Ostat­ni tekst poświę­ci­łem narze­ka­niu o tym, jak mi tu na pół­no­cy źle, więc dziś – dla rów­no­wa­gi – będzie bar­dziej pozy­tyw­nie. Miej­sca­mi. Tyl­ko “miej­sca­mi”, bo jed­nak o kil­ku “cięż­kich” spra­wach też przyj­dzie mi wspo­mnieć. W koń­cu to paź­dzier­nik, więc spo­ro się dzie­je: sezon łowiec­ki w peł­ni, Świę­to Dzięk­czy­nie­nia i tak zwa­ny Colum­bus Day za pazu­chą, 4 paź­dzier­ni­ka i mar­sze “Sióstr w Duchu” też już za nami, więc jest o czym pisać.

Ale zacznij­my od począt­ku, czy­li od zakoń­cze­nia moje­go poprzed­nie­go tekstu:

Mia­łem dosyć. Dosyć tego wszyst­kie­go. Chcia­łem to wszyst­ko rzu­cić w cho­le­rę i wyje­chać. Gdzieś. Nie wiem gdzie. Nie wiem też za co. Było źle. Pomoc przy­szła z cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nej stro­ny. (Cdn.) Jak to teraz czy­tam, to muszę przy­znać, że brzmi to nie­co dra­ma­tycz­nie. No ale było, jak było (i jak jest). Życie w rezer­wa­cie nie jest łatwe. By jed­nak nie przedłużać…

Posze­dłem na spa­cer. Cza­sa­mi dobrze jest prze­wie­trzyć sza­re komór­ki. Idę sobie przez pole (pre­rię) i w myślach narze­kam, jak mi tu źle. To źle, tam­to źle, nawet porząd­ne­go lasu nie ma, tyl­ko jakieś topo­le i brzo­zy, no i oczy­wi­ście pola, pola i jesz­cze raz pola. Idę tak i narze­kam i nagle widzę, że ktoś wycho­dzi z miej­sco­we­go kościo­ła. Zdzi­wi­łem się nie­po­mier­nie, bo kościół od mie­się­cy był zamknię­ty na czte­ry spu­sty. Tak po praw­dzie, to nigdy nie widzia­łem go jesz­cze otwar­te­go. Pój­dę – pomy­śla­łem – i pozwie­dzam, bo budow­la nader (jak na rezer­wat) oka­za­ła. Naj­wyż­szy budy­nek w rezer­wa­cie. Rów­nież i naj­cie­kaw­szy pod wzglę­dem archi­tek­to­nicz­nym. Kształ­tem przy­po­mi­na duże tipi. Ład­nie wyglą­da na tle zacho­dzą­ce­go słoń­ca. No i oso­ba wycho­dzą­ca z nie­go nie wyglą­da na miej­sco­we­go, więc będzie moż­na z kimś poga­dać (czy­taj: pona­rze­kać na rezer­wat). Jak pomy­śla­łem, tak też uczy­ni­łem i tak pozna­łem księ­dza Julia­na. Z Indii. W rezer­wa­cie. W pół­noc­nej Alber­cie. Mały ten świat.

Padre jakoś podej­rza­nie się na mój widok ucie­szył i zobli­go­wał do przyj­ścia na następ­ny dzień na 17. Mia­łem nie iść, bo czu­ję się “za mło­dy” na sie­dze­nie w koście­le, poza tym już się swo­je jako szcze­niak-mini­strant wysie­dzia­łem, wysta­łem, wyklę­cza­łem, wyczy­ta­łem i wyśpie­wa­łem, ale z leni­stwa jed­nak posze­dłem. Z leni­stwa, bo zde­cy­do­wa­łem, że lep­sze to niż pla­no­wa­nie lek­cji czy czy­ta­nie jakichś wypo­cin z tru­dem wyci­śnię­tych z moich uczniów. Robię to codzien­nie po szko­le, raz mogę sobie odpu­ścić. Poza tym: samot­ność, te spra­wy etc. W koście­le zawsze moż­na liczyć na jakiś cud. A nuż się jakaś nadob­na dzie­wo­ja napatoczy.
Wnę­trze kościo­ła, cho­ciaż widocz­nie zanie­dba­ne, pozy­tyw­nie zasko­czy­ło mnie swo­im eklek­ty­zmem, czy też wymie­sza­niem ele­men­tów tra­dy­cyj­nej sym­bo­li­ki indiań­skiej z chrze­ści­jań­ską. Ścia­na za taber­na­ku­lum była ozdo­bio­na kocem, samo taber­na­ku­lum było w kształ­cie małe­go tipi, co zresz­tą wyda­ło mi się bar­dzo zasad­ne, bo prze­cież z łaci­ny “taber­na­cu­lum” to tyle co “namiot”. Przy ołta­rzu chrzciel­ni­ca w kształ­cie sto­ja­ka na bęben, po dru­giej stro­nie ołta­rza faj­ka poko­ju, figu­ra świę­tej Kate­ri Teka­kwi­thy, na ścia­nie medi­ci­ne whe­el, na sto­li­ku z ofia­ra­mi wier­nych: spo­ra musz­la aba­lo­ne… No i ksią­żecz­ka do nabo­żeń­stwa z modli­twa­mi i pie­śnia­mi w języ­ku Kri opi­su­ją­ca sym­bo­li­kę bęb­na z punk­tu widze­nia India­ni­na chrze­ści­ja­ni­na. Sym­bo­li­ka oczy­wi­ście cał­ko­wi­cie zmy­ślo­na zupeł­nie nie­daw­no, ale koniec koń­ców (sym­bo­li­ka) to rzecz umow­na. Zresz­tą myśle­nie jak naj­bar­dziej dopusz­czal­ne w indiań­skiej tra­dy­cji, któ­ra uzna­je, że nie ma jed­nej, sztyw­no okre­ślo­nej zasa­dy tłu­ma­cze­nia feno­me­nów świa­ta ducho­we­go i że każ­dy musi odna­leźć swo­ją wła­sną dro­gę i sens.

Sie­dzę zatem w tym koście­le, odnaj­du­jąc swo­ją dro­gę i sens, padre Julian coś tam mru­czy przy ołta­rzu – ze wzglę­du na sil­ny akcent led­wo go rozu­miem, sam nie znam modlitw po angiel­sku, już po łaci­nie było­by mi łatwiej. Na wyczu­cie odpo­wia­dam więc po pol­sku. Cza­sa­mi nawet chy­ba tra­fiam i odpo­wia­dam co trze­ba (w koń­cu tych “i z duchem two­im” parę razy w cią­gu Mszy jest…). Całość przy­po­mi­na mi powie­dze­nie, że pro­wa­dził śle­py kula­we­go, no ale jakoś cią­gnie­my razem: Hin­dus i Polak w samym ser­cu Kana­dy. Msza się koń­czy, zbie­ram się do wyj­ścia, ale że jestem jedy­nym wier­nym, posta­na­wiam cze­kać na księ­dza i zamie­nić z nim kil­ka słów. Ten wkrót­ce wycho­dzi z zakry­stii – już po cywil­ne­mu, i zaczy­na mnie chwa­lić, że… tak ład­nie się modlę w języ­ku Kri! Nie mia­łem ser­ca powie­dzieć mu, że sze­lesz­czą­co brzmią­ce sło­wa to nie kri, a pol­ski. Posze­dłem do domu uba­wio­ny jego pomył­ką i dopie­ro gdy zasia­dłem do przy­go­to­wy­wa­nia lek­cji na następ­ny dzień, uświa­do­mi­łem sobie, że w obli­czu tego, co wła­śnie widzia­łem – nie mam pra­wa narzekać.



Owszem, moja sytu­acja jest trud­na, a pra­ca jest wyma­ga­ją­ca i czę­sto­kroć nie­wdzięcz­na, ale koniec koń­ców jest to kon­se­kwen­cją moich wybo­rów. Nie jestem drze­wem. Nie muszę sie­dzieć w miej­scu. W każ­dej chwi­li mogę zło­żyć wymó­wie­nie i wyje­chać. Zawsze się coś inne­go gdzieś znaj­dzie. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że moja pra­ca jest na tyle zaj­mu­ją­ca, że w sumie nie mam zbyt wie­le cza­su, by się zasta­na­wiać nad swo­im poło­że­niem. Ucznio­wie przy­cho­dzą codziennie.

Codzien­nie trze­ba mieć goto­we lek­cje. Codzien­nie coś się dzie­je. Cią­gle jestem w ruchu i mam świa­do­mość, że każ­de­go dnia cho­ciaż odro­bi­nę poma­gam moim uczniom roz­wi­nąć umie­jęt­no­ści, któ­re w przy­szło­ści mogą stać się pomo­stem do ich życio­we­go suk­ce­su. Bar­dzo to dla mnie budujące.

Padre Julian (i wie­lu mu podob­nych) nie ma wybo­ru. Trze­ba jechać, dokąd wyślą. I cały­mi dnia­mi sie­dzi sam tyl­ko po to, by wie­czo­rem pójść do puste­go i brud­ne­go kościo­ła i cele­bro­wać Mszę, na któ­rą nikt nie przy­cho­dzi. Na pra­wie 1400 miesz­kań­ców rezer­wa­tu, pra­wie nikt nie ma cza­su, czy też ocho­ty wybrać się do kościo­ła. Pisząc te sło­wa, nie opie­ram się tu na jed­nej jedy­nej wizy­cie w świą­ty­ni. Zaczą­łem cha­dzać do miej­sco­we­go kościo­ła dosyć regu­lar­nie. O ile w nie­dzie­lę przy­cho­dzi garst­ka osób, to w cią­gu tygo­dnia nie ma tam abso­lut­nie niko­go. Mowa tu o rezer­wa­cie, gdzie zaję­te pra­cą jest może z 10 proc. społeczności.

O rezer­wa­cie, gdzie nie ma kin, restau­ra­cji, świe­tlic osie­dlo­wych, skle­pów, par­ków, abso­lut­nie nicze­go, co mogło­by sta­no­wić źró­dło roz­ryw­ki. Para­dok­sal­nie wie­lu uczniów w naszej szko­le nosi na szy­jach różań­ce, zamiast szkol­ne­go odśpie­wy­wa­nia “O Cana­da” – nasza sekre­tar­ka odma­wia modli­twę w dwóch języ­kach, każ­de posie­dze­nie rady peda­go­gicz­nej czy też aka­de­mia szkol­na roz­po­czy­na­ne są modli­twą… I po co to wszyst­ko? Sztu­ka dla sztuki?

Roz­wa­ża­jąc to wszyst­ko, dosze­dłem do wnio­sku, że w sumie moja pozy­cja nie jest taka zła. Orka na ugo­rze jest, owszem, cięż­ka, ale sto­kroć wolę to od jesz­cze trud­niej­szej pozy­cji ojca Julia­na, paste­rza bez trzo­dy. Inny­mi sło­wy: zawsze może być gorzej.

Alek­san­der Borucki