Z tych “nerwów” Roma poszła do spiżarni nalać sobie kieliszek dereniówki. Szybko wypiła i dla niepoznaki wzięła ze sobą garnek ze śmietaną – niby to potrzebnej do gotowania obiadu. To tak, żeby się Karol nie zorientował. Ale Karol był jak najdalszy od jakichś podejrzeń bo jego uwaga i myśli krążyły wokół tego co mówił Rysiak. A on kończył spokojnie obiad a potem wytarł usta, spojrzał na Romę i nieznacznie mrugnął a Roma mimowoli się zarumieniła. Nawet nie tyle zarumieniła ile na jej długiej szyi wystąpiła taka nieregularna, szkarłatna plamka…

“Matko Boska – pomyślała – co on tak mrugnął – smarkacz jeden – czy zauważył? A może po mnie tak widać?”

Ale długo nie myślała bo Rysiak wstał hałaśliwie i zaczął się zbierać do wyjścia.

– To tak – powiedział na pożegnanie – ja przygotuję co trzeba i za parę dni sprawa będzie załatwiona “na sicher”! Do widzenia!

A dwa dni potem nad małą rodzinką Pańczaków, nad Lonią i nad dwuletnim, tłustym Andrzejkiem – wnusiem Feli zawaliło się niebo i czeluście piekła otworzyły swoje podwoje!

Rysiak majstrując w swojej komórce stracił prawą rękę i poranił lewą. Ręka była rozdarta wybuchem od dłoni aż po łokieć a z lewego przedramienia wisiały frędzle mięśni i skóry. Na odgłos wybuchu Lonia i Lusia wyleciały z kuchni. Starego Pańczaka nie było bo poszedł po chleb. Wrzask kobiet ściągnął sąsiadów, którzy przybiegli i zabrali Ryśka na kocu na pogotowie ale felczer Kolenda zląkł się, że z uwagi na dużą stratę krwi Rysiek może nie przeżyć. Połatał go więc jak mógł, pozszywał i obandażował a zaczem w karetkę i hajda do szpitala w Brzozowie. Tę drogę pełną wybojów i kamieni można tylko porównać do drogi, którą potępione dusze idą do piekła! Rysiak był przytomny ale chwilami zapadał, reszta krwi odpływała mu z twarzy i robił się blady jak papier.

W takich chwilach felczer Kolenda prał pięścią Tadka – szofera po plecach żeby prędzej jechał. Tadek, który normalnie nie pozwoliłby sobie na takie traktowanie tym razem nic nie mówił i gnał jakby go goniła śmierć z wyostrzoną kosą. To, że karetka, Tadek a nade wszystko Rysiak wytrzymali tę gehennę trzeba postawić w rzędzie autentycznych cudów bo tego żadną miarą nie da się wytłumaczyć.

Na zwykły rozum Rysiak powinien był umrzeć i leżeć nieżywy! Ale widać Matka Przenajświętsza ulitowała się nad Lonią, Andrzejkiem, Felą i innymi i wyprosiła u swojego Syna życie dla Ryśka Pańczaka – fachury od niewypałów, któremu zdarzyło się zrobić pomyłkę!

Tak – żył – ale co to było za życie?! Wrócił jako kompletny kaleka. Lewe ramię było zdeformowane i poorane bliznami a prawe amputowano aż do pachy. On – człowiek pracy rąk, ślusarz, mechanik, mąż i ojciec – był wrakiem, który nie mógł sobie nawet zapalić papierosa.

Freyowie chodzili jak w malignie. Nikt nic nie mówił i to było jeszcze gorsze. Fela nie wychodziła od Pańczaków a Lonia to jednego słowa nie mogła powiedzieć bez połykania łez!

Roma częściej niż przedtem odwiedzała spiżarnię i w zasadzie było jej teraz obojętne jaką nalewkę pije. Skończyła się dereniówka to otworzyła jałowcówkę. Już też nie poprzestawała na jednym sztaganku ale wypijała dwa jeden po drugim a czasem jeszcze wychodząc ze spiżarni nalewała sobie szybciutko trzeci.

Pełne trzy miesiące Rysiek przesiedział nic nie robiąc. Siedział i ćmił papierosy a czasami pocierał twarz lewą dłonią bo tylko ta mu jeszcze została.

Trzy miesiące bez pracy. Powoli bieda zaczynała tu i ówdzie pokazywać swoje zębiska. Lonia latała do POM-u, ale co tam zarobiła? Jakieś grosze. Trochę ponad tysiąc złociszów na miesiąc. Lusia – przyszywana teściowa – pomagała jak mogła ale starym też się nie przelewało. Fela szarpała się na swojej pensyjce a Karol jako kierownik apteki brał niecałe cztery tysiące. Wszystko to było mało bo dom wymagał nakładów, a do domowych reperacji Karol miał dwie lewe ręce. Rysiak, który przedtem pomagał jak mógł teraz był na bocznym torze.

W tym stanie rzeczy znowu przyszła z pomocą matka. Pani Wanda siedziała w swoim fotelu, słuchała przemówień Gomułki i chociaż wydawało się, że jest poza bieżącymi sprawami to jednak wszystko wiedziała. Może raczej czuła niż wiedziała. Matki zwykle “czują” i przeważnie czują dobrze!

Radio grało nowy przebój Marty Mirskiej “Rozstanie z morzem”, w ogrodzie wiatr zrywał ostatnie liście i w tak smutny czas siedzieli przy stole: pani Wanda, Karol, Roma i Fela. Wtedy też pani Wanda zaczęła mówić.

– Posłuchajcie dzieci. Ja wiem, że jest wam ciężko i teraz po tym wypadku Rysia on nie może pracować. Na szczęście – jak słyszę – czasy są inne. Mamy Gomułkę…

– Mamo – przerwał Karol – z całym szacunkiem ale ten mamy Gomułka to też bolszewik – jeszcze nam to da odczuć – zobaczy mama…

– Nie, nie – Gomułka jest inny – na pewno będzie lepiej… Ale, ale – no więc ja widzę, że wam ciężko i pomyślałam sobie, że zanim umrę to dam wam te pieniądze, które wasz ojciec zostawił i weźcie też tę moją biżuterię. Bądźcie ostrożni. Nie wiem kto by wam to kupił ale może ksiądz prałat kogoś zna… No nie wiem – róbcie jak uważacie. Musicie też pamiętać, że jest was sześcioro więc podzielcie to po równo.. A teraz pójdę się położyć bo widzę, że i Mora coś śpiąca a jak nie damy jej spać to znowu zacznie śpiewać jakieś niemieckie piosenki. No, dobranoc, bądźcie zdrowi a ty Karol przychodź do mnie jutro to ci to wszystko dam.

I poszła. Drzwi od sypialni zamknęły się cicho i tylko słyszeli trzepotanie papugi i jakieś szuranie pantoflami.

“Tak – to by było dobre!” Taka myśl przyszła wszystkim do głowy. A jednocześnie wezbrała w nich fala miłości do rodziców i ich zapobiegliwości i mądrości. Roma zaś “z tych nerwów” wyszła na chwilę niby do kuchni po herbatę ale tak naprawdę do spiżarni gdzie wypiła sobie dwie szybkie wódki. Tym razem jednak nie sprawdzała już jakie.

Staszek zjawił się w Dorniewie zupełnie nieoczekiwanie. Tym razem promieniał! Inny człowiek! Wypoczęty, zadowolony – jednym słowem nie tylko nie wyglądający na swoje 45 lat ale także na to, że przeszedł tyle cierpień. Wytłumaczenie przyszło bardzo szybko: Staszek miał narzeczoną i planował ślub!

Roma i Fela nie posiadały się z radości. Karol też ale trochę powściągliwiej. Zaraz po pierwszych powitaniach i pytaniach kobiet był obiad a potem obaj bracia wybrali się na dłuższy spacer, żeby jak to się mówi “zaczerpnąć świeżego powietrza”.

Staszek opowiadał, że po wyjściu z więzienia nie mógł dojść do siebie, nie spał a jak już zasnął to miał upiorne majaki, z których zrywał się krzycząc coś bezładnie i bełkotliwie. Pracować niby pracował ale już bez tego entuzjazmu co kiedyś. Tak, dalej kochał zwierzęta i cierpiał w ich chorobach wraz z nimi ale był jakiś nieobecny – miał uczucie, że stoi jakby koło siebie. Miał wrażenie, że jest swoim własnym obserwatorem, który nie angażuje się w swoje działania bo one nie są jego. Dziwaczne uczucie. Czasami miał wrażenie, że cierpi na rozdwojenie jaźni i bał się, czym naturalnie sprawę jeszcze bardziej pogarszał. Nie było wątpliwości, że przeżył ciut, ciut za dużo i jego organizm zaczynał reagować w nieznany sposób – budując jakiś tajemniczy system obronny. Był zmęczony i ogarniała go depresja, która powoli zaczęła wysysać wszystkie siły.

Taki stan rzeczy trwał parę miesięcy – do czasu gdy pewnego dnia przyjechał do niego w odwiedziny Jacek. Był jakoś w okolicy. Przyjechał nie sam. Wraz z nim była kierowniczka wydziału kadr Komendy Wojewódzkiej MO – Elżbieta Tarska. Wspólna kolacyjka, jakiś spacer, a potem – w parę dni po ich wyjeździe Staszek zorientował się, że o niczym innym nie może myśleć tylko o tym aby się znowu z nią zobaczyć. To było akurat wtedy gdy na fali zmian przesunięto Jacka z pionu gospodarczego w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych do Komendy MO na stanowisko kierownika Sekcji Paszportowej. Marząc o ponownym spotkaniu z Elżbietą, Staszek wygłodzony długim postem łaknął jej jak powietrza. Ale nie tylko to – oto czuł, że budzi się w nim coś co można by nazwać fantastycznym lekarstwem na jego depresję. I wyglądało na to, że Elżbieta jest dla niego idealną partnerką. Podobnie jak Staszek po obozie koncentracyjnym, samotna i szukająca. Miłość buchnęła jasnym płomieniem. I gorącym!

– To co – mówił Karol – będziesz się żenił?

– No jeszcze nie – ale mamy takie plany. Narazie przeniosłem się do Rzeszowa i mieszkamy razem.

– To nie mów o tym matce bo wiesz jak jest – będzie się martwić, że bez ślubu…

– Dobrze.

– Staszek – chciałem ci powiedzieć, ze mama postanowiła podzielić między nas te pieniądze, które zostawił tata. I swoją biżuterię. Nie wiem gdzie by to sprzedać. Teraz już podobno wolno. Mówiła, żeby popytać proboszcza, że może kogoś zna… Wiesz – teraz po tym wypadku Ryśka bieda u nich a i nam się tu nie przelewa bo ten dom to – mówię ci – kosztuje i kosztuje. Studnia bez dna. W Zarządzie Aptek mówią, że to moja sprawa, bo dom należy do nas a nie do państwa. Domu – jak mówią – nie upaństwowili – apteka płaci czynsz – więc reperacje należą do mnie.

– Tak, tak – ja wiem, że to tak jest. Nie zazdroszczę. Trzeba będzie dać znać Tadziom o tej darowiźnie. Ewa się ucieszy. Ale, ale – a co z Józiem i Helą – dawali coś znać?

– Tak – Hela pisała po przyjeździe – ale wiesz jak ta poczta z Zachodu długo idzie! Pierwszy list szedł chyba cztery tygodnie. Hela pisała, ten dom Józia pięknie położony i bardzo wygodny – nie taki prymityw jak tu u nas. Auto ma i duży ogród. Podobnież zamożny bardzo. Co się dziwić? Przez trzydzieści lat tylko ciułał, nigdzie nie jeździł, domu nie miał to pieniędzy zebrał do przesytu. Nie wiem czy te pieniądze od mamy będą mu potrzebne ale jego część trzeba mu odłożyć – to pewne.

Fela pewnie wszystko odda Loni. Wiesz Staszek – nie mogę sobie darować tego wypadku Rysia! Jak ja mogłem na to pozwolić?!?! Ta wściekła kasa to jest jakieś przekleństwo! Już mi się odechciało tego otwierania! Najchętniej to bym o niej zapomniał albo zamurował na amen – niech tam siedzi do skończenia świata! Tylko kłopoty przez nią! A cały czas jest zamknięta! Wyobrażasz sobie co by było gdyby była otwarta? To by nas dopiero problemy zalały!

– Eee, co ty mówisz? Wcześniej czy później trzeba ją będzie otworzyć. Teraz już jest inaczej – nie trzeba się ze wszystkim kryć – nie tak jak przedtem. Jacek mówił, że wszystko przycichło i jest takie niepisane przykazanie, żeby starzy ubowcy siedzieli spokojnie, uszy położyli i czekali bo inaczej to drogo zapłacą za to co wyprawiali. Jacek niby się nie boi ale mówię ci – też zmarkotniał.

– Masz rację. Dusia – jak tu ostatnio była też coś o tym mówiła ale w sumie była zadowolona, że Jacka przeniesiono do MO. A poza tym w tej sekcji paszportowej nie ma tak za dużo roboty więc Jacek więcej jest w domu. Nie tak jak przedtem – ciągle w terenie.

– Taaak – Jacek do dobry chłopak… Pomógł nam jak nikt inny. Specjalnie mnie. Co by nie powiedzieć – gdyby nie on to bym chyba tego nie przeżył. Jakie to szczęście, że ściągnął mnie wtedy z tego wściekłego Gorzowa tu na rzeszowszczyznę. Tam to by mi łupnia dali. Już próbowali ale przyszło pismo o przeniesieniu sprawy do Rzeszowa i musieli się odczepić – psy jedne! A poza tym czuwał nad nami – no nie?

– To prawda. Wiesz Staszek – wiele razy myślałem o tym co mi kiedyś mówiłeś, że nasz tata zrobił z niego takiego Wallenroda. Jak ty myślisz – czy to naprawdę możliwe? Myślisz, że tata mógł być tak przewidujący? Przecież to super dyplomatyczna żeby nie powiedzieć szpiegowska gra! Sądzisz, że był do tego zdolny?

– Nie mam pojęcia ale sam wiesz jak było. Nikogo wam nie dokwaterowali, wszyscy jakoś przeżyliśmy, pracujemy, Hela z Zosią wyjechały na Zachód… Acha – jeszcze ci coś powiem bo zapomniałem – Jacek mi mówił, że ten Moczar, który teraz jest wiceministrem MSW to jakiś jego kumpel z lasu. Podobno znał go w czasie wojny gdzieś w lubelskiem. Inna rzecz, że co ten twój zięć robił w czasie okupacji pozostaje dla mnie zagadką.

– Przecież wiesz, że był w lesie i tam się zwąchał z komunistami. Jak chcesz to go zapytaj.

– Nie. Jakby chciał mówić to by powiedział. Nie moja rzecz. Tak czy siak – jak będziemy mieć wesele to zabawimy się na całego – Staszek zmienił temat. A co do tych kosztowności od mamy to może faktycznie idź do proboszcza. On swój człowiek i do tego zna kupę ludzi.

I tak się rozstali. Staszek wyjechał a Karol wybrał się na wizytę do księdza proboszcza prośbą o pomoc w znalezieniu kogoś kto by kupił freyowskie precjoza.