Kilimandżaro

Po trzech dniach pobytu w masajskiej wiosce Ngosiyo, pełnych wrażeń, doświadczeń i tajemnic nadszedł kolejny dzień.

Jak już wcześniej wspomniałem, doba w Tanzanii zaczyna się o 6 rano, czyli o wschodzie słońca. Ponieważ Tanzania jest blisko równika to słońce wschodzi i zachodzi około szóstej rano i wieczorem przez cały rok.

Jeszcze było ciemno kiedy usłyszałem hałas nerwowo warczących motocykli. Nie było szans, aby zjeść ryż z sosem z czerwonych ziemniaków, nie było szansy aby wypić łyk gorącej herbaty. Znowu trzeba było jechać na motocyklu po piaszczystych wybojach. Teraz już się nie bałem choć było ciemno.  Powiedziałem sobie: Raz kozie śmierć. Potem próbowałem obserwować krajobraz widziany z okna autobusu, jednak w odbiciu światła w szybie ciągle widziałem białą kózkę.

Jedziemy przez bezkresną sawannę, czasem mijamy wioski zagubione wśród zarośli, czasem przystajemy, aby rozprostować kości. Głód przechodzi, po prostu się o nim zapomina, bo nie ma innego wyjścia. Po drodze nie było żadnych barów, aby coś zjeść lub się napić.

Zbliżamy się do Kilimandżaro widoczne już z dużej odległości. Zrobiłem jedno zdjęcie i dałem aparat Joshui, aby kontynuował, ale on po prostu zapomniał zdjąć przykrywki obiektywu i zdjęć nie było. A może nie miało być, aby spełniła się przepowiednia o tej górze.

Jaka przepowiednia?

Otóż, w czasach mojej młodości mieszkałem w Świdniku. Znałem bliźniaczki, z których jedna miała zdolność przepowiadania.

Miałem sen o Kilimandżaro, tylko sam obraz bez żadnych ludzi czy akcji. Powiedziałem tej dziewczynie o tym, a ona powiedziała tak: Wcześniej czy później zobaczysz Kilimandżaro na własne oczy. Po 50-ciu latach ta przepowiednia się sprawdziła.

Dlatego Joshua nie otworzył klapki na obiektywie, bo wiele osób oglądałoby  zdjęcia, a przecież chodziło tylko o moje oczy. To bardzo ciekawe. Będąc nieco ostrożny w rozumowaniu świata, po wizycie u Masjów w Tanzanii  moja ocena naszego świata dramatycznie się zmieniła. Sceptycyzm zniknął w miejsce żądzy poznania prawdy.

Panorama Safari Camp

Droga z Ngosiya do Arusha była nieiwiele dłuższa niż z Dar es Salaam do Ngosiya, ale okolice Kilimandżaro są naszpikowane wieloma atrakcjami i warto było zobaczyć choć kilka z nich. Dlatego też trasa została rozdzielona na dwa dni, a nocleg był w jednej z tych atrakcji, jaką jest Panorama Safari Camp.

To miejsce położone jest na bardzo wysokiej skarpie ze wspaniałym widokiem na jezioro Manyara, które z okolicą tworzy National Park Lake Manyara.

Niestety dotarliśmy tam około piątej trzydzieści wieczorem i przypominam, że o tej porze już robi się ciemno jako że jest blisko równika. Pierwsze, co zrobiłem to pobiegłem na jedno z miejsc widokowych na skarpie. Zrobiłem trochę zdjęć z widokiem na jezioro Manyara. Jakże piękne byłyby zdjęcia zrobione w ciągu dnia. Niestety następnego dnia wyjeżdżaliśmy, kiedy jeszcze było ciemno. No cóż, można zobaczyć mnóstwo wspaniałych zdjęć na Internecie.

Zaraz potem było zakwaterowanie w pokojach, które były oddzielnymi budowlami w kształcie igloo na dwie osoby, których wyposażenie to łóżko i małe nocne stoliki z lampkami.

Rzuciłem moje rzeczy na łóżko i pomyślałem o tym, co mówili, że jest dostępna ubikacja i umywalka z ciepłą wodą. Prysznic też. Ubrany w ręcznik i wodne buty zmierzałem do tych wspaniałości, których nie było mi doświadczyć od czasu pobytu w Vanilla House. Okazało się, że jest to około 200 metrów i wycieczka tam jest nie lada wyczynem kiedy bardzo ci się chce do ubikacji. Kiedy już włączyłem wodę w natrysku okazało się, że leci tylko zimna woda. Wkurzony okrutnie, ciągle ubrany w ręcznik i wodne buty bojowo szedłem do recepcji. Na miejscu było ciężko porozmawiać z kimkolwiek, toteż spędziłem ponad godzinę, aby coś załatwić. Najczęściej słyszałem odpowiedzi: to nie ja, to on, a on mówił: to ona.

Przecież pokoje były już dawno zamówione i wiedzieli, że trzeba wszystko przygotować. W okolicy recepcji odkryłem bar z zimnym piwem. Dwa najbardziej popularne piwa to Kilimandżaro i Safari. To drugie było lepsze. Zamówiłem Safari jednak uświadomiłem sobie, że w moim ręcznikowo-butowym ubraniu nie ma miejsca na pieniądze, barman dał mi piwo i powiedział: Teraz pragnienie jest ważne, nie pieniądze. Zapłacisz jak będziesz wyjeżdżał. Jednak w rozliczeniu przy wyjeździe nie widziałem rachunku za piwo. Ponieważ jestem uczciwy, poszedłem do tego baru i powiedziałem o tym. I wiecie co ten barman zrobił? Otworzył Safari i powiedział: This is on me. Have a good trip.

Czy miałem się z nim targować? Nie. Pozostało mi docenić jego postawę.

To był kolejny człowiek, który okazał się przyjacielem w Tanzanii. Dałem mu upominek z Kanady: oryginalny dream catcher podarowany mi przez Indian z rezerwatu Six Nations. Piwo Safari i Kilimandżaro widziałem potem w Kanadzie kilka razy dzięki mojej rozmowie z manadżerem LCBO. Niestety, już ich teraz nie widać. Nie było popytu. Szkoda, bo to bardzo dobre piwa.

Arusha

Wreszcie po ciemku wjeżdżamy do miasta. Podjeżdżamy do niebieskiej bramy wśród starych ruder i slumsów. Wjeżdżamy do środka, a tam zaskoczenie, piękny dom, w którym mamy mieszkać do końca pobytu w Tanzanii. Wychodzi piękna, smukła i wysoka blondynka i nas wita. To właścicielka tego domu Juliette, Niemka z pochodzenia. Natychmiast każe nam zdejmować buty. W środku jest bardzo czysto bo ona dba o czystość i porządek, jak typowa Niemka. W moim pokoju nie widzę AC, ale ona powiedziała, że nie będę tego potrzebował. Rzeczywiście, mocno okrywałem się kołdrą, aby nie zmarznąć. Blisko równika, ale ponad kilometr nad poziomem morza. Zupełnie, jak w masajskiej wiosce. Natychmiast dostaliśmy wspaniałą kolację. Podziwiałem Joshuę, króry zjadł olbrzymią stertę ryżu.

Z tego domu mieliśmy codzienne, całodniowe wycieczki po okolicznych atrakcjach. Tym razem mieliśmy bardzo dobrze zaplanowane posiłki. Śniadanie jedliśmy w domu, głównie naleśniki i jajecznica, która trzymała nas sytych przez wiele godzin. Gdzieś po drodze dostawaliśmy lunch w torbach i jedliśmy w specjalnie przygotowanych miejscach ze stołami i ubikacjami. Na jednym z takich miejsc podziwialiśmy baraszkujące w wodzie hipopotamy.  Kolację jedliśmy znowu w domu. Kucharka przygotowywała wspaniałe posiłki. Joshua, jak zwykle, obskakiwał wielką furę ryżu…