24 października 2020. Jadę metrem na plac Defilad pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie na Międzynarodowy Marsz o Wolność. W metrze wszyscy zamaskowani. Wbrew doniesieniom głównych mediów o rozluźnieniu rygorów covidowych w narodzie, Polacy są ogarnięci strachem i bardzo zdyscyplinowani. Wszyscy w maseczkach.

Planowany Międzynarodowy Marsz o Wolność to protest przeciwko ograniczeniom wolności obywatelskich, przeciwko ustawie antycovidowej, przegłosowanej w piątek przez Sejm. O szczegółach dowiedzą się Państwo z licznych relacji, ja chciałabym tylko przekazać króciutko na gorąco moje wrażenia. Przed pałacem tysiące ludzi. Trudno powiedzieć, czy tylko kilka tysięcy, czy kilkanaście. Zwykli ludzie, przedsiębiorcy, przed którymi stoi widmo bankructwa z powodu nowej ustawy, która jest praktycznie lockdownem, rolnicy, restauratorzy, starsi ludzie, których ustawa niby dla ich dobra zamknęła w domowym areszcie. Przemawiają Justyna Socha, organizatorka wydarzenia i przewodnicząca organizacji Stop NOP, posłowie, goście z zagranicy, bo protesty odbywają się w całej Europie. O szczegółach dowiedzą się Państwo na pewno z licznych doniesień.

Dla mnie, przebywającej w Polsce zaledwie od miesiąca, to jakieś straszne deja vu ze stanu wojennego.Dziesiątki policjantów, stara, dobrze wyuczona taktyka, ludzie nagle otoczeni szczelnym kordonem, policja nadaje wezwania do rozejścia się i komunikaty o pandemii, ale rozejść się nie pozwala, pierścień jest szczelny. Grupki policjantów nagle robią wypady w kierunku demonstrantów, pryskając gazem pieprzowym i wyciągając pojedynczych ludzi. Prowokatorzy rzucają w kierunku policji butelkami i racami. Poseł Braun przejmuje inicjatywę, apeluje do policji o spokój i przestrzeganie konstytucji. Grzegorz Braun i Justyna Socha próbują wyprowadzić ludzi z oblężenia. W pewnym momencie policja odpuszcza, Braun i Socha zostają z kilkudziesięcioma osobami otoczeni przez kordon, a ci, którym udało się wydostać, tworzą na nowo manifestację na skwerze Szymborskiej, a potem usiłują przemaszerować w kierunku ulicy Nowogrodzkiej.

W tym czasie policja po kolei wyciąga i zatrzymuje ludzi z kilkudziesięciu osób pozostałych w otoczeniu Justyny Sochy. Nagle blokady znikają, wydaje się, że to już koniec.

Marsz zaczął się o 12 w południe, o czwartej wracam do domu. Na placu Bankowym syreny policyjnych wozów. Kilkadziesiąt suk otacza małą grupkę wracających do domu demonstrantów. Łapanka na wolnych Polaków trwa.To nie rok 1981, to rok 2020.

Joanna Wasilewska