Przed­wo­jen­ny Solec-Zdrój. W środ­ku sie­dzi mąż autor­ki Książ­ki Bab­ci dok­tor Jan Any­szek, za nim po lewej stro­nie zdję­cia stoi, opar­ta o kolum­nę, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, z przo­du po pra­wej sie­dzi na scho­dach sio­stra Kry­sty­ny Janecz­ka Kra­mar­ska. Obej­mu­je Kry­się Dzia­not­tów­ną, cór­kę wła­ści­cie­li Sol­ca. Za małą Kry­sią, opar­ta o kolum­nę z pra­wej stro­ny zdję­cia, stoi jej mat­ka, Zofia Dzia­nott, współ­wła­ści­ciel­ka Solca.

Miesz­ka­nie było pięk­nie urzą­dzo­ne, tak jak wyma­rzy­łam sobie w dziew­czę­cych cza­sach. Wszę­dzie nowe meble (w sypial­ni z cze­czot­ki), oprócz jed­ne­go poko­ju, do któ­re­go wsta­wio­no nam z Zakła­du Solec-Zdrój salo­nik w sty­lu bie­der­may­er. Miał on tę wadę, że zda­rza­ło się nie­któ­rym zamiast na fote­li­ku sia­dać na pod­ło­dze, co było bar­dzo zabaw­ne, ale nie­zbyt przy­jem­ne dla deli­kwen­ta. Póź­niej urzą­dzi­li­śmy go na gościnny.

Aha. W sto­ło­wym stał sta­ro­świec­ki stół, pre­zent ślub­ny od sta­rych pań Daniew­skich. Na co dzień był okrą­gły, w razie potrze­by moż­na go było roz­cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, na 24 oso­by. Miał wiel­ką ilość nóżek na kół­kach, stąd nazwa­li­śmy go sto­no­giem. Meble zaku­pił Jachur w Kal­wa­rii, wybie­ra­li­śmy je wspól­nie z mamą, resz­tę wypo­sa­że­nia miesz­ka­nia: bie­li­znę, naczy­nia, zasta­wę i wszel­kie inne przy­bo­ry do życia wnio­słam Jachu­ro­wi jako wiano.

Solec-Zdrój 1936 r. Od lewej: Janecz­ka Kra­mar­ska, Hele­na z Wil­czyń­skich Kra­mar­ska, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, autor­ka Książ­ki Bab­ci, xxx.

Do Kra­ko­wa jeź­dzi­li­śmy zała­twiać wszyst­kie waż­niej­sze zaku­py, zresz­tą jadąc do Kra­ko­wa uwa­ża­łam, że jadę do domu, bo prze­cież tam była mama.

Pierw­sze świę­ta Wiel­ka­noc­ne spę­dzi­li­śmy w Micho­wie. Wresz­cie mat­ka moje­go męża, Anto­ni­na z Mali­now­skich Any­szek, musia­ła poznać oso­bę, któ­rą jej jedy­ny syn wziął sobie za żonę. Dotąd nie było oka­zji, w dniu ślu­bu przy­sła­ła depe­szę z życze­nia­mi. Wyobra­żam sobie, co prze­ży­wa­ła, gdy tak w ciem­no odda­wa­ła obcej kobie­cie swo­je wiel­kie uko­cha­nie i swo­ją dumę. Myślę, że wie­le lat wcze­śniej wywo­żąc jedy­na­ka do Dasza­wy koło Lwo­wa na naukę wie­dzia­ła, że nie będzie on mógł być zbyt czę­stym gościem w domu.

Dzia­dzio Jachur uro­dził się pod zabo­rem rosyj­skim, gdzie, jak wie­cie z histo­rii, były wiel­kie trud­no­ści z naucza­niem. Czy­tać nauczył się na ksią­żecz­ce do nabo­żeń­stwa, potem przy­je­chał szewc z War­sza­wy i pro­wa­dził pota­jem­ne naucza­nie. Dopie­ro jak powsta­ła Pol­ska zaczął nor­mal­ną naukę w szko­le pospo­li­tej (tak się nazy­wa­ła) i po roku, w wie­ku 14 lat ruszył w świat do szko­ły śred­niej. Odtąd tyl­ko waka­cje spę­dzał w domu. Z takim tru­dem zdo­by­wał wie­dzę wasz dzia­dzio. Teraz każ­dy może się nauki najeść do syta, a są tacy, któ­rym się nie chce. Chcąc słu­żyć do Mszy św. prze­pły­wał przez rze­kę, dale­ko było do mostu, a mat­ka klę­cza­ła na brze­gu, i modli­ła się, aby nie uto­nął, gdy woda była zbyt duża.

Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez Jana Anysz­ka: Kra­ków w maju 1926 r. Po matu­rze pisem­nej przed Gim­na­zjum świę­tej Anny (póź­niej nazwa zmie­nio­na na Nowo­dwor­skie­go). Kla­sa VIII B. W środ­ku rzę­du klę­czą­cych Jan Any­szek (mąż autor­ki Książ­ki Bab­ci). Pierw­szy z klę­czą­cych, od pra­wej stro­ny zdję­cia Marian Kra­mar­ski, brat autor­ki Książ­ki Babci.

Kie­dy pozna­łam mamę moje­go męża, była siwiut­ką sta­rusz­ką z pięk­nym war­ko­czem, oczy­wi­ście upię­tym. Gospo­dar­stwo zda­ła na zię­cia, spę­dza­ła czas na czy­ta­niu i robo­tach ręcz­nych. Oprócz mat­ki była tam jesz­cze sio­stra Jachu­ra, star­sza od nie­go Józia, szwa­gier Szcze­pan Robak, bar­dzo mądry czło­wiek, z dużym poczu­ciem humo­ru i ze wzru­sza­ją­cym wprost przy­wią­za­niem do zie­mi, dwie dora­sta­ją­ce ich cór­ki, Pola i Sta­cha, i dwaj syno­wie Gie­nek i Heniek. Ten naj­młod­szy zaim­po­no­wał mi zna­jo­mo­ścią prac gospo­dar­skich, miał chy­ba z 9 lat. Mat­ka przy­ję­ła mnie ser­decz­nie, uzna­ła wybór syna.

Po świę­tach poje­cha­li wszy­scy doro­śli do Lubar­to­wa i u nota­riu­sza Jachur zrzekł się czę­ści mająt­ku przy­pa­da­ją­ce­go na nie­go po rodzi­cach jako rekom­pen­sa­tę za kosz­ta wyło­żo­ne na jego stu­dia. Z domu wziął tyl­ko bło­go­sła­wień­stwo mat­ki, a zdo­by­ta wie­dza mała zapew­nić mu byt. Wszyst­ko co w życiu posiadł, zawdzię­cza swo­jej pra­cy. W rok potem przy­je­cha­ła mama do nas w gości­nę i tra­fi­ła na wiel­ką uro­czy­stość, kie­dy na weran­dzie nasze­go dom­ku deko­ro­wa­li­śmy ołtarz na pro­ce­sję Boże­go Cia­ła. Zacho­wa­niem swym potwier­dzi­ła, że uwa­ża, że uda­ła jej się syno­wa. Według sta­re­go zwy­cza­ju syno­wa czy­li „nie­wia­sta” powin­na przy­nieść świe­krze gar­nek wydo­jo­ne­go przez sie­bie mle­ka. Mnie uda­ło się wyko­nać tyl­ko dru­gą część zada­nia, umie­jęt­no­ści doje­nia nie posia­dłam nigdy w życiu.

Pierw­szym gościem z rodzi­ny był mój ojciec. Przy­je­chał na urlop w maju 1936 r. Wła­śnie w maju zaczy­nał się w Sol­cu Zdro­ju sezon. Muszę wam wytłu­ma­czyć, co to zna­czy. Solec Zdrój był uzdro­wi­skiem czyn­nym tyl­ko od maja do koń­ca wrze­śnia. Pra­wie wszyst­kie wil­le były let­ni­sko­we, nie­ogrze­wa­ne, w kil­ku mają­cych pie­ce miesz­ka­li wła­ści­cie­le Sol­ca: w „Pru­sie”, w „Ire­nie”, a nasz dom nazy­wał się „Gene­ral­ski”, bo przed nami miesz­ka­ła tam jakaś waż­na per­so­na. Poza tymi pię­cio­ma mie­sią­ca­mi wil­le w Sol­cu Zdro­ju sta­ły puste przez resz­tę roku. Od wsi oddzie­la­ła nas bra­ma, przy któ­rej urzę­do­wał odźwier­ny. W zdro­ju nie było żad­ne­go skle­pu oprócz kio­sku ze sło­dy­cza­mi i pamiąt­ka­mi czyn­ne­go tyl­ko w lecie.

Solec Zdrój. 29 VIII (chy­ba 1936). Od lewej: Ste­fan Kra­mar­ski, Hele­na z Wil­czyń­skich Kra­mar­ska, dok­tor Jan Any­szek, Kry­sty­na z Kra­mar­skich Any­szek, autor­ka Książ­ki Bab­ci, Janecz­ka Kramarska.

W jesie­ni życie w zdro­ju zupeł­nie zamie­ra­ło. Opar­ciem dla nas była wieś Solec, cią­gną­ca się wzdłuż dro­gi do Nowe­go Kor­czy­na, Była w niej pie­kar­nia, kil­ka żydow­skich skle­pi­ków „szwarc, mydło, powi­dło”, jadło­daj­nia. Z cza­sem Pola­cy wzię­li się do han­dlu, ale jak ja przy­je­cha­łam, musia­łam się prze­sta­wić na wiej­ski spo­sób pro­wa­dze­nia domu. Tu nie moż­na było, jak w Kra­ko­wie, sko­czyć do skle­pu po każ­dy pro­dukt i kupo­wać po kil­ka deko, musia­ło się mieć spi­żar­nię i z góry prze­wi­dy­wać, ile cze­go będzie potrze­ba, żeby nie być zasko­czo­nym bra­kiem. Więc poro­zu­mia­łam się z kil­ko­ma duży­mi skle­pa­mi w Kra­ko­wie, tak że na listow­ne zamó­wie­nie przy­sy­ła­ły mi wszyst­kie potrzeb­ne produkty.

Nasz domek miał bia­łe ścia­ny, na zie­lo­no malo­wa­ne okien­ni­ce i dużą, zie­lo­ną weran­dę. Tę obsa­dzi­li­śmy naj­czer­wień­szy­mi pelar­go­nia­mi „mete­ory” i usta­wi­li­śmy koszy­ko­we meble nakry­te kra­kow­ski­mi chust­ka­mi. Powstał bar­dzo przy­jem­ny kącik, zachę­ca­ją­cy do odpo­czyn­ku. Kolo­ro­wy domek był ozdo­bą alei.

Pierw­szy dom Kry­sty­ny i Jana Anysz­ków w Sol­cu. R. 1936. Od lewej: Autor­ka Książ­ki Bab­ci Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, Jan Any­szek, Hele­na Wil­czyń­ska-Kra­mar­ska, Ste­fan Kra­mar­ski, Janecz­ka Kramarska.

Wkrót­ce po zaczę­ciu sezo­nu jecha­li­śmy do Kra­ko­wa na pogrzeb dzia­dzia Felik­sa. Dzia­dzio był dłu­go­wiecz­ny i zawsze zdrów, nie pamię­tam, aby mu kie­dy­kol­wiek coś dole­ga­ło, było to dla nas zasko­cze­nie. Wia­do­mość otrzy­ma­li­śmy przez tele­fon i tak się zawsze skła­da­ło, że wszyst­kie naj­bo­le­śniej­sze nowi­ny docho­dzi­ły do mnie tą dro­gą. Po pogrze­bie zabra­li­śmy ojca ze sobą. I wła­śnie ojciec zapo­cząt­ko­wał bar­dzo przy­jem­ny dla nas zwy­czaj, że rodzi­na corocz­nie spę­dza­ła w Sol­cu waka­cje. Ojciec był wte­dy u mnie pierw­szy i ostat­ni raz. W rok potem, 11 czerw­ca 1937, zmarł nagle w 56 roku życia. Na pogrze­bie byłam z sied­mio­mie­sięcz­ną córecz­ką Ewu­nią. Ojciec przy­wią­zy­wał dużą wagę do nowej roli dziad­ka. Gdy za jego życia pod­czas poby­tu w Kra­ko­wie chcia­łam iść na dłuż­sze zaku­py, a bałam się dziec­ko w obcym miej­scu pozo­sta­wić pod opie­ką słu­żą­cej, tato zgło­sił się na dyżur, po czym odwo­łał spo­tka­nie z kole­ga­mi, poda­jąc powód, co wywo­ła­ło wybuch śmie­chu, bo dotąd nikt nie widział go w cha­rak­te­rze niań­ki. Dzia­dzio­wie i wnu­czę­ta to jest spe­cy­ficz­ne powią­za­nie uczu­cio­we. Świad­kiem śmier­ci ojca oprócz mamy był Ste­fan, co się bar­dzo cięż­ko odbi­ło na jego zdro­wiu i psy­chi­ce. Od małe­go dziec­ka bał się wszel­kich cho­rób, a wła­śnie okres jego dzie­ciń­stwa zbiegł się z czę­stym zapa­da­niem mamu­si na dole­gli­wo­ści ner­wo­wo ser­co­we. Gdy tyl­ko spo­strzegł, że coś się dzie­je, ucie­kał na scho­dy pod strych aż do wyja­śnie­nia sytu­acji albo pędził do cio­ci Waler­ci i to z taką miną, że natych­miast wie­dzia­ła, że ktoś zacho­ro­wał. Po pogrze­bie ojca wszy­scy przy­je­cha­li do mnie.

Lecz wyprze­dzi­łam nie­co wypad­ki. Na razie to był pierw­szy rok moje­go mał­żeń­stwa. Solec roił się od kura­cju­szy. Było dużo uroz­ma­ice­nia, muzy­ki, tań­ców, nowych zna­jo­mo­ści, przy­jęć. Życie na wyso­ki połysk. W każ­dej chwi­li nale­ża­ło być ubra­nym wyj­ścio­wo, w tej samej suk­ni dzień po dniu nie wypa­da­ło się poka­zać, doty­czy­ło to tak­że panów.

Solec Zdrój. 15 sierp­nia 1936 r. Ste­fan Kra­mar­ski, Janecz­ka Kra­mar­ska, Hele­na Wil­czyń­ska-Kra­mar­ska, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek autor­ka Książ­ki Babci.

Kra­wat i kami­zel­ka obo­wią­zy­wa­ła na co dzień, miesz­ka­nie sta­le było goto­we na przy­ję­cie gości, no i mina gospo­da­rzy też musia­ła być uśmiech­nię­ta. Naj­czci­god­niej­szym gościem wte­dy był w naszym domu ksiądz biskup Sonik z Kielc. Pod­czas wizy­ta­cji wstą­pił i w nasze skrom­ne pro­gi, czym byli­śmy tak zaszo­ko­wa­ni, że Jachur potem zamiast „paste­rzu” prze­ję­zy­czył się na „papie­żu”.

Przed­wo­jen­ny Solec Zdrój. Po lewej: Hele­na z Wil­czyń­skich Kra­mar­ska, za nią Jani­na Kra­mar­ska. Po pra­wej od auta dok­to­ra Jana Anysz­ka sto­ją: Adam Kra­mar­ski, Ste­fan Kra­mar­ski, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, autor­ka Książ­ki Babci.

W pierw­szym sezo­nie sto­ło­wa­li­śmy się w restau­ra­cji. Wła­ści­wie wszy­scy się zna­li. Uzdro­wi­sko Solec było wła­sno­ścią pry­wat­ną i kura­cju­sze wita­ni byli jak goście wła­ści­cie­li zakła­du. Sys­te­mem przed­wo­jen­nym goście dzie­li­li się na pierw­szej i dru­giej kla­sy i odpo­wied­nio do tego otrzy­my­wa­li usłu­gi i pła­ci­li ceny. P. Maria Daniew­ska, cio­cia Mania, i p. Tunia Pre­is­so­wa były kasjer­ka­mi (ta dru­ga przy­jeż­dża­ła z War­sza­wy na sezon), a buchal­te­rem i sze­fem pro­pa­gan­dy był p. Wło­dzi­mierz Soswiń­ski, eme­ry­to­wa­ny urzęd­nik kole­jo­wy z Kra­ko­wa, któ­ry spę­dzał w Sol­cu całe lato wraz z żoną. Byli to nie­zmier­nie mili ludzie, wytwor­ni w wymo­wie i zacho­wa­niu i bar­dzo dow­cip­ni. Pani Sta­ni­sła­wa Soswiń­ska, ele­ganc­ka zawsze w każ­dym calu, nie zno­si­ła kon­we­nan­sów, cho­ciaż świet­nie się w nich orien­to­wa­ła, mówi­ła: Przy­chodź­cie do nas, kie­dy chce­cie, tyl­ko nie skła­daj­cie nam wizyt. Jak wie­le tre­ści zawie­ra to zdanie.

Kie­dy poważ­ne towa­rzy­stwo zasia­da­ło do kart w prze­zna­czo­nych do tego loka­lach, my, mło­dzi: moje rodzeń­stwo, ksiądz Lutek z Olku­sza (wte­dy kle­ryk), Jaś­ka, stu­dent­ka histo­rii, bra­ta­ni­ca Soswiń­skich itd. zbie­ra­li­śmy się w miesz­ka­niu pp Soswiń­skich w wil­li „Pod brzo­za­mi” i gdy tam­ci gry­wa­li w bri­dża, rza­dziej w pre­fe­ran­sa, my w kier­ki, osła albo cyga­na, a bawi­li­śmy się na pew­no lepiej niż oni. Echo nasze­go śmie­chu nio­sło się dale­ko po ogro­dach. Pani Sta­ni­sła­wa nie mia­ła dzie­ci, cie­szy­ła się naszą mło­do­ścią, a swo­ją opie­kę nad nami roz­ta­cza­ła w takiej for­mie, że każ­de z nas chęt­nie wysłu­chi­wa­ło jej rady, a nawet uwag.

Marian wzbu­dził we wszyst­kich solec­kich star­szych paniach zachwyt spo­so­bem tań­cze­nia wal­ca. Ach, mówi­ły, prze­cież moż­na by mu szklan­kę wody posta­wić na gło­wie i utrzy­ma­ła­by się. Bo też zaraz w cza­sie pierw­sze­go poby­tu wie­dział od kogo zaczy­nać i obra­cał je maje­sta­tycz­nie doko­ła sali. Ser­ca ich zdo­był sobie na zawsze. Zresz­tą Marian miał dar ema­blo­wa­nia star­szych pań (chy­ba wypły­wa to z jego dobro­ci); wie­le lat póź­niej, gdy w cza­sie wese­la Ewy posa­dzi­łam go mię­dzy dwie­ma sta­ry­mi ciot­ka­mi pana mło­de­go, któ­rych nigdy nie widział, gdy tyl­ko odczy­tał, gdzie sie­dzi, powie­dział do mnie „wiem, cze­go ode mnie ocze­ku­jesz”. I doko­nał następ­nych podbojów.

Solec-Zdrój. 26 VI 1936 r. Autor­ka Książ­ki Bab­ci Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek i jej brat Marian Kramarski.

Bywa­li­śmy na dan­cin­gach i reu­nio­nach, na któ­re zjeż­dża­li też oby­wa­te­le oko­licz­ni. Jed­na z pań nazy­wa­ła się Boska. Pew­ne­go razu ocze­ku­ją­cy na gości usły­sze­li odgłos zajeż­dża­ją­ce­go pojaz­du. Jeden wysko­czył do wej­ścia i wra­ca­jąc oznaj­mił, że przy­je­cha­ła mat­ka Boska z córkami.