Kiedy byłem dzieckiem mama uczyła nas modlitw i opowiadała o Bogu, który jest naszym Tatą, że mieszka w Niebie i stworzył ten piękny świat dla nas. Mało z tego rozumiałem, ale skoro mama tak mówi to musi to być prawdą. Mówiła też o Synu Bożym Jezusie Chrystusie. To wszystko bardzo mnie ciekawiło, chciałem poznać Jezusa, zobaczyć Go. Mama powiedziała, że w niedzielę w Kościele mi Go pokaże. Ależ byłem szczęśliwy, że poznam Tego, do, którego mama uczy nas modlitw.

Doczekałem się niedzieli, szliśmy do Kościoła i kiedy byliśmy w środku mama powiedziała – synku widzisz tę czerwoną lampkę, która wisi nad Ołtarzem? W środku pali się mały płomyk, to Wieczne Światło, znak od Pana Jezusa, że jest tu obecny. Zamknij oczy, a On cię przytuli…

Zamknąłem i poczułem jak mnie obejmuje, to była mama, która dodała – On jest w sercu każdego człowieka bez względu na to czy w Niego wierzy, po prostu jest i kocha.

Oczywiście wówczas mogło to wyglądać nieco inaczej, bo nie pamiętam szczegółów, ale obraz, kontekst tego był właśnie taki. Za to pamiętam doskonale jak później zawsze patrzyłem za każdym razem czy to Wieczne Światełko się pali w środku i byłem szczęśliwy, że Pan jest z nami

Mijały lata, a ja bardziej rozkochiwałem się w otaczającym mnie świecie, a o Bogu zapominałem coraz bardziej. Nawet wieczorne modlitwy z rodziną mnie męczyły, bo za długo trwały. Ważniejsza była weekendowa próżność, dyskoteki, alkohol itd.…

Po wypadku to Jego obwiniałem, za całą tragedię, nie źle prawda? Przypomniałem sobie o Nim, gdy upadłem. Z czasem zrozumiałem, że życie bez Boga jest puste, bez sensu i pozbawione nadziei.

Po śmierci rodziców nie zostawił mnie samego, mam bliskich brata i siostry z rodzinami, mam przyjaciół i wiele życzliwych ludzi wokół siebie, ale przede wszystkim mam Jego, Boga. Wróciła też ta dziecięca radość z przed lat, a ilekroć zamknę oczy widzę to Wieczne Światełko w moim kościółku i mówię –Jak dobrze, że jesteś Tato! Ale z tym Kościołem później to bywało różnie. Nie widziałem potrzeby, aby tam chodzić, bo Ty Boże Jesteś przecież wszędzie, mówiłem sobie…

Pewnego razu przypomniały mi się słowa Jezusa z Ewangelii, kiedy wjechał na osiołku do Jerozolimy. Wszedł do Świątyni i zobaczył w środku jarmark. Wpadł w gniew, uplótł sobie rzemień i wypędził wszystkich ze środka mówiąc – Nie róbcie z Domu mojego Ojca targowiska!

Boże mój, a ja traktowałem Kościół jak biuro rachunkowe Księży! Byłem „ślepy” Chrystus otworzył mi oczy. Kościół to Boży Dom, tam spotykam Boga żywego jak napisała Św. Faustyna – Utajonego w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.

Wiem, że nie jestem idealny, mam słabości i pokusy, diablisko przedziera się przez mikro pęknięcia człowieka, kruszy, podjudza do grzechu i wciska swoje podszepty, że to nic złego. To przebiegła małpa jest. Wyciska człowieka i zostawia z wyrzutami. Ale mamy Jezusa, On palcem Bożym wyrzuca złe duchy! Takiego mamy Mocarza za Ojca 🙂 Pokochałem Go w dzieciństwie i kocham Go dziś, tyle, że w ostatnich dniach cos zrozumiałem w kwestii tej miłości. Odkąd nie mam możliwości wyspowiadania się (zamknięty ośrodek, co zrozumiałe w obecnej sytuacji) i przyjęcia Pana Jezusa czuję w sercu tęsknotę za Nim.

Jezu zrozumiałem jak źle Cię traktowałem i niegodnie przyjmowałem Twoje Żywe Ciało w pospiechu byle jak… Przepraszam i proszę wróć, wróć i umocnij mnie i wszystkich, którzy na Ciebie czekają.

Wiem, że zawsze jesteś przy nas zawsze, ale tęsknie, za Tobą w Sakramencie…


Mariusz Rokicki