Wydawałoby się, że w obliczu pandemii nic ważniejszego być nie może – ale to nieprawda. Zresztą, mówiąc nawiasem, jak długo pandemia może przykuwać uwagę opinii publicznej?

Przewidział to już dawno Wojciech Młynarski, śpiewając w jednej ze swoich piosenek, jak to wszyscy wzdychają, by mogli robić to, “na co naprawdę zasługują”. Wyjątkiem nie był nawet sam Pan Bóg, który “.rząd długi grzechów mych sumując”, westchnął zrezygnowany: “żebym ja kiedyś mógł robić to, na co naprawdę zasługuję – a tutaj tylko – Eeeech!”

Toteż nawet niezależne media głównego nurtu, informujące o postępach pandemii w sposób podobny do teleturnieju z nagrodami, najwyraźniej musiały dojść do wniosku, że przydałaby się jakaś odmiana. I w tym momencie w sukurs niezależnym mediom pośpieszyła polityka. Jak zauważył kiedyś Aleksander Sołżenicyn – “z władzą radziecką nie będziesz się nudził” – i słusznie, ale dlaczego tylko z “radziecką”? Inne władze też nie od macochy, zwłaszcza kiedy się uprą, żeby “bronić demokracji”. Ale incipiam.

 

Zanim jeszcze objawił się w straszliwej postaci zbrodniczy koronawirus, który dlaczegoś specjalnie uwziął się na schorowanych starców, jakby obstalowały to u niego  ubezpieczalnie społeczne, pani marszałek Sejmu Elżbieta Witek ogłosiła termin wyborów prezydenckich na 10 maja.

Wydawało się tedy, że wszystko zmierza do szczęśliwego finału, to znaczy – do wyborów, w których pan prezydent Andrzej Duda pokaże ruski miesiąc konkurentom wystawionym przez formacje parlamentarne, nie mówiąc już nawet o kandydatach “egzotycznych” – ale pojawił się zbrodniczy koronawirus, wraz z którym pojawiły się wątpliwości, czy skoro nawet na nabożeństwo nie może przychodzić więcej, jak 5 osób, to 10 maja tłumy powinny iść na głosowanie? Pani marszałek przekonywała, że epidemia – epidemią, ale porządek musi być tym bardziej,  że przeprowadzenie wyborów w terminie innym, niż już zapowiedziany, byłoby “deliktem konstytucyjnym”, czyli złamaniem prawa – a wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż złamane prawo. Wiedzieli o tym Rzymianie i nawet na tę okoliczność stworzyli pełną mądrości sentencję: pereat mundus, fiat iustitia, co się wykłada, że niech zginie świat, byle sprawiedliwości stało się zadość.

Z drugiej jednak strony wiadomo też, że summum ius summa iniuria, co się z kolei wykłada, że najwyższe prawo, to najwyższa niesprawiedliwość. Toteż przy okazji głosowania nad sławną “tarczą antykryzysową”, klub parlamentarny Zjednoczonej Prawicy o drugiej w nocy dodał do niej zapis uprawniający schorowanych starców do głosowania korespondencyjnego.

Senat w ramach poprawek zapis ten skreślił, ale większość sejmowa go przywróciła i pan prezydent Duda ustawę tę podpisał. Jednak wobec mnożących się doniesień o postępach zbrodniczego koronawirusa prezes Kaczyński przedstawił kolejną nowelę do kodeksu wyborczego – żeby przywilej głosowania korespondencyjnego rozciągnąć na wszystkich wyborców. Na takie dictum zawrzała gniewem nie tylko nieprzejednana opozycja, ale wątpliwości zaczął objawiać też wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin, będący jednocześnie liderem koalicyjnego ugrupowania Porozumienie, liczącego 18 posłów.

Wysunął tedy propozycję, by przedłużyć kadencję pana prezydenta Dudy o 2 lata, ale jednocześnie pozbawić go prawa ubiegania się o powtórny wybór, zaś same wybory też odłożyć o 2 lata, kiedy już – esperons – wyjaśni się, co ze zbrodniczym koronawirusem.  Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji, o czym nieprzejednana opozycja nie chciała nawet słyszeć, a koalicja rządowa nie dysponuje w Sejmie wystarczającą większością. Ale wątpliwości i pomysły wicepremiera Gowina musiały zirytować prezesa Kaczyńskiego, bo pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby podobno postawił mu ultimatum: albo poprze nowelę, albo wylatuje z rządu.

Intensywne rozmowy “jak Polak z Polakiem” trwały prawie 2 dni, aż wreszcie gruchnęła wieść, że  wicepremier Gowin podaje się do dymisji. Wywołało to falę spekulacji na temat przyszłości rządu Mateusza Morawieckiego, bo jeśli Zjednoczona Prawica straci 18 posłów, to zachwieje to fundamentami władzy. Przypominano sytuację z 2007 roku, kiedy to wciągnięty w “aferę gruntową” Andrzej Lepper z Samoobroną opuścił koalicję podtrzymującą rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego, który w tej sytuacji zgłosił dymisję rządu, a po przedterminowych wyborach władzę na 8 lat przejął obóz zdrady i zaprzaństwa.

Skoro jednak w związku z epidemią zbrodniczego koronawirusa rządy na całym świecie postawiły na instynkt samozachowawczy i przejęły dyktatorską władzę  na całym świecie, to i prezes Kaczyński też się do tego odwołał, Jak się okazało – skutecznie. Wprawdzie w pierwszym głosowaniu nad nowelą 228 posłów głosowało “za”, ale 228 głosowało “przeciw”, ale wieczorem odbyło się drugie głosowanie nad  jeszcze raz poprawionym projektem noweli i ten został uchwalony 230 głosami przeciw 227. Poprawka polegała na wyposażeniu marszałka Sejmu w prawo przełożenia wyborów prezydenckich na 17 maja.

Rzecz w tym, że rząd nie dysponuje większością w Senacie, który ma 30 dni na wniesienie poprawek. Jeśli wykorzysta ten termin, to pojawia się ryzyko, że ustawa trafi do Sejmu 6 maja, czyli na 4 dni przed wyborami, a wtedy może zabraknąć czasu na ich przygotowanie, Stąd na wszelki wypadek nowela dała pani marszałek dodatkową możliwość wyznaczenia innej daty.

Okazało się też, że postawienie przez Naczelnika Państwa na instynkt samozachowawczy posłów Porozumienia było słuszne, bo większość nie chciała ryzykować przyspieszonych wyborów i stanęła na nieubłaganym gruncie współpracy z rządem. Taką deklarację złożył nawet Jarosław Gowin, który na stanowisko wicepremiera rekomendował panią Jadwigę Emilewicz. Sytuacja z roku 2007 się nie powtórzyła być może z powodu instynktu samozachowawczego, a być może  stąd, że – w odróżnieniu od posłów Samoobrony  i Ligi Polskich Rodzin, którzy dostali się do Sejmu samodzielnie – posłowie Porozumienia kandydowali z list Prawa i Sprawiedliwości, więc nie byli pewni, czy w przeciwnym razie w ogóle by się do Sejmu dostali. Tak czy owak – czy instynkt, czy lojalność – dość, że przesilenie rządowe zostało oddalone, ale cośmy się napatrzyli, tośmy się napatrzyli.

Bo wiele radości dostarczyła konferencja prasowa z udziałem posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i posła Budki, jednego z liderów obozu zdrady i zaprzaństwa. Jako kandydatka na prezydenta, posągowa pani Małgorzata miała wygłosić oświadczenia – ale najwyraźniej nie była pewna, co właściwie ma powiedzieć, toteż tylko głośno powtarzała to, co poseł Budka jej scenicznym szeptem podpowiadał. Ale dzięki mikrofonom nie tylko ona to słyszała, ale i dziennikarze obecni na konferencji, a za ich pośrednictwem – cały nieszczęśliwy kraj. Ciekawe, że tak samo wyglądała konferencja prasowa generała Lucjana Żeligowskiego po proklamowaniu tzw. Litwy Środkowej. Za generałem stał kapitan Aleksander Prystor i kiedy padło jakieś pytanie, generał spoglądał na kapitana Prystora, a ten prężył się i odpowiadał: “pan generał uważa, że…” – i tak dalej. Widać wyraźnie, że kontynuacja jest większa, niż nam się wydaje, ale jakże ma być inaczej, skoro z jednej strony mamy Naczelnika Państwa, a z drugiej – posła Budkę, któremu pewnie podpowiada ktoś starszy i mądrzejszy.

               Stanisław Michalkiewicz