Kole­dzy, któ­rzy aku­rat przy­szli, zda­li wła­śnie egza­mi­ny na ten pro­gram i przy­szli nama­wiać mnie żebym zro­bił to samo.

-To jest przy­szłość Mar­cin — pod­nie­ca­li się ner­wo­wo — zro­bisz dok­to­rat — może nawet habi­li­ta­cję — i masz zapew­nio­ną super robo­tę — nie na jakiejś uczel­ni gdzie się będziesz uże­rał ze stu­den­ta­mi, ale w prze­my­śle — i to nie byle jakim! Maszy­no­wym! I to ostat­nie sło­wo akcen­to­wa­li syla­ba po syla­bie: Ma-szy-no-wym!!!

A tym­cza­sem — cią­gnę­li zapa­la­jąc się jesz­cze bar­dziej — nic nie musisz robić! Kom­plet­nie nic! Pijesz, śpisz do połu­dnia, zno­wu pijesz i tak dalej! Nic!

Reklama

-No a doktorat?

-Zro­bisz, zro­bisz! Pew­nie, że cza­sem trze­ba będzie przy­siąść, trze­ba się będzie wyka­zać postę­pem, ale naj­waż­niej­sze jest to, że nikt ci nie sie­dzi na gło­wie! Nikt cię nie popę­dza, że coś trze­ba na wczo­raj, na dziś, na za pięt­na­ście minut! Nie masz sze­fa, sam sobie jesteś żegla­rzem i okrę­tem! Żyć nie umierać!

-To myśli­cie — byłem pełen wąt­pli­wo­ści — że dok­to­rat da się zro­bić pijąc i śpiąc do południa?

-Pew­nie, że moż­na! Prze­cież wiesz co robisz! Chy­ba jeste­śmy doro­śli, co nie? Kie­dy moż­na to moż­na. A poza tym — kto powie­dział, że nie moż­na napi­sać dok­to­ra­tu w rok — no kto?                 Jak nic inne­go nie robisz tyl­ko to??

-No nie wiem… cią­gle jesz­cze nie byłem prze­ko­na­ny i nie mogłem zebrać myśli po histo­rii z pacz­ką. Umó­wi­łem się, że dam im znać, że muszę się zasta­no­wić i wziąć w garść po wakacjach.

Kole­dzy nie chcie­li wycho­dzić, poczę­sto­wa­li mnie jesz­cze infor­ma­cją, że parę tygo­dni wcze­śniej umarł mój uko­cha­ny Mel­chior Wań­ko­wicz, jesz­cze nama­wia­li i wresz­cie zaczę­li się zbierać.

-I pamię­taj, żebyś się za dłu­go nie zasta­na­wiał, bo egza­mi­ny są za czte­ry tygodnie.To już dru­gi nabór. W pierw­szym przy­ję­li ośmiu a teraz mają chy­ba miej­sce dla dzie­się­ciu — i eto wsio!

-Egza­mi­ny??? A co wy mi tu robi­cie jakieś wygłu­py? — zde­ner­wo­wa­łem się już nie na żar­ty — ja tam do żad­nych egza­mi­nów nie przy­stę­pu­ję — zro­zu­mia­no?! Ostat­ni zda­wa­łem dwa lata temu i to był ten „ostat­ni w życiu”!

Zno­wu zaczę­ły się nama­wia­nia, tłu­ma­cze­nia, kusze­nia aż wresz­cie mia­łem ich tak dosyć, że pra­wie wyrzu­ci­łem za drzwi z pół­obiet­ni­cą, że dobrze, może przy­stą­pię do tych testów, ale nara­zie tyl­ko „może”.

-Daj­cie mi tydzień na zasta­no­wie­nie się!

Wresz­cie wyszli i zro­bi­ła się cisza. Wysze­dłem na mój mikro­sko­pij­ny bal­kon, na któ­rym czu­łem się jak zawie­szo­ny mię­dzy nie­bem a zie­mią i popa­trzy­łem na War­sza­wę. Wła­ści­wie mia­sta nie było widać tyl­ko część uli­cy Koma­ro­wa, ogród­ki dział­ko­we, parę sta­rych, przed­wo­jen­nych wil­li a z dru­giej stro­ny Woro­ni­cza i tory tram­wa­jo­we. Ale czu­ło się obec­ność mia­sta. Czu­ło się, że gdzieś tam tęt­ni i żyje, oddy­cha i wzywa.



Kocha­na War­sza­wa! Niby nie miesz­ka­łem tu dłu­go bo rap­tem dwa­na­ście lat, ale jak się ma wszyst­kie­go dwa­dzie­ścia pięć to to jest pół życia a wła­ści­wie trzy czwar­te świa­do­me­go! Tu prze­ży­łem róż­ne wzlo­ty i upad­ki, tu zna­łem wie­le miejsc, któ­re wro­sły w moją pamięć i wszyst­ko to spo­wo­do­wa­ło, że czu­łem się war­sza­wia­kiem. Jeśli nie z uro­dze­nia to na pew­no z serca!

Patrząc na tę odle­głą, noc­ną War­sza­wę pró­bo­wa­łem dojść do rów­no­wa­gi. Cały czas trzy­ma­ło mnie jesz­cze zde­ner­wo­wa­nie zwią­za­ne z nie­szczę­sną pacz­ką, ale jed­no­cze­śnie efek­ty tre­nin­gu Pete­ra Niku­li­na cią­gle jesz­cze były we mnie nie­sły­cha­nie żywe i spra­wia­ły, że w grun­cie rze­czy do niko­go nie mia­łem pre­ten­sji. Ani do Goś­ki, ani do Jokke’go, ani nawet do sie­bie — cho­ciaż co do tego ostat­nie­go to nie byłem taki zupeł­nie pew­ny. Osta­tecz­nie zacho­wa­łem się jak jakiś głu­pol, ale w sumie wyszło na dobre, bo spraw­dzi­łem się, prze­sze­dłem suro­wy, moż­na powie­dzieć nie­bez­piecz­ny test i wysze­dłem z nie­go obron­ną ręką. Czu­łem, że go zda­łem a to było dla mnie ogrom­nie waż­ne, bo wie­dzia­łem, że dzię­ki tym dwóm dniom na pro­mie, nauczy­łem się poko­ny­wać wła­sne słabości.

Tak­że i pół­zgo­da na przy­stą­pie­nie do egza­mi­nów do tego nowe­go Pro­gra­mu bra­ła się z moje­go nowe­go widze­nia wła­snych możliwości.

Inny­mi sło­wy, wbrew temu co mówi­łem kole­gom, jakoś mnie te ocze­ki­wa­ne testy nie przerażały.

Mało tego! Mia­łem dziw­ną, głę­bo­ką pew­ność, że zdam je i dosta­nę się na jed­no z tych dzie­się­ciu miejsc, któ­re cze­ka­ły na szczę­śliw­ców. Jak się potem zorien­to­wa­łem chęt­nych było wielu.

Póki co, pra­co­wa­łem jak zwy­kle, otrzą­sa­jąc się powo­li z moich waka­cyj­nych prze­żyć i eks­cy­ta­cji. Nawał codzien­nej pra­cy w mojej fir­mie nie pozwa­lał nawet na sko­rzy­sta­nie z rzad­kich wol­nych sobót. W cią­gu całe­go 1974 roku było ich co praw­da tyl­ko sześć, ale wszy­scy wycze­ki­wa­li ich z utę­sk­nie­niem, pla­na­mi i nadzie­ją na spę­dze­nie wol­ne­go dnia „na zie­lo­nej trawce”.

Słyn­ny tele­wi­zyj­ny pre­zen­ter pogo­dy Wiche­rek pod­sy­cał ocze­ki­wa­nia euro­pe­izo­wa­niem naszych let­nich „week­en­do­wych zachowań”:

„Będzie gorą­co i par­no. Wybierz­my się gdzieś nad wodę! Koniecz­nie weź­cie soki do bagaż­ni­ków! Nie zapo­mnij­cie soków!”.

Tak jak­by­śmy wszy­scy mie­li samo­cho­dy i pili soki!

Ale w jesie­ni 1974 nawet te nie­licz­ne wol­ne sobo­ty i tak nie były moim udzia­łem. Ostat­nie dwa mie­sią­ce roku były dla mojej fir­my nie­przy­tom­ną goni­twą żeby zdą­żyć z poza­my­ka­niem kontraktów.

Jed­no­cze­śnie coraz inten­syw­niej myśla­łem o zbli­ża­ją­cych się testach wyma­ga­nych przy przyj­mo­wa­niu nowych kan­dy­da­tów na orga­ni­za­to­rów-naukow­ców. Ten nabór miał być już ostat­nim. Przyj­mo­wa­nie dal­szych kan­dy­da­tów mia­ło być wstrzy­ma­ne na jakiś czas, bo resort chciał się zorien­to­wać jak to dzia­ła, co trze­ba zmie­nić i co ulepszyć.



Zupeł­nie nie wie­dzia­łem a nawet nie chcia­łem wie­dzieć jak moja pra­ca zare­agu­je na moją ewen­tu­al­ną rezy­gna­cję i odej­ście. Mogłem się spo­dzie­wać nie­wą­skich „jaj”, bo żad­na fir­ma nie lubi być zaskakiwana.

Pra­wo serii spra­wi­ło, że w tym samym cza­sie spo­tka­łem moją daw­ną kole­żan­kę — Boże­nę, któ­ra zaraz po stu­diach wyje­cha­ła na Śląsk i pra­co­wa­ła w nowo budo­wa­nej Hucie Kato­wi­ce.                 W bar­dzo krót­kim cza­sie dosta­ła wyso­kie sta­no­wi­sko i — jak wieść nio­sła — zara­bia­ła feno­me­nal­ne pieniądze.

Spo­tka­łem ją w hal­lu hote­lu Euro­pej­skie­go gdzie byłem umó­wio­ny z klien­tem naszej firmy.

W pierw­szym momen­cie Boże­na zro­bi­ła taką minę jak­by sobie nie mogła przy­po­mnieć, ale zaraz się roześmiała:

-Mar­cin! Co tu robisz? Ależ niespodzianka!

Zna­leź­li­śmy tro­chę cza­su żeby wypić szyb­ką kawę i wymie­nić informacje.

-Mowię ci Mar­cin — przy­jeż­dżaj do nas — Boże­na aż się zachły­sty­wa­ła entu­zja­zmem — dosta­niesz super robót­kę — już moja w tym gło­wa! Czło­wie­ku — tam jest Śląsk! Tam bije ser­ce Naro­du! Czy ja ci muszę mówić co to jest za inwe­sty­cja i czym jest dla władz?!

Muszę lecieć bo mam nara­dę w Komi­sji Pla­no­wa­nia a potem spo­tka­nie w KC…

Tu masz mój tele­fon i adres, dzwoń, przy­jeż­dżaj i będzie­my gadać!

-Boże­na, Boże­na — mnie tu chcą wpa­ko­wać w dok­to­rat — sam nie wiem co robić?

-Mar­cin — czło­wie­ku — a jaki z cie­bie nauko­wiec? Do prze­my­słu!!! Do prze­my­słu! Na pierw­szą linię! Pie­nią­dze robić, Kraj budować!

I już jej nie było. Jesz­cze widzia­łem jak wsia­da­ła do woł­gi — chy­ba służ­bo­wej — bo kto kie­dy widział pry­wat­ną woł­gę — i to wszystko!

Byłem sko­ło­wa­ny i sko­tło­wa­ny i po tym spo­tkan­ku napraw­dę nie wie­dzia­łem co robić. Na razie jed­nak sta­ra­łem się zacho­wać spo­kój — przy­naj­mniej wobec klien­ta i kole­gów z pra­cy. Ale co by jed­nak nie powie­dzieć to już mnie coś zaczę­ło uwie­rać. Już mi ta moja

obec­na pra­ca nie paso­wa­ła, już wyda­wa­ła się mizer­na i bez przy­szło­ści a pie­nią­dze pra­wie dziadowskie.

To ja — myśla­łem pra­wie z obu­rze­niem — wkła­dam tu ser­ce i duszę, sie­dzę po godzi­nach, zary­wam życie oso­bi­ste (!), wbi­jam się w lata, żyły wypru­wam i co za to mam??? Dele­ga­cję do Ber­li­na, albo Sofii czy innej Pra­gi?! Co to jest — żart? I już zaczy­na­łem się goto­wać i szar­pać, że zaraz następ­ne­go dnia rzu­cę to w jasną cho­le­rę i zacznę coś nowe­go! Może dok­to­rat a może wyjazd na Śląsk a może jesz­cze coś innego…

Jasną stro­ną tego moje­go roz­chwia­nia było poczu­cie moż­li­wo­ści i muszę przy­znać, że to było coś co towa­rzy­szy­ło mi całą deka­dę lat 70-tych.

Mnie się wyda­je — cho­ciaż nie jestem cał­kiem pew­ny — że to doty­czy­ło całe­go moje­go poko­le­nia. Gospo­dar­ka cze­ka­ła na nas i mia­ła prak­tycz­nie nie­zli­czo­ną ilość ofert. Pew­nie, że wie­le z nich było nędz­nie płat­nych, ale były też i dobre a cza­sem bar­dzo dobre. Byli­śmy mło­dzi, mie­li­śmy dyplo­my i dużo entu­zja­zmu. Po wście­kłej, kostycz­nej gomuł­kow­skiej sta­gna­cji nowa deka­da jawi­ła się nad­zwy­czaj obie­cu­ją­co a nawet atrak­cyj­nie. I rze­czy­wi­ście wie­le dróg sta­ło otworem.

Byli wśród nas tacy, któ­rzy wyjeż­dża­li na kon­trak­ty i na pla­ców­ki, byli tacy, któ­rzy zacze­pia­li się w wiel­kich orga­ni­za­cjach gospo­dar­czych, w cen­tra­lach han­dlu zagra­nicz­ne­go i w mini­ster­stwach a byli też tacy, któ­rzy otwie­ra­li wła­sne zakła­dy pro­duk­cyj­ne, usłu­go­we i han­dlo­we. Wła­sne, pry­wat­ne firmy.

Ci, któ­rzy kon­cen­tro­wa­li się na tak bar­dzo pogar­dza­nych kie­dyś przez komu­ni­stów pie­nią­dzach zasła­nia­li się teraz powszech­nie obo­wią­zu­ją­cym hasłem:

„Żeby Pol­ska rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej!”.



Wraz z nową wła­dzą boga­ce­nie się stra­ci­ło wresz­cie styg­mat kapi­ta­li­zmu i stę­chłe­go impe­ria­li­zmu. Wła­dza zro­zu­mia­ła, że lepiej rzą­dzić boga­ty­mi niż dzia­da­mi! Boga­ci nie pro­te­stu­ją bo nie mają takiej potrze­by i nicze­go od wła­dzy nie żąda­ją a dzia­dy pro­te­stu­ją i żąda­ją — a tego żad­na wła­dza nie lubi!

Kon­se­kwen­cją tych zmian było powszech­ne otwie­ra­nie pry­wat­nych warsz­ta­tów pracy.

Sło­wo „pry­wa­ciarz” tra­ci­ło powo­li swo­ją pejo­ra­tyw­ną otocz­kę a sta­wa­ło się syno­ni­mem zamożności.

Wydzia­ły Prze­my­słu i Han­dlu Rad Naro­do­wych wyda­wa­ły set­ki pozwo­leń na roz­po­czę­cie pry­wat­nej dzia­łal­no­ści, for­mal­no­ści były łatwe i „dla ludzi”.

Wszyst­ko to two­rzy­ło kli­mat, w któ­rym mie­li­śmy prze­ko­na­nie, że „zło­to leży na uli­cach tyl­ko trze­ba się po nie umieć schylić!”.

Jasną jest rze­czą, że byli i mal­kon­ten­ci, ale gdzie i kie­dy ich nie ma?

Wśród tego wszyst­kie­go, tro­chę nie­ocze­ki­wa­nie, spo­tka­łem się z Ant­kiem, któ­ry ze Szwe­cji wró­cił parę tygo­dni po mnie, ale wró­cił w innym sty­lu, bo z pieniędzmi!

Spo­tka­li­śmy się, tak jak było umó­wio­ne w Zło­tym Kur­cza­ku na zaple­czach nowo­otwar­te­go hote­lu Forum. Ten hotel był tema­tem nie­ustan­nych dys­ku­sji z powo­du swo­je­go brą­zo­we­go kolo­ru. Zbu­do­wa­ła go szwedz­ka fir­ma budow­la­na Skan­ska Cement­gju­te­riet, któ­ra zaraz potem zabra­ła się za budo­wę jesz­cze lep­sze­go hote­lu a mia­no­wi­cie Vic­to­ria na Pla­cu Zwycięstwa.

Na razie Forum był war­szaw­skim oczkiem w gło­wie. Stał w samiut­kim cen­trum na skrzy­żo­wa­niu Alei Jero­zo­lim­skich i Mar­szał­kow­skiej i swo­ją wynio­słą syl­wet­ką zmie­niał obraz Śród­mie­ścia. Tuż za nim, ukry­ty w przej­ściu z Nowo­grodz­kiej do Alei scho­wał się mały bar, w któ­rym ser­wo­wa­no wszyst­ko co „kurzę­cie” a więc pie­czo­ne kur­cza­ki, kurze żołąd­ki, wątrób­ki z cebul­ką, a do tego sałat­ki, coś tam jesz­cze no i natu­ral­nie piwko.

Cho­ciaż w cza­sie nasze­go spo­tka­nia w Enon­te­kio umó­wi­li­śmy się dopie­ro na gru­dzień ale Antek dał mi znać, że chce poga­dać teraz i już i żebym przy­szedł. Tak to z tym moim Ant­kiem bywa­ło. Zawsze mu się wyda­wa­ło, że cały świat krę­ci się koło nie­go i jego Czer­nia­ko­wa! Był­bym jed­nak nie­spra­wie­dli­wy gdy­bym powie­dział, że był samo­lu­bem. Nic z tych rze­czy. Umiał słu­chać, czę­sto ze zro­zu­mie­niem i zawsze miał na wszyst­ko goto­wą radę. Bar­dzo czę­sto te rady były spe­cy­ficz­ne i ogra­ni­cza­ły się do krót­kich stwier­dzeń albo pole­ceń, ale osta­tecz­nie to był cały Antek.

Wyglą­da­ło to mniej wię­cej tak:

„Daj mu po mor­dzie i będzie spo­kój!” albo:

„Nic się nie martw, pój­dzie­my tam z chło­pa­ka­mi i damy im po mor­dzie aż będą pła­kać jak dzieci!”

albo:

„To jak? Nie możesz mu dać po mordzie?!”

To były jego rady i pocieszenia.

„Bicie po mor­dach” zosta­ło mu z daw­nych, dobrych cza­sów kie­dy to nie­któ­rzy nazy­wa­li go „kró­lem Czer­nia­ko­wa”. Inna rzecz, że może nikt go tak nigdy nie nazy­wał a jedy­nie jego ser­decz­ny kum­pel z uli­cy Krzy­siek Kurcz powie­dział kie­dyś, że tak się go powin­no nazy­wać, no ale mniej­sza z tym.

W każ­dym razie przy wszyst­kich moich roz­ter­kach nie byłem pew­ny czy dam jesz­cze radę udźwi­gnąć ant­ko­we kło­po­ty, ale posze­dłem do „Zło­te­go Kur­cza­ka” i spo­tka­li­śmy się przy pie­czo­nym kur­cza­ku, sałat­ce z pomi­do­rów i dwu­na­stu piwach. Osta­tecz­nie cze­go się nie robi w imię koleżeństwa.

Antek przy­szedł na spo­tka­nie ubra­ny jak „hra­bia Lolo” w naj­now­szych, szwedz­kich ciu­chach, pach­ną­cy jakąś zagra­nicz­ną wodą koloń­ską i w ogó­le bar­dzo „zachod­ni”, ale minę miał nie zachod­nią tyl­ko wybit­nie czer­nia­kow­ską — cał­kiem taką — jaką pamię­ta­łem z naszych bok­ser­skich tre­nin­gów gdy na spar­rin­gu dawał swo­je­mu prze­ciw­ni­ko­wi po mordzie.

Jak się — po paru piwach — oka­za­ło, pro­blem leżał w tym, że Gra­ży­na była w cią­ży. Wła­ści­wie nie w samej cią­ży tyl­ko w tym co się w związ­ku z nią wydarzyło.

Gra­ży­na to była odwiecz­na dziew­czy­na Ant­ka — wła­ści­wie żona — z któ­rą Antek znał się pra­wie od maleń­ko­ści. Nigdy nie bra­li ze sobą ślu­bu — ani w urzę­dzie sta­nu ani w koście­le, ale uwa­ża­li się za mał­żeń­stwo i w rze­czy­wi­sto­ści nim byli, bo przy­się­ga­li sobie, kocha­li się i byli dla sie­bie przy­ja­ciół­mi. Gra­ży­na nie była może ład­na, ale mia­ła w sobie to coś na co w War­sza­wie mówi się „cóś”.

Pozna­łem ją w jakiś zimo­wy wie­czór na Fok­sal pod naszym Klu­bem gdzie tre­no­wa­li­śmy. Sta­ła przy­tu­lo­na do ścia­ny, a zim­no było tak jak tyl­ko może być w War­sza­wie. Wiatr szedł od Wisły i hulał mię­dzy doma­mi wyzię­bia­jąc uli­ce i pla­ce. Gra­ży­na mia­ła na sobie kró­ciut­ki płasz­czyk i szpil­ki. Wycho­dzi­łem wła­śnie z bra­my, gdy mnie zagadnęła:

-Znasz Ant­ka Sobótkę?

-No pew­nie, razem trenujemy.

-A nie wiesz czy już wyszedł?

-Ubie­ra się, zaraz będzie. Wie­dzia­łem, że to jego dziew­czy­na. Wspo­mi­nał o niej. Mówił „moja dziewczyna”.

Gra­ży­na była twar­da, bo jej życie nie było usła­ne róża­mi. Jej ojciec — zawo­do­wy pod­ofi­cer — hoł­do­wał sta­rym, bar­ba­rzyń­skim zwy­cza­jom, na któ­re w tam­tych cza­sach było jakieś swo­iste spo­łecz­ne przy­zwo­le­nie, a jeśli już nie przy­zwo­le­nie to cicha akceptacja.