Ludzkość od wieków wykazuje niezdrowe zainteresowanie fałszem. U samych początków cywilizacji powstawały mity, heroiczne eposy (prawdopodobnie traktowane przez twórców nie jako ciekawy zabieg literacki, lecz najprawdziwsza prawda) i wyciągnięte z – mówiąc dosadnie – znikąd zuchwałe twierdzenia na temat dziedzin życia, które w dzisiejszych czasach badane są przez naukowców, na przykład na temat powstania świata, zjawisk przyrodniczych czy istnienia istot pozaziemskich. Do dziś pierwszorzędnym bodźcem stymulującym ludzi są wszelkiego rodzaju kłamliwe plotki, fake newsy i rewelacje dyletantów, którzy acz mają najlepsze intencje, dzielą się swoimi mądrościami, wprowadzając w błąd ufających im. Oczywiście, można taki nawyk usprawiedliwić stwierdzeniem, skądinąd słusznym, że prawda jest zwyczajnie nudna. Istotnie, dlatego właśnie powstaje sztuka – fałsz, który jako fałsz się tworzy i jako fałsz się traktuje. To właśnie ten czynnik – otwarte przyznanie, że dane dzieło to tylko rezultat popuszczonych lejców wyobraźni autora – decyduje o statusie etycznym fikcji literackiej. Nie muszę chyba pisać, że kłamstwem jest sztuka, która nie jest wiernym odtworzeniem wydarzeń, a którą traktuje się tak, jakby nim była (przykładem jest paszkwil na Polskę i Polaków, Nazi matki, nazi ojcowie albo, z innej beczki, film Mela Gibsona Apocalypto, jawiący się rzetelnie dzięki wykorzystaniu prawdziwego języka Majów, a w rzeczywistości będący być może większą obrazą dla potomków Indian niż dla nas wspomniany gadzinowy serial produkcji niemieckiej).

Skoro jednak sztuka jest akceptowalną moralnie formą wyrazu, dlaczego wciąż niektórzy ludzie kłamią? I to nie tylko ze strachu bądź dla wymiernej korzyści, lecz nawet, zdaje się, dla rozrywki! Są dwa wyjaśnienia (to znaczy, może jest ich więcej, ale ja napiszę tylko o dwóch). Pierwsze, krótkie, brzmi rzecz jasna: ponieważ są idiotami i nie zdają sobie sprawy ze szkodliwych następstw nieuczciwości. Od razu zaznaczam, że ta odpowiedź, jak to przeważnie krótkie odpowiedzi, nie musi wcale być słuszna; jest to uwaga tym ważniejsza, że cały ten tekst dotyczy szkodliwości kłamstw; jego autor musi zatem szczególnie uważać, żeby samemu nie minąć się lekko z prawdą i nie zasłużyć na srogie miano „hipokryty”.

Ano właśnie, słowo „hipokryta” wydaje się dosyć srogie; sroższe nawet niż epitety takie jak „ludobójca” „gwałciciel” itp. „No, z tego Hitlera to zły człowiek był, ale przynajmniej robił to, co głosił”. „Co?! Władek powiedział, że wódka jest niezdrowa, a sam grzał siwuchę pod sklepem? Hipokryta!”. Robienie złej rzeczy to jedno. Mówienie, że zło, które się czyni, nie jest złem – to drugie. Tak zwany obłudnik ma na sumieniu tylko to pierwsze, a „robiący to, co głosi” – i pierwsze, i drugie. Zatem dwa do jednego dla, mającego tak złą sławę, hipokryty.

Ale wróćmy na moment do tej drugiej odpowiedzi. Aby zrozumieć chęć podawania za prawdę tego, co w najlepszym wypadku jest tylko wartą zweryfikowania hipotezą, a w najgorszym – zwykłym humbugiem, należy poznać termin „głodu poznawczego”. Poznawanie leży w naturze człowieka; dzięki poznawaniu rozwijamy się, jesteśmy w stanie przeżyć, zatroszczyć się o siebie, rodzinę i w ogóle bliźnich, dzięki niemu możemy zabezpieczyć się, wziąć parasol, aby wracając z pracy, nie być zaskoczonym przez deszcz, albo założyć krótkie spodenki, by nie przegrzać się w upalne popołudnie. Chęć zgłębiania tajemnic tego świata tak głęboko zamieszkała w naszych umysłach, że przestaliśmy odróżniać to, co przyczyni się do polepszenia naszego stanu psychicznego bądź fizycznego, a co nie. Teraz przeto chcemy wiedzieć wszystko – czytamy więc artykuły, w których wyjawia się arcypoczesne tajemnice państwowe dotyczące koloru nowych majtek Dody Elektordy, zapisanego na staroegipskim papirusie aktu urodzenia Małgorzaty Rozenek czy nowego gatunku tchawkowca, który zagnieździł się w dredach Kamila Bednarka. To jest właśnie głód poznawczy – niezaspokajalny i bezwzględnie sterujący człowiekiem jak marionetką. Jeśli nie mamy do dyspozycji prawdy, sięgamy po blagę; łakniemy jednak czegoś, co jako prawda jest podane, a to wykorzystują wszelkiego rodzaju mitomani, oszuści i mąciciele.

Czy istnieje odpowiedź na pytanie: dlaczego łgarstwo jest złe? Czy prawdę powinno się głosić dla samej prawdy?… Niak. Duże kłamstwa są na pewno złe ze względu na to, jak wpływają na ludzi. Prowadzą ich na manowce, pozwalają manipulować, oszukiwać, a w rezultacie okradać, gwałcić i robić inne zdrożne rzeczy. A co z tymi małymi kłamstewkami? Małe kłamstwa wywołują efekt motyla czy, mówiąc ściślej, efekt domina. Jedno małe kłamstwo na jakikolwiek, choćby nieistotny temat, to ziarnko zwątpienia, jakie rzucamy na żyzną duszę człowieka, ziarno, które prędzej czy później wykiełkuje w nieufność – wówczas to nawet prawda wypowiedziana przez takiego siewcę może wydać się oszustwem. Z każdym słowem przezeń wypowiedzianym zwiększa się zwątpienie. Szanse na odwrócenie tego fatalnego procesu są niewielkie, a nawet jeśli okłamywany i okłamujący zaczną sobie na nowo ufać, to z pewnością będą chować gdzieś na dnie serca urazę, owo ziarno zwątpienia, zdolne w każdej chwili na powrót wykiełkować.

„Kłamstwo to dług zaciągnięty wobec prawdy; prędzej czy później trzeba będzie ten dlug spłacić”, rzekł niegdyś radziecki naukowiec, Walerij Legasow.

Czy można kłamać? Można. Ale po co?

Bogusław Kołodziej