W restau­ra­cyj­nym świe­cie panu­je opi­nia, że pod wie­lo­ma wzglę­da­mi, pra­ca bar­ma­na stoi wyżej niż pra­ca kel­ne­ra. Napiw­ki są lep­sze, nie trze­ba nosić tale­rzy, czło­wiek się nie nacho­dzi i ma się wię­cej samo­dziel­no­ści i swobody.

Pra­ca za barem w Klu­bie była jesz­cze słod­sza, bo napiw­ki były pra­wie zawsze w dola­rach, fun­tach czy mar­kach, a bar był zupeł­nie nie­za­leż­ny i odse­pa­ro­wa­ny od restau­ra­cji. Miał nawet osob­ny maga­zy­nek na alko­ho­le. Tym spo­so­bem Witek był w swo­jej pra­cy nie­mal zupeł­nie samo­dziel­ny. Jego następ­ca na sta­no­wi­sku zarząd­cy Klu­bu i jego obec­ny szef — Anglik Ira Mur­chi­son — nie wtrą­cał się do tego Wit­ko­we­go kró­le­stwa i ogra­ni­czał do przyj­mo­wa­nia pod koniec dnia kasy.

Moż­na by powie­dzieć, że taki stan rze­czy powi­nien być dla zawa­ło­we­go rekon­wa­le­scen­ta ide­al­ny, ale nie­ste­ty nie był! Witek radził sobie dość dobrze, szyb­ko łapał angiel­skie słów­ka, uczył się rozu­mieć zamó­wie­nia i już po paru tygo­dniach cie­szył się sym­pa­tią gości. Zda­rzy­ło się nawet, że raz poży­czył z orkie­stry skrzyp­ce i  sto­jąc za barem zagrał swo­im klien­tom zna­ną pio­sen­kę „Mack the Kni­fe”, czym wzbu­dził może nie tyle entu­zjazm co powszech­ną radość i wie­le, napraw­dę dobrych napiw­ków, ale to wszyst­ko było na zewnątrz.

Poka­zy­wał uśmiech­nię­tą twarz, nawet żar­to­wał, ale wewnątrz cały czas tkwił w dziw­nym odrę­twie­niu, któ­re wysy­sa­ło z nie­go siły i zabie­ra­ło radość życia.

Wście­kła depre­sja cały czas poka­zy­wa­ła swo­je zęby i odzy­wa­ła się wewnętrz­ny­mi gło­sa­mi, któ­re mówiły:

-Po co to wszyst­ko? Po co się wysi­lasz, szar­piesz, uda­jesz, męczysz?

-Prze­cież to wszyst­ko nie ma żad­ne­go sen­su. Całe two­je życie jest klę­ską, któ­rej nikt i nic nie jest już w sta­nie napra­wić. Szko­da two­ich nędz­nych wysiłków!

Te gło­sy odzy­wa­ły się raz ciszej, raz gło­śniej, ale w grun­cie rze­czy nigdy nie mil­kły. Jedy­ny­mi chwi­la­mi, kie­dy ich nie sły­szał były te gdy razem z małym Krzy­siem bawi­li się na pod­ło­dze, a tuż obok leża­ła uśmie­cha­ją­ca się Marysia.

Witek przy­po­mi­nał sobie wte­dy, jak Zuza i Leon  przy­nie­śli Krzy­sia z bazaru.

-To musiał być mały anio­łek z nie­ba — myślał teraz — prze­cież pod jego wpły­wem Mary­sia ma się o nie­bo lepiej, a ja też czu­ję się ina­czej, spo­koj­niej, bez­piecz­niej i wra­ca do mnie życie.

-Na pew­no anio­łek — utwier­dzał się w swo­im prze­ko­na­niu — nie może być ina­czej. Prze­cież Leon nie mógł zna­leźć nawet małe­go śla­du skąd by się miał wziąć, a co jak co, ale Leon wszyst­ko potra­fił znaleźć!

Ale gdy tyl­ko wycho­dził z domu i jechał do Klu­bu, czar­ne myśli wra­ca­ły jak jakieś sępy, któ­re tyl­ko cze­ka­ją żeby go roz­szar­pać. Zwy­kle przy­jeż­dżał tro­chę wcze­śniej, żeby pójść na mały spa­cer po par­ku, a potem usiąść na skar­pie i popa­trzeć na Wisłę. To go uspo­ka­ja­ło. Widok szyb­kie­go nur­tu wiel­kiej rze­ki upew­niał go, że zawsze ma to jed­no, osta­tecz­ne roz­wią­za­nie. Zawsze może zejść dróż­ką ze skar­py, wejść do wody i zapo­mnieć o wszyst­kim. Takie myśli mie­wał dość czę­sto i nawet parę razy wsta­wał, żeby to zro­bić, ale za każ­dym razem, w ostat­niej chwi­li, oczy­ma wyobraź­ni, widział buzię Krzy­sia, czuł jego cie­płe rącz­ki i sły­szał głos:

„Nigdzie nie odchodź, tatusiu!”

Wra­cał więc na swo­ją ławecz­kę i dalej patrzył na Wisłę, rosną­ce wzdłuż brze­gów zaro­śla, na odle­gły dru­gi brzeg i leżą­ce w odda­li pola.

Renia wspo­mi­na­ła, że powi­nien pójść do leka­rza, brać jakieś prosz­ki, ale póź­niej, gdy Witek wró­cił do pra­cy i poka­zy­wał spo­koj­ną twarz doszła do prze­ko­na­nia, że już jest dobrze. Dobrze jed­nak nie było.

Star­sze dzie­ci — szes­na­sto­let­nie bliź­nia­ki i ich rówie­śnik Rom­cio — żyli już wła­snym życiem, nauką, kole­ga­mi i pla­na­mi na przy­szłość. Czę­ściej byli poza domem niż w domu. Trze­ba powie­dzieć, że więk­szych kło­po­tów z nimi nie było. Andrze­jek każ­dą wol­ną chwi­lę spę­dzał w gara­żu, wyjął ze sta­rej „war­sza­wy” sil­nik, coś w nim popra­wiał, ulep­szał i widać było, że to będzie jego droga.

Dewi­zo­we napiw­ki, Witek zawo­ził do Zuzy na bazar, któ­ra kupo­wa­ła od nie­go wszyst­ko „na pniu”. Bez żad­nych tar­gów. To dawa­ło wię­cej niż dru­gą pensję.

Z bie­giem cza­su jed­nak, poja­wił się pewien, nie­do­strze­ga­ny dotąd, pro­blem. Cho­dzi­ło o to, że w barze palo­no papie­ro­sy, cyga­ra, cza­sem faj­ki i nawet przy dobrej wen­ty­la­cji cały czas czu­ło się dym. Witek tkwił w nim cały wie­czór, a cza­sem nawet do wcze­snych godzin przed­świ­to­wych, bo goście sie­dzie­li, pili i szcze­gól­nie w cza­sie week­en­dów nie śpie­szy­li się z wyjściem.

Ten  cią­gły, wszech­obec­ny dym dawał mu się we zna­ki, bo pod jego wpły­wem, pod­tru­ty, parę razy musiał sia­dać, a nawet wyjść na świe­że powie­trze i ocie­ra­jąc zim­ny pot z czo­ła, docho­dzić do siebie.

Kie­dyś nawet, w dro­dze do domu, zemdlał w samo­cho­dzie i w ostat­niej chwi­li zje­chał na pobo­cze. Prze­cze­kał, ock­nął się i wol­no, ostroż­nie doje­chał do domu.

To wszyst­ko dawa­ło mu aż nad­to wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że czas jego pra­cy zbli­ża się do koń­ca i jeśli chce żyć, to musi zacząć myśleć o emeryturze.

Za wcze­śnie to było, dużo za wcze­śnie. Miał zale­d­wie pięć­dzie­siąt lat, ale  wyglą­da­ło na to, że tak jak to bywa w samo­cho­dach, liczył się jego „wyso­ki prze­bieg”, a nie rocznik.

Pod koniec 1970 roku, po dłuż­szej deli­be­ra­cji z Renią i mamą Anie­lą posta­no­wił zło­żyć w Klu­bie wymó­wie­nie i przejść na emeryturę.

Wszyst­ko to nie przy­szło ani łatwo ani szyb­ko, ale po prze­szło roku pra­cy w barze, widział że nie ma inne­go wyjścia.

Od jego pierw­szych, zawo­do­wych kro­ków u pana Lar­del­lie­go mija­ło pra­wie dokład­nie trzy­dzie­ści sześć lat.

Pan Kutyr­ba i jego angiel­scy moco­daw­cy zor­ga­ni­zo­wa­li mu pięk­ne, ser­decz­ne poże­gna­nie, w cza­sie któ­re­go były upo­min­ki, pre­zen­ty i podziękowania.

A potem nastał już powsze­dni dzień i począ­tek cał­kiem inne­go eta­pu życia, któ­ry zbiegł się nagle z dra­ma­tycz­ny­mi wyda­rze­nia­mi na Wybrze­żu, gdzie woj­sko otwo­rzy­ło ogień do pro­te­stu­ją­cych robot­ni­ków. Gru­dzień 1970 roku i wszyst­ko co po nim nastą­pi­ło, był dla Wit­ka kolej­ną, gorz­ką refleksją.

Słu­cha­jąc stycz­nio­we­go prze­mó­wie­nia Edwar­da Gier­ka czuł nie­smak i żal, że oto zno­wu mówi się o koniecz­no­ści zaufa­nia par­tii, koniecz­no­ści cięż­kiej pra­cy, zaci­ska­niu pasa, poświę­ce­niu w imię lep­sze­go jutra i tak dalej, i tak dalej. Tak jak­by tę sta­rą, zuży­tą i zgra­ną pły­tę ktoś nasta­wiał jesz­cze raz i liczył na to, że będzie przy­ję­ta jak coś nowego.

Ileż już razy sły­szał podob­ne lub wręcz takie same ape­le, ode­zwy i obietnice.

-Par­tia z Naro­dem, Naród z Par­tią, razem, ku lep­szej przy­szło­ści i lep­szym dniom!

Tak mówił Bie­rut, Minc, Gomuł­ka, Ochab, zno­wu Gomuł­ka, Cyran­kie­wicz, Zawadz­ki i tylu innych.

A przed nimi, jesz­cze przed 39-tym, czy nie mówi­li podobnie?

I cały czas odwo­ły­wa­nie się do patrio­ty­zmu, sumie­nia i wia­ry w słusz­ność decy­zji podej­mo­wa­nych przez rządzących.

Witek sie­dział przed tele­wi­zo­rem i ogar­nia­ła go złość. Taka sama jak kie­dyś, kie­dy chciał iść, bić się i wal­czyć z tym narzu­co­nym reżi­mem, któ­ry teraz był gor­szy niż kiedyś.

Nie mógł zro­zu­mieć, jak ten sam Gomuł­ka, boha­ter 1956-go, ulu­bie­niec mas i zwia­stun cze­goś nowe­go i lep­sze­go, mógł teraz, czter­na­ście lat póź­niej, pozwo­lić na strze­la­nie do robot­ni­ków! Do Polaków!

Rzu­cał się więc przed tele­wi­zo­rem i krzy­czał, aż Renia musia­ła go uspo­ka­jać i prze­strze­gać, że coś mu się może stać.

W ten wła­śnie czas, sie­dem­na­sto­let­ni Rom­cio, przy­niósł do domu spo­rą pacz­kę z jaki­miś papierami.

To były ulot­ki wzy­wa­ją­ce do pomo­cy rodzi­nom zabi­tych stocz­niow­ców. Witek wziął jed­ną z nich i w mia­rę czy­ta­nia czuł, że czu­je się lepiej, pew­niej i że w mro­ku swo­jej depre­sji widzi światło.

Pod koniec stycz­nia 1971 roku publicz­ne spra­wy w Kra­ju wca­le nie wyglą­da­ły tak jasno, jak na przy­kład w Paź­dzier­ni­ku 56-go. Brak im było tam­tej spon­ta­nicz­nej rado­ści i wia­ry w to, że będzie lepiej. Wte­dy, przed czter­na­stu laty, Naród poczuł swo­ją siłę, a poza tym widział, że wła­dza — to zna­czy Wła­dy­sław Gomuł­ka — jest z Nim. Wszy­scy inni, łącz­nie z wszech­wład­nym mar­szał­kiem Rokos­sow­skim, prze­sta­li się liczyć. Liczył się tyl­ko Pierw­szy Sekre­tarz, któ­ry chciał dobrze, chciał zmian i był z Ludem.

Na począt­ku 1971 roku, tam­te­go świe­że­go entu­zja­zmu po pro­stu nie było i mama Anie­la, któ­ra popi­ja­ła w kuch­ni swo­ją poran­ną her­ba­tę z wód­ką, tak­że nie ukry­wa­ła swo­jej dezaprobaty.

-Wszy­scy oni są tacy sami! Od samiut­kie­go począt­ku, gdy jesz­cze w cza­sie oku­pa­cji przy­je­chał ten Nowot­ko, Moło­jec i inni. Komu­ni­ści — psie­kr­wie prze­klę­te! Potem zaczę­li się kłó­cić, szar­pać, aresz­to­wać, zabi­jać. Jeden dru­gie­go i wszyst­kich dooko­ła. Pamię­tasz Wiciunia?

-Pew­nie, że pamię­tam. Prze­cież cały czas tu byłem i sama mama wie ile mnie zdro­wia kosz­to­wa­li. Szlag na ich mor­dę. Dość już się mojej krwi napi­li! A sami doga­dza­li sobie, dosma­cza­li i pili fran­cu­skie konia­ki. Czy ja tego nie wiem? Małom się ich naob­słu­gi­wał na tych ich przy­ję­ciach? Polo­wa­nia, bigo­si­ki, żubró­wecz­ki… Pro­le­ta­riat — psia ich mać!

Tak sobie gada­li w ten mroź­ny, stycz­nio­wy pora­nek i w tej pro­stej oce­nie sytu­acji nie byli sami. Po tym jak Ludo­we Woj­sko Pol­skie strze­la­ło z kara­bi­nów maszy­no­wych do stocz­niow­ców, trud­no było wykrze­sać entu­zjazm i wia­rę w to, że wła­dza chce dobrze! A przede wszyst­kim w to, że jest „ludo­wa”. Wpraw­dzie nowy wódz par­tii zapew­niał, że oni „też nie są ule­pie­ni z innej gli­ny”, i że tak jak robot­ni­cy „też chcą lep­szej Pol­ski”, ale po tra­gicz­nym Grud­niu, trud­no było jakoś w to uwierzyć.

„Zaufaj­cie nam” — powta­rzał Gie­rek — „zaufaj­cie”! A jak tu moż­na było „ufać”, sko­ro ci sami ludzie, jesz­cze sześć tygo­dni wcze­śniej  kla­ska­li Gomuł­ce, gdy ten, krzy­czał, że pro­te­stu­ją­cy robot­ni­cy to reak­cjo­ni­ści i mąci­cie­le, któ­rzy chcą oba­lić socja­li­stycz­ny system?

-Czy ten Gomuł­ka był sam? — emo­cjo­no­wał się Witek — czy on był wte­dy sam? I co z tego, że go teraz wywa­li­li na zbi­ty pysk? Jego ludzie cią­gle są przy wła­dzy i Gie­rek będzie się musiał na nich oprzeć.

Renia nie zabie­ra­ła gło­su, ale Rom­cio, któ­ry przy­niósł do domu pakę ulo­tek, chło­nął sło­wa ojca z błysz­czą­cy­mi oczami.

-To co ty z tymi ulot­ka­mi chcesz robić — zwró­cił się do nie­go Witek — coś widzę, że pil­no ci do kry­mi­na­łu, co? Ty Rom­ciu myślisz, że oni będą patrzeć na to, że nie masz jesz­cze osiem­na­stu lat? Jak tak myślisz to się możesz bar­dzo zdziwić!

-Ja tato wca­le tak nie myślę, ale coś robić trze­ba, bo jak tak wszy­scy będą tyl­ko gadać przy kuchen­nym sto­le, to co się zmie­ni? Co?

Witek popa­trzył na chłop­ca  i przez sekun­dę przy­po­mniał sobie swo­je „świę­te obu­rze­nie” w 1957 roku, gdy w War­sza­wie, po zamknię­ciu gaze­ty „Po Pro­stu”  ludzie wyszli na uli­cę, a wła­dza roz­pę­dzi­ła je łapa­mi i pał­ka­mi ZOMO. Ujrzał sie­bie, awan­tu­ru­ją­ce­go się przy tym samym kuchen­nym sto­le i to jak kobie­ty dopro­wa­dzi­ły go do rów­no­wa­gi i porządku..