Na razie nie wiedział co by to miało być, ale nie wątpił, że wcześniej czy później się dowie. Najgorsze było  czekanie na to „uderzenie”.

Stare, sprawdzone metody wszystkich policji i milicji świata. Uśpić czujność, nawet z lekka pogłaskać, a potem znienacka, wtedy gdy przesłuchiwany najmniej się tego spodziewa – wyrżnąć w pysk! Parę zawoalowanych pytań, mała przerwa i buch!

Ale „cios” nie następował. Szara teczka na biurku cały czas leżała  otwarta, z tym tylko, że podpisany przez Witka dokument leżał trochę z boku. W teczce zauważył także parę jego raportów – tych właśnie, które dostawał od Sobola, a które potem składał w kadrach „Kameralnej”.

– Wszystko mają – przemknęło mu przez myśl. Tyle lat i niczego nie wyrzucili! Stalin umarł, przyszła odwilż, Październik, Gomułka, a ci wszystko trzymają!

I nagle ogarnęła go rozpacz, bo uświadomił sobie, że żeby nie wiedzieć co zrobi, to i tak siedzi w uliczce bez wyjścia, z której nie ma ucieczki.

Pani major musiała coś zauważyć, bo uśmiechnęła się jeszcze bardziej uroczo niż na wstępie rozmowy i powiedziała:

– Ależ panie Witku, niech pan sobie tego tak do serca nie bierze! Wszystko to dawne czasy. My panu ufamy. Jedzie pan teraz za granicę! Proszę bardzo paszporcik. Ja też tam będę to sobie jeszcze zdążymy porozmawiać…

Z gmachu Ministerstwa wyszedł na miękkich nogach. Piękne styczniowe słońce sprawiało, że cały świat wyglądał jak bajkowy pałac królewny Śnieżki.

-O co w tym wszystkim chodziło? – łomotało mu w głowie – o co?

I nagle przyszło olśnienie.

Cała ta wizyta i pytania miały na celu tylko jedno – a mianowicie, pokazanie mu – jakby „przypadkowo” – tego starego, przeklętego dokumentu! Pokazanie mu, że cały czas trzymają go w garści! Że należy do nich, jest ich własnością i mogą z nim zrobić co będą chcieli!

Uświadomienie tego, sprawiło, że poczuł nieznany wcześniej ucisk w piersiach i jakby brak tchu.

– Cholerne diabły – myślał bezładnie – cholerne diabły! Nigdy nie zapominają!

Zaraz potem pomyślał, że ostatecznie co mu mogą zrobić, bo co taki głupi kawałek papieru może w ogóle znaczyć, ale w tym samym momencie odpowiedział sobie, że mogą mu wszystko zrobić, ze zniszczeniem  jego rodziny włącznie!

Strach jest straszną rzeczą. Naturalnie nie jakiś zwykły strach przed psem czy wymyślonym duchem, ale prawdziwy strach, który zniewala wolę, druzgocze charakter i paraliżuje wszystkie siły i zdolność reakcji.

Witek pamiętał taki strach z czasów pobytów na Pawiaku, na  Ratuszowej i Rakowieckiej. Pamiętał jego duszącą łapę, która dusi i zniewala. Pamiętał lękliwą ciszę, gdy w środku dnia, wobec całej sali aresztowano go w „Dziedzilli”. Nikt nie pisnął ani słowa. Nikt nie zapytał, nie protestował.

Pamiętał, że kiedyś, przez parę miesięcy 1940-go, sam był siewcą takiego strachu. To było wtedy gdy przychodził do kogoś, kogo w parę chwil później miał zlikwidować. Czuł, że ci, którzy go wtedy widzieli, ogarnięci byli takim strachem…

– Boże – myślał – jak ja mogłem? Jak ja mogłem?

Ten strzęp wspomnień przyszedł nagle, ale Witek czuł, że to jego obecne uczucie, może być zapłatą za tamte dni i czyny.

Doszedł do swojego motoru, zapalił i pojechał do pracy. Lodowate powietrze otrzeźwiło go i do Grand Hotelu dojechał już uspokojony.

-Co będzie to będzie – myślał. Na razie nic nie mogę zrobić, ale kto wie, może uda mi się jakoś, cudem, wyciągnąć ten wściekły kawałek papieru… Może uda się całą teczkę?!

I zaraz – ja to on – otrząsnął się i postanowił czekać na rozwój wypadków.  A wypadki były takie, że wraz z kilkoma innymi pojechał rządowym autobusem do Wiskuli, gdzie w Białowieskiej Puszczy stał piękny pałacyk, w którym mieli się spotkać „wielcy” bratnich krajów.

Po trzech dniach rozmów, polowań i przyjęć, przyszedł czas wyjazdu. Wszyscy byli weseli, odprężeni i swobodniejsi niż na początku. Chruszczow rechotał wesoło z marszałkiem Tito, Gomułka pozbył się nieco swojej sztywności i nawet trochę żartował.

Był taki zwyczaj, że po przyjęciach, obsługujący personel dostawał tak zwane paczki. Taką dodatkową mini premię. Jak podkreślano – „dla rodzin”.

Paczki rozdawała zwykle szefowa personelu, pani major Irena Kowal. Naturalnie bez munduru, w dobrze skrojonym kostiumie i dość krótkiej spódnicy. Ostatecznie nie musiała niczego ukrywać. Była – jak to się mówi – zgrabną, zadbaną kobietą, której uroda nie przechodziła niezauważenie.

Nawet marszałek Tito zwrócił na nią uwagę i w czasie pożegnania dość nieoczekiwanie objął i pocałował w oba policzki.

Pani major rozdawała paczki w służbowym pokoju. To były treściwe, atrakcyjne paczki, które w czasie polskich przyjęć zawierały dwie butelki wódki, gruziński koniak, karton „belwederów”, albo „rarytasów”, parę puszek sardynek, pomarańcze, tabliczki czekolady i inne wiktuały.

W Wiskule było jeszcze lepiej, bo oprócz nieśmiertelnego gruzińskiego koniaku i kilku paczek „kaziaków”, były jeszcze olbrzymie „konfiety”, a przede wszystkim duża puszka gruboziarnistego, astrachańskiego kawioru.

Taką półkilową puszkę można było sprzedać na bazarze za duże pieniądze i ci z kelnerów i pracowników kuchni, którzy uczestniczyli już w radzieckich przyjęciach bardzo sobie ten dodatek chwalili.

-Nie ma jak u Ruskich – mówił starszy kelner pan Janek – u nich zawsze wszystko  jest „samyje łuczszije w mirie”! A już kawiorek to na pewno!

Praktyka była taka, że każdy odbierał swoją paczkę osobno. Wchodziło się do pokoju, w którym siedziała pani major i dostawało paczkę z podziękowaniem i uściśnięciem dłoni.

Przyszła też kolej na Witka.

•••

W czasie szalonego romansu z urodziwą panią major, Witek wspiął się na same szczyty swoich możliwości i pomysłowości.

Wszystko to miało służyć tylko jednemu celowi, a mianowicie wydobyciu i zniszczeniu  kompromitującej go bibułkowej kartki papieru, na której widniał jego podpis zrobiony kiedyś kopiowym ołówkiem.

Ten romans – jeszcze niecałkiem wyraźnie określony – zaczął się właśnie w białoruskiej Wiskuli, gdy już po wyjeździe Chruszczowa, marszałka Tity i Gomułki, major Kowalowa rozdawała swojemu personelowi paczki.

To właśnie wtedy, gdy Witek wszedł do pokoju i przez chwilę siedzieli na przeciwko siebie, a pani major dziękowała mu za dobrze wykonaną pracę, oboje poczuli, że nagle coś kliknęło.

Naturalnie pierwsza dała o tym znać pani major, bo Witek miał jeszcze na tyle rozumu w głowie, żeby  samemu nie zaczynać.

-Dziękuję panu, panie Witku w imieniu Służb! Proszę – ładna paczuszka z dobrymi rzeczami… A tutaj – ciągnęła – dodatkowo ode mnie, mały prezencik. Żeby nam się dobrze pracowało.

I wyciągnęła z szafy butelkę Pliski.

Wtedy też, gdy wręczała mu ten „personalny” upominek, podeszła bliżej i nagle pocałowała go w same usta. I to nie było muśnięcie warg, ale długi, solidny pocałunek, w czasie którego, nieprzygotowany na to Witek, prawie stracił oddech.

W tym momencie wszystko już zostało powiedziane i na ciąg dalszy nie trzeba było długo czekać. Kiedy  autokar z personelem odjechał, Witek został i dopiero następnego dnia wyjechali z panią major jej służbowym samchodem.

Ta powrotna droga z Wiskuli, miała parę przystanków, bo nienasycona kobieta zatrzymywała się co jakiś czas, w wyniku czego do Warszawy dobili dopiero późną nocą.

Od samego początku czuł aż nadto wyraźnie, że nie jest żadnym jedynym-wybranym, tylko po prostu którymś kolejnym. Nie miał co do tego absolutnie żadnych złudzeń!  Od pierwszego wieczoru widział, że ma do czynienia z bardzo doświadczoną kobietą, która bawi się nim jak zabawką.

Byli w tym samym wieku, ale jej erotyczny apetyt nieskończenie  przewyższał apetyt Witka, który z związku z tym, musiał wytężać wszystkie siły, aby sprostać wyzwaniu.

W sprawach seksualnych major Irena była kobietą przez duże „K” i w pierwszych dniach Witek wpadł w kompletną euforię. Nie mógł się nadziwić, że takie kobiety istnieją. Do tej pory miał bowiem do czynienia z takimi, których seksualne wymagania były dość skromne, żeby nie powiedzieć oszczędne.

Z tą natomiast sprawy miały się tak inaczej, jak tylko inaczej mogły się mieć! To był wulkan wulkanów, huragan huraganów i dodatkowo trzęsienie ziemi!

I trzeba powiedzieć, że ledwo nadążał!

W ciągu następnych dni wiele razy dziękował losowi, że nie musi z taką kobietą spędzać całego życia!

To by dopiero było – myślał z wysiłkiem – ani jednego dnia spokojnego! Wykończyłaby mnie w przeciągu roku.

Od samego, samusieńkiego początku, myślał o tym, że w ten sposób może wyciągnąć z ministerialnego archiwum swoją teczkę, a z niej przeklęty bibułkowy papier z jego podpisem. To mogła być długa droga, ale mogła nie być. Nie miał żadnego planu. Po prostu czekał chwili.

Jakby na to nie patrzeć, Irena była fascynującą kobietą. Jasne, że wyzutą z jakiejkolwiek moralności, ale też Witek wcale tego od niej nie oczekiwał. To co przeżywali nie miało nic wspólnego z miłością, czy nawet jej cieniem. Po prostu oboje realizowali swoje cele. Irena bawiła się chwilowym kochankiem, który pod każdym względem był od niej zależny, a Witek dążył do wydobycia przeklętego dokumentu i tłumaczył sobie, że to co robi, uświęca końcowy rezultat.

Romans z Ireną był dla niego środkiem dla osiągnięcia celu. To, że ten środek był fantastycznie rozkoszny, to już była inna rzecz…

Zdrada wobec Elzy? W żadnym razie! Chciał wydobyć i zniszczyć kompromitujący papier. To wszystko. I robił to dla bezpieczeństwa swojej rodziny.

Tak to sobie tłumaczył i wyjaśniał, ale wiadomo, że ktoś kto zdradza, zawsze znajdzie sobie wymówkę, dlaczego to robi.

W każdym razie czuł się rozgrzeszony i pod tym względem spokojny. Cały czas liczył na sposobną chwilę.

Ale życie to nie szpiegowski film, gdzie super agenci znajdują wszystko co chcą i piękne dziewczyny tylko pałają chęcią pomocy.

Romans z Ireną na pewno takim filmem nie był.

Czekał na sposobną chwilę i w którymś momencie uznał, że nadeszła.

Akurat odpoczywali w łóżku.

-Irenka, nie mogłabyś mi pokazać tej mojej teczki, co ją macie? Poczytałbym z ciekawością. Przypomniałbym sobie dawne lata… powiedział jakby od niechcenia.

I już wtedy, w chwili wypowiadania tych słów wiedział, że zrobił głupio, głupio zapytał, i że już się z tego nie jest w stanie wycofać…

A Irena popatrzyła na niego z mieszaniną złości, znudzenia i zniecierpliwienia i powiedziała:

– Nie gadaj mi tu o pracy, dobrze?! Na cholerę ci teczka? Boisz się czegoś?

-Co ty Irciu, jakie boisz? Ciekawy jestem, to wszystko!

To też było głupie i nastała niezręczna cisza. Irena wstała z łóżka. Zupełnie naga podeszła do stolika, nalała sobie pełny kieliszek koniaku i trzymając go w ręce, powtórzyła trochę weselej:

-To ty tego chciałeś? Źle trafiłeś, chłopczyku! Ja w łóżku o pracy nie mówię, bo dość jej mam w ciągu dnia. Czego ty się boisz? Teczki? A co ci teczka zrobi? Czy ty myślisz, że bez teczki to nie możemy cię usadzić?

Witek milczał. Na tak otwarte, prawie bezwstydne postawienie sprawy, nie był przygotowany.

-Boże, co za diablica – myślał – w jednej chwili całuje mnie i pieści, a w drugiej straszy kryminałem!

Poczuł się tak jakby miał zwymiotować. Milczał. Irena spokojnie wypiła koniak i ciągle jeszcze zupełnie naga, patrzyła na niego wyzywająco i z pewnością drapieżnika, który wie, że ofiara mu się nie wyślizgnie.

-Zresztą  ja żadnej teczki nie mam. Wszystko trzyma Pieńko – to jego departament… dodała z uśmiechem.

Witek nadstawił uszu. Pieńko, Pieńko – myślał gorączkowo – coś znajomego… Nagle olśniło go! Przecież tak się nazywał Tadzio, jego dawny, okupacyjny Tadzio, który wtedy w 1940-tym zniknął, a potem – już po wojnie – pojawił się nagle w mundurze, w składzie sędziowskim w więzieniu na Ratuszowej!

Ale tego, czy go wtedy rzeczywiście widział, nie był już taki pewny, bo widok nagiej, zgrabnej pani major z kieliszkiem koniaku w ręce, rozpraszał go do reszty.

Bogdan Łazuka śpiewał kiedyś piosenkę, która wypisz wymaluj pasowała do Witka, pięknej pani major i ich zwariowanego romansu.

„Teraz życie ma swój czar:

kino, dancing, coctail bar,

szary dzień zamienił się w niedzielę.

W każdy wieczór Hotel Grand,

panie kelner: chateaubriand,

łosoś, melba, dwa martele.

Przeniknęłaś mnie do dna.

– Panie kelner, jeszcze dwa

– twoje zdrowie, moja ukochana!”

Oboje z Irenką wiedzieli, że to nie potrwa długo, ale póki co szaleli. Informacja o tym, że Tadzio pracuje w MSW, była dla Witka nieoczekiwana i bezcenna. Gdyby mu Irenka tego nie powiedziała, to najpewniej nigdy by się o tym nie dowiedział. Ostatecznie ci, którzy tam pracowali bardzo rzadko o tym mówili.

-Choćby tylko dlatego – tłumaczył się przed sobą – to całe wariactwo  miało swój sens.

Przynajmniej wiem teraz gdzie szukać.

Postanowił, że będzie się próbował z Tadziem spotkać i to nawet nie dla tego nieszczęsnego dokumentu, co dla pogadania i dowiedzenia się co się z nim działo po 1940 roku.