść obok tych bestii było prawie samobójstwem. Miałem nadzieję, że ktoś tam przecież chodzi po lesie i wcześniej czy później odwoła psy. Rzeczywiście, po dłuższej chwili pokazał się chłop w beretce i gumiakach i nie spojrzawszy na mnie gwizdnął na psy i zniknął po drugiej stronie. A po drugiej stronie była już Słowacja czy raczej Czechosłowacja i nie wiedziałem kto to mógł być, że tak sobie przechodził granicę, jak własną miedzę.

Trochę później zorientowałem się, że tak tu robiono i pasterze z obu stron granicy chodzili tak za stadami. Górale z pod Becherova, Niznej Polianki i Roztoky mieszali się z góralami z naszej strony. Sam parę razy nieopacznie przeszedłem słupki graniczne i nie wiedząc jak znalazłem się u Słowaków. Raz z tego powodu przeżyłem małą chwilę strachu.

To było wtedy gdy po długim marszu przez Wysową i Konieczną znalazłem się w okolicach Ożennej-Grab.

Nic wtedy nie wiedziałem o powojennych wysiedleniach, o akcji Wisła, Bojkach czy Łemkach. Byłem wychowany na Podkarpaciu – to prawda, ale za moich młodych lat nikt nic o tamtych sprawach nie mówił. Nigdy nie spotkałem kogoś kto powiedziałby, że jest Ukraińcem. Nigdy nie słyszałem o wysiedleniach i co zupełnie zdumiewające – nic nie wiedziałem o ekscesach różnych ugrupowań wojskowych, które w paru przypadkach odbyły się dosłownie parę kilometrów od miejsca gdzie się urodziłem. Nikt o tym nie mówił. Nikt nie wspominał i nie drążył.


A przecież byłoby co drążyć. Pamiętałem różne typy z tamtych lat. Bryczesy, długie buty, ciemnozielone marynarki. Wielu z nich nie chciała przyjąć do wiadomości, że wojna już się skończyła. Żyli przeszłością. Broni było mnóstwo. Pochowanej po stodołach, stajniach i sąsiekach. Ludzie wiedzieli co i jak i jak ta wojna naprawdę wyglądała, ale woleli siedzieć cicho bo się bali.

Bali się Urzędu Bezpieczeństwa, bali się zemsty, bali się ognia w spichlerzu a w końcu bali się samych siebie. Każdy wolał zgiąć kark i pracować niż dochodzić czegoś co było kiedyś i co lepiej było zapomnieć! No więc zapominali, albo udawali że zapomnieli. Dochodziło do tego, że wiele dawnych grzechów faktycznie zapomniano, czasem przebaczono, a bywało i tak, że dawny prześladowca z dawnym prześladowanym pili ze sobą w dzień targowy litkup.

Dużo, dużo później, dopiero gdy byłem już dorosły – „zgrałem” sobie te dawne obrazki i zrozumiałem to o czym wtedy nie mówiono.

Znowu odbiegłem od tematu.

No więc doszedłem w okolice Ożennej. Byłem głodny i spragniony jak pies, bo po drodze nie było ani strumyczka ani kałuży.

I wtedy napatoczyła się ta babina. Szła z bańką skrajem drogi. Za pięć złotych kupiłem od niej tę bańkę i siedząc w rowie raczyłem się ciepłym jeszcze, spienionym mlekiem ze świeżego udoju. Babina usiadła ze mną, bo chciała wziąć z powrotem pustą bańkę.

-Wypije wszystko? – spytała.

Chłopi często używali trzeciej osoby. Szczególnie wobec nieznajomych.

-Spróbuję – wysapałem pomiędzy łykami. Tłustym mlekiem gasiłem pragnienie i zaspakajałem głód.

-Mliko dobre! – dodała chcąc kontynuować – a to z daleka?

-Z Warszawy.

-Oj, oj…

-A dlaczego tu tak mało ludzi?

-A tak jakisik ni ma komu na gospodarce siedzieć.

Rozmawialiśmy dłuższy czas bo bańka była spora i po zaspokojeniu pierwszego głodu piłem wolniej. Jakoś mi ta babina dziwnie mówiła, nawet jak na tutejszych, ale długo nie pogadaliśmy bo nagle podjechał gazik i paru wojskowych zaczęło coś krzyczeć. Podniosłem się z pewnym trudem, bo mleko bulgotało mi w brzuchu i od jego ilości zrobiło mi się trochę słabo. Ostatecznie wypić trzy litry świeżego mleka na pusty żołądek to nie jest najmądrzejsza rzecz. Podniosłem się jednak, głównie dlatego, że wiedziałem z wcześniejszych spotkań, że z WOP nie ma co żartować. Najczęściej byli to prości chłopcy, którzy dla samego zaspokojenia żądzy władzy mogli niesfornego turystę zatrzymać na dłużej.


Zwykła rozmowa, sprawdzenie dowodu osobistego, legitymacji PTTK i wreszcie pytania skąd i dokąd.

-Masz gdzie spać? – spytał mnie czarniawy kapral.

-Znajdę coś.

-Jak chcesz to możesz jechać z nami to prześpisz się na strażnicy.

-Nie, nie – znajdę coś.

-Jak chcesz, ale uważaj żeby ci jakaś ukraińska morda gardła nie podcięła…

Stałem jak wryty. Co to niby miało być? Żart? Kapral tak śmierdział wódką, że od samego jego chuchu można się było upić więc musiałem być diablo ostrożny. Z pijanym, który trzyma na kolanach kbk ak trzeba szczególnie uważać. Zwłaszcza gdy się jest obcym.

-Patrz ty jak się wystraszył!!! – ryknął kapral do drugiego żołnierza – śmiejąc się głośno.

-Jacy Ukraińcy? – spytałem grzecznie.

-A tacy jak ta baba co ci dała mleka! Ale nie bój się, nie bój – nie ma już ich tu za dużo – wszystkich powieźli na zachód…

I odjechali zataczając gazikiem od rowu do rowu.

I to był pierwszy raz gdy usłyszałem strzęp informacji o przesiedleniach i w ogóle o mieszkających w Polsce Ukraińcach. Pierwszy raz! Oczywiście pijany kapral nie użył nazwy „akcja Wisła”, ale potem skojarzyłem to sobie bez trudu.

Wtedy nie było to tak dla mnie ważne, ale potem gdy wspominałem te moje wakacje 1972 roku nie mogłem się nadziwić jak to się stało, jak to w ogóle mogło mieć miejsce, że nic o tym wcześniej nie wiedziałem! Do dzisiejszego dnia nie wiem jak to było możliwe i w jakim szczelnym kokonie żyłem w tamtych czasach. Rozumiem wszystkich innych, którzy nie pochodzili z tych terenów, ale ja przecież byłem stąd, a jeśli nie dokładnie stąd to w każdym razie z bardzo bliska! Z Podkarpacia! I żebym nic o tym nie wiedział?

W każdym razie cała ta rozmowa trochę mnie przestraszyła. Zauważyłem, że babina spluwa za odjeżdżającym gazikiem i mówi półgłosem „prokljatije cziorti!”. Zresztą może mi się tylko tak wydawało…


Oddałem bańkę, podziękowałem i poszedłem dalej, ale nie byłem już tak pewny, że będę spał byle gdzie. To ostrzeżenie o podcinaniu gardła – chociaż powiedziane pijanym żartem – wytrąciło mnie nieco z równowagi. I nagle uświadomiłem sobie, że gdyby – nie daj Boże coś – to nikt się tu za mną ani nie ujmie ani pomoże. Nagle zrozumiałem bardzo jasno – i tu moja wyobraźnia zaczęła grać na wysokich tonach – że gdyby komuś w nocy zachciało się podciąć mi gardło to będzie to mógł zrobić z łatwością! Ludzi ani na lekarstwo, milicji ani śladu… Puste góry i lasy – jednym słowem odludzie gdzie diabeł mówi dobranoc.

Ta babina szepcząca jakieś przekleństwa po ukraińsku… Wzdrygnąłem się. Mój spokój, że mogę się przespać w każdym miejscu runął. A przecież do tej pory nie opuszczał mnie nawet ma chwilę. Od początku mojej wędrówki. Począwszy od Świeradowa, poprzez wszystkie noce spędzone w najróżniejszych miejscach ani razu nie bałem się spać gdzie popadło. Teraz – po głupim żarcie zacząłem się bać.

„Co się ze mną dzieje?” – myślałem – „co to za głupie banie się? Przecież tu ludzi nie uświadczysz… Kto tu komu będzie chciał podcinać gardła? Ta babina z mlekiem? To chyba jakiś kiepski dowcip!”

Tak się uspakajałem, tłumaczyłem i starałem złapać równowagę, ale rzucone ziarenko zaczęło kiełkować. Szedłem więc dalej, ale ochota na spanie w lesie, czy na polanie, czy nawet gdzieś w jakiejś szopie rozwiała się jak puch na wietrze. Postanowiłem dotrzeć do jakiegoś schroniska, w którym mógłbym się przenocować, ale dobrze wiedziałem, że w bliskiej okolicy nie ma żadnego schroniska i nagle zacząłem trochę żałować, że nie skorzystałem z zaproszenia wopistów do spania na strażnicy. Minęło już prawie pół dnia od mojego spotkania z babiną i wopistami.

Cały czas szedłem granicą i co jakiś czas mijałem białe słupki, ale zapadał zmierzch i coraz trudniej było mi je znaleźć nie mówiąc już o prawie niewidocznych znakach czerwonego szlaku. Na szczęście dróżkę widziałem dość wyraźnie. Szczególnie między drzewami, bo jak wychodziłem na łąki to gubiła się w trawach i musiałem wytrzeszczać oczy za słupkami, ale one często chowały się w trawach prawie całe. W tym stanie rzeczy musiałem coś postanowić i pomimo wszystkich lęków zaczynałem myśleć o zapaleniu ogniska i rozłożeniu śpiworu gdy wtem usłyszałem szczekanie psa. Niosło się gdzieś z oddali, jakby ze słowackiej strony, ale w tym pragnieniu spania pomiędzy ludźmi przestałem zwracać uwagę na granicę i poszedłem za tym szczekaniem. Zszedłem ze szlaku. Łąka – a może raczej – połonina szła w dół. Parłem przed siebie przez skołtunione trawy, potykając się o niewidoczne gałęzie i wpadając w ukryte zagłębienia. W niektórych miejscach trawa sięgała mi do pasa. Zmrok już zapadł i nie byłem pewny gdzie idę, ale na całe szczęście co jakiś czas rozlegało się szczekanie, które naprowadzało mnie na właściwy kierunek. Nagle – szybciej niż myślałem – stanąłem na otwartej przestrzeni i przede mną zamajaczył szałas.