Rozdział I

„To nie jest kraj dla starych ludzi!”

/No Country for Old Men – film Joela i Ethana Coenów z 2007 r./

        Był wtorek. 9 stycznia 1951 roku. Około 8-ej rano, podczas pobytu pana magistra w kościele, wpadło czterech urzędników skarbowych z powiatu i oświadczyło, że apteka zostaje upaństwowiona.

Natychmiast rozpoczęli spis aptecznych zasobów, urządzeń laboratoryjnych, mebli – jednym słowem – całego aptecznego wyposażenia i w miarę wpisywania poszczególnych pozycji wszystko starannie opieczętowywali.

W tym czasie na zewnątrz apteki stała pobieda ze znakami powiatu, a parę metrów dalej milicyjny gazik.

Jakieś pół godziny po tym najściu wrócił z porannej mszy pan magister Franciszek Frey!

Miał na sobie swoje „kościelne” futro z wilków syberyjskich, a w ręku nieodłączną laskę z wiśniowego drzewa. Wszedł. Spojrzał wokoło, zobaczył rozrzucone papiery, obcych ludzi, rozgardiasz i wystraszone twarze domowników. Najpierw poczerwieniał i przez chwilę zdawało się, że wybuchnie ale potem dość spokojnie położył laskę na krześle i zapytał:

– Czym mogę panom służyć?

No cóż? Czym tak naprawdę mógł „służyć”? Niczym! Nic już nie było jego.

Paręnaście minut wcześniej przestał być właścicielem swojej ukochanej Apteki! Apteki, która wiernie służyła całemu miasteczku, a w szczególności rodzinie Freyów od prawie dwustu lat!

Apteka pod św. Jakubem w Dorniewie była tak trwała i odwieczna jak odwiecznym był kościół pod wezwaniem św. Rocha, dwór Dornickich stojący na dorniewskim przedmieściu, jak przepływająca nieopodal rzeka i falujące wokół miasteczka wzgórza. Dla Freyów natomiast to była Apteka przez duże „A”! To było Coś co stanowiło o Rodzinie i określało Jej miejsce w kosmosie!

Żadną miarą nie można było mówić o Freyach w oderwaniu od Apteki! Apteka to był ich świat, ich życie i miejsce na Ziemi. Można by nawet bluźnierczo powiedzieć, że Freyowie stawiali Ją na równi z Ojczyzną a czasami … czasami nawet ponad Nią!

Założona w 1762 roku przez Augusta Freya przechodziła z pokolenia na pokolenie bez jakichś specjalnych wstrząsów. Szczęśliwie – powtarzam – bardzo szczęśliwie zdarzyło się, że w każdym pokoleniu był ktoś kto decydował się na przejęcie rodzinnego interesu. Zawsze znalazł się kolejny potomek, który najpierw praktykował pod okiem ojca, potem szedł na studia, a potem obejmował apteczne rządy. Raz tylko – raz jedyny – zdarzyło się, że apteką zarządzał obcy. To było jeszcze w 1831 kiedy Horacy Frey – syn Bernarda salwował się emigracją w obawie przed więzieniem.

Było tak, że grupa niedobitków z polskich powstaniowych korpusów w Królestwie uciekając przed rosyjskimi represjami oparła się w Dorniewie. Pan Horacy przyjął ich w swoim domu, opatrzył i nakarmił. Władze austriackie może i patrzyłyby na te poczynania przez palce, ale królewiacy nabrawszy sił zaczęli mącić, agitować i burzyć spokój miasteczka. Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. Austriacka żandarmeria przeprowadziła aresztowania, mącicieli wysłała ciupasem do Siedmiogrodu, a nad panem magistrem Horacym zawisł ciężki miecz Damoklesa. Z pomocą przyjaciół udało mu się uciec. Via Hamburg dostał się do Nowego Jorku, a stamtąd na zachód aż do San Francisco, gdzie po paru latach otworzył drug-store. W tym czasie przez parę lat aptekę pod św. Jakubem prowadził niejaki Alois Palocansky – Austriak – znajomy ojca Horacego – Bernarda ze studiów na słynnym uniwersytecie Ludwiga Maximiliana w Monachium. W 1836 r. najmłodszy brat Horacego – Stefan – skończył farmację w Krakowie i przejął stery. Jego uniwersytecki dyplom ukończenia uczelni wisiał obok wielu innych na ścianie w tzw. pokoju aptecznym. Na poczesnym miejscu widniał zaś piękny, w poczerniałe ramy oprawny dekret króla Augusta III, w którym Jego Królewska Mość zezwala panu Augustowi Freyowi na założenie dziedzicznej apteki w królewskim mieście Dorniewo!

Z Horacym utrzymywano jakiś czas kontakt ale listy szły miesiącami z czasem latami. Potem wszystko się urwało…

Apokaliptyczny dzień 9 stycznia 1951 burzył tę wieloletnią tradycję, wywracał cały Freyowski świat do góry nogami, miażdżył i unicestwiał! To czego nie dokonały wojny, rokosze, powstania, ogień i powodzie dokonała urzędniczymi łapami nowa władza. Ludowa władza!

Nie to żeby pan magister już wcześniej nie widział co się święci! Ostatecznie przeżył niejedno i doświadczenie prawie osiemdziesięciu lat krzyczało do niego głośno, że od nowego porządku, który nastał po 45-tym, żadnej ucieczki być nie może. Ale łudził się! Czepiał się kurczowo jakichś niesprawdzonych plotek, jakichś niczym nieuzasadnionych nadziei, że komuniści zostawią małym przedsiębiorcom ich warsztaty pracy, że niektóre branże będą nawet mogły zatrudniać do kilkunastu pracowników i temu podobnych! Mimo wszystkich znaków na ziemi i na niebie nie dopuszczał do siebie myśli, że wcześniej czy później wszystko do czego przywykł i czym żył on, jego ojciec, dziad, pradziad i wszystkie dawniejsze pokolenia Freyów runie w przepaść!

Jeszcze w pięć lat po wojnie ciągle mamił się jakimiś marzeniami, oszukiwał sam siebie wiedząc jednocześnie, że to są tylko złudy! Wieczorami przesiadywał jak zwykle w aptece przy swojej recepturze. Palił fajkę, odchylał się w drewnianym fotelu i słuchał kanarków, które cieniutko pogwizdywały w klatkach zawieszonych koło wielkiego, kaflowego pieca. To właśnie lubił. Dobrze się czuł w swojej aptece. Już wtedy – zaraz po ukończeniu farmacji na uniwersytecie wiedeńskim wiedział, że to jest jego powołanie. Wcześniej nie za bardzo. Pojechał do „Widnia” bo taka była wola jego ojca – pana Teodora Freya, który nie pozwalał na żadne sprzeciwy i od urodzenia małego Franciszka w 1871 roku przeznaczył go na swojego następcę na stanowisku aptekarza w Dorniewie.

Studia w Wiedniu! Wspaniałe lata, pełne studenckich hulanek i bujnego życia ale także sumiennej pracy na uniwersytecie, egzaminów i twardych oczekiwań ze strony profesorów. Wreszcie powrót do rodzimej Galicji i parę lat praktyki w zaprzyjaźnionych aptekach. Wszystko pod bacznym okiem ojca.

Ojciec umarł w 1897 i Franciszek stanął u progu prawdziwego życia jako właściciel apteki.

Od tego czasu świat zmienił się nie do poznania. „Wielka” wojna, bolszewicka rewolucja, powstanie wolnej Polski, „awantura” z Hitlerem /jak zwykł mawiać pan Franciszek/, potem druga wojna a wreszcie nastanie komunistów. Świat się zmienił, ale pan Franciszek i jego apteka w zasadzie nie. Dziwnym trafem wszystkie te wielkie kataklizmy dziejowe szczęśliwie omijały Dorniewo i Aptekę pana Franciszka. Tak – to prawda – że w czasie tej pierwszej – jak mówiono „Wielkiej” wojny /pan Franciszek nigdy nie mówił Pierwsza Wojna Światowa – zawsze „Wielka”/ stacjonował w Dorniewie pułk Kozaków Dońskich generała Radki Dymitriewa, ale oprócz zniszczenia folwarku i dworu Dornickich nic się nikomu nie stało. Zresztą nawet u Dornickich nie było aż tak źle. Jasne, że kozacy trzymali konie w dworskich pokojach, rwali wspaniałe posadzki, rąbali sady na opał i wyrzynali wszystko co tylko do wyrżnięcia i na rożen się nadawało ale ostatecznie to była wojna! Dziewuchy z okolicznych wsi krzywdowały sobie nawet wyjazd pułku bo podobnież niejedna roiła sobie jakieś nadzieje na zamążpójście. Parę miesięcy potem porodziło się trochę czarnowłosych dzieci, ale ksiądz nie robił z tego sprawy i pochrzcił wszystkie bez wnikania kim są ojcowie i gdzie się obracają. Ostatecznie wojna! Wielka Wojna!

W 1918 – już po powrocie pana Franciszka z frontu – nastały polskie czasy i nowe nadzieje! Trochę jakby żałowano „babci Austrii”, „Widnia” i „galicyjskiej wolności” ale wszystko to zagłuszała bezgraniczna radość: Polska!!! Wreszcie Wolna Polska!

Pan Franciszek i jego apteka pozostała jednak prawie niezmieniona. W czasie jego służby w austriackiej armii zorganizowano zastępstwo w postaci dawnego przyjaciela domu – Kornela Bacza – emerytowanego aptekarza z Przemyśla, który pod okiem pani Wandy Freyowej prowadził interes. Dalekie to było od porządków pana Franciszka ale ostatecznie czy było inne wyjście?

Zmiany przychodziły do Dorniewa wolno, wolniutko, jakby bojąc się zburzyć ten cichy, prowincjonalny spokój. „Niech na całym świecie wojna byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”!

Pewnie, że z aptecznej, frontowej ściany zniknął portret „dobrego cesarza” Franza Josefa, ale jego duch błąkał się gdzieś pomiędzy aptecznymi regałami, wagami, porcelanowymi słoikami i mosiężnymi  wagami.

Pan Franciszek ciągle jeszcze unosił się z krzesła gdy mówił „Najjaśniejszy Pan”, ciągle jeszcze nosił sumiaste wąsy, kamizelkę z dewizką, na której zawieszał wielki zegarek i palił tytoń w porcelanowej fajce. To był jeszcze ten dawny, wiedeński styl, któremu w swoim czasie hołdowali wszyscy galicyjscy urzędnicy, ziemianie, politycy i nawet niżsi rangą oficjaliści.

No więc wojna minęła, mundur poszedł na strych i pan magister znowu zasiadł za swoją recepturą. Znowu słuchał swoich kanarków, które niezauważenie zmieniały się co jakiś czas. Jedne zdychały, inne dokupowano i dwie klatki zawsze dawały miejsce kilku ptaszkom. Zawsze jeden z nich był Kubuś ale który – nikt dokładnie nie wiedział. Pan Franciszek utrzymywał, że wie na pewno ale jak dzieci nudziły go pytaniami zwykle odpowiadał:

– To ten z żółtym brzuszkiem…

Dzieci wykrzykiwały, że dalej nie wiedzą bo wszystkie kanarki mają żółte brzuszki ale pan Franciszek machał swoją packą na muchy i odpowiadał z uśmiechem:

– Idźcie już dzidziusie, idźcie bo kanarki chcą spać! Pogadajcie sobie z Morą!

Te „dzidziusie” to były najpierw wnuki a potem prawnuki a Mora była stareńką papugą żony pana Franciszka – Wandy – jak to się mówiło „starszej pani” – dla odróżnienia od „młodszej” – żony pana Karola – najstarszego syna Franciszka Freya.

Wolna Polska! Witano ją z entuzjazmem! Nawet tu – na zapadłej, galicyjskiej prowincji – czuło się radość i ożywczy powiew nowego.

Dom, w którym mieściła się apteka nie był stary bo ojciec pana Franciszka – Teodor Frey – wybudował go zaraz po bitwie pod Sadową w 1866-tym. Brał w niej udział ale nie w pierwszej linii.                  c.d.n.