Zuza z Leonem przyjeżdżali co miesiąc z pieniędzmi za  dzierżawę. Zwykle zostawali na kolacji, opowiadali o  bazarze, plotkach i  handlu. To były złote czasy dla „Różyckiego” i pomimo otwarcia nowego targowiska – tak zwanych „Ciuchów”  na Skaryszewskiej – interesy szły jak najlepiej.

Zuza nie posiadała się z radości i pełna była wdzięczności za tę dzierżawę. Za każdym razem ponawiała ofertę kupna budki i całego interesu, ale  Aniela za każdym razem odmawiała mówiąc ze śmiechem, że może jeszcze  na stare lata wróci na bazar.

Oczywiście, to były tylko żarty, ale w rzeczywistości mamie Anieli trudno było zerwać stare więzi. Ten bazar był dla niej wspomnieniem, miłością i co by nie powiedzieć, źródłem doskonałego dochodu, który był stały i pewny. Nawet wysoka cena proponowana przez Zuzę, nie zrekompensowałaby tego.

Tak było co miesiąc, ale w czasie wrześniowej wizyty Zuza przyjechała z malutkim dzieckiem. W pieluszkach.

-Co, jak, kiedy – wszyscy pytali – dziwiąc się, bo przecież nikt wcześniej nie widział ciąży, ani nie słyszał, żeby Zuza o niej mówiła.

-To nie moje – zaśmiała się serdecznie – ktoś zostawił przed naszą budką. Nikt nic nie wie. Pytaliśmy wszystkich i nic. Leon też nie wie, a jak on nie wie, to znaczy, że to dziecko musiało z nieba spaść, bo Leon wie o wszystkim co się na bazarze dzieje.

A Leon pałaszował pierogi ze śmietaną i z pełną gębą kiwał tylko głową. Takich pierogów jak u mamy Anieli nie było nigdzie na całym Bożym świecie. Leon przepadał za nimi i jak przychodził to zawsze musiały być. Bez najmniejszego wysiłku potrafił zjeść kopę. Tym razem też zajadał jakby od miesięcy nic nie miał w ustach, ale jedząc, wszystko słyszał i widział, bo taki już był, że nic nie uchodziło jego uwagi.

Tym razem nawet on nie potrafił wytłumaczyć co się stało.

Zawiniątko z noworodkiem znaleziono przed codziennym otwarciem budki. Bazar był jeszcze prawie pusty, w przedświtowym półśnie, sprzedawcy odsuwali deski, którymi zabezpieczano budki, rozpakowywali towar i jak zwykle krzątali się pojadając ze słoików żur, przygryzając świeżym chlebem i popijając herbatę z wódką.

Nagle usłyszano płacz dziecka. Zawiniątko leżało tuż przy budce Zuzy. Wzięła je więc i oto jest.

Mama Aniela, Witkowie, Fonso i dzieci – wszyscy patrzyli na niemowlaka. Takie przypadki nie były znowu takie rzadkie i wszyscy o nich wiedzieli. Młode dziewczyny zachodziły w niechciane ciąże, bywały gwałcone, maltretowane, zagubione i zdesperowane. Potem rodziły i w rozpaczy zostawiały dzieci gdzie popadnie. Odwożono je czasem na milicję, albo do szpitala, ale to były wyjątki, bo w większości przypadków pozostawione noworodki umierały.

Tuż po wojnie takich niechcianych dzieci było znacznie więcej, ale to były rozchwiane czasy, pełne wojennych, niedokończonych spraw i  gwałtów, które pozostawiały niewyobrażalne rany.

Początek lat sześćdziesiątych był bez porównania spokojniejszy i bardziej praworządny, ale mimo to, takie przypadki nie były rzadkością.

Okazywało się, że czterdziestopięcioletnia Zuza żadną miarą nie chce się zająć wychowaniem dziecka.

-Naprawdę nie mam na to czasu – tłumaczyła się z rumieńcem na twarzy – cały czas na bazarze, praca – wiecie jak jest. Przywiozłam, bo u was tyle dzieci to może i jeszcze jedno by się wychowało, ale jak nie to oddam do szpitala, albo może komuś dobremu, żeby się zaopiekował. To chłopczyk.

Przez  chwilę zapadła cisza, ale zaraz potem Renia, która od przyjścia Zuzy nie mogła od zawiniątka oderwać oczu,  powiedziała szybko:

-Proszę, proszę, położymy je koło Marysi…

Witek otworzył szeroko oczy, chciał coś powiedzieć, ale poczuł, że mama Aniela kopie go w nogę i oczami daje znać, żeby cicho siedział.

I noworodek został. Nazwano go Krzyś i położono w wózku, tuż koło łóżeczka Marysi.

A wieczorem, po wyjściu Zuzy z Leonem, gdy w kuchni została tylko mama Aniela z Witkiem przyszedł czas na rozmowę.

Jak zawsze w trakcie poważnych chwil Aniela postawiła na stole wódkę i coś pod nią.

-To nie jest błaha sprawa – zaczął Witek – Renia nawet mnie nie zapytała co o tym myślę. A poza tym jak to załatwić? Jak zarejestrować? Przecież to jest czyjeś dziecko! Ale nas ta Zuza wpakowała!

Ale Aniela była spokojniejsza.

-Co się będziesz na zapas martwił. Narazie jest jak jest. Chleba i mleka jeszcze u nas – chwalić Pana Boga – nie brakuje. O tym jak je zarejestrować to na razie nie myśl. Moja głowa.

Tak więc Witek dał spokój, sprawy zostawił kobietom, tym bardziej, że całkiem nieoczekiwanie pojawiła się możliwość, która bardzo wiele zmieniła.

Zaczęło się od tego, że w „Kamieniołomach” pojawił się nieznany wcześniej gość – niejaki pan Zbigniew – „królewiątko czosnkowe” – plantator i bogacz, który do „Europejskiego” przyjeżdżał amerykańskim „Cadillakiem” i miał własnego kierowcę.

Warszawa 1962-go to było już w ogromnej mierze odbudowane, nowe Miasto. To prawda, że gdy patrzyło się z trzydziestego piętra Pałacu Kultury widziało się – zwłaszcza po zachodniej stronie – jeszcze wiele ruin, ale to już były jedne z ostatnich, nielicznych wspomnień wojennej tragedii. Takie ulice jak Pańska, Twarda, Śliska, Krochmalna i inne, aż do Towarowej to jeszcze były rudery, w których ludzie mieszkali w ciężkich, często niebezpiecznych warunkach, bez podstawowych wygód. Miało się to niebawem skończyć, bo cały czas burzono, a potem  budowano i wytyczano nowe ulice i tereny pod nową zabudowę.

Coraz częściej mówiono o mającym wkrótce powstać wielkim osiedlu mieszkaniowym „Za Żelazną Bramą” i o nowych planach zagospodarowania  bliskiej Woli.

Inne, mniej przez wojnę zniszczone dzielnice, przedstawiały się o niebo lepiej. Na bliskim Mokotowie, tuż koło Placu Unii Lubelskiej, otworzono nowoczesny pawilon spożywczy „Super Sam”, wraz z wielkim barem „Frykas”, w którym pięknie wystawione, w podgrzewanych gablotach, dania przyciągały klientów.

Z  Zacisza na Mokotów to była cała wyprawa, ale któregoś dnia Witek wziął Renię i starsze dzieci na wycieczkę właśnie do „Super Samu”. Dzięki  „warszawie” jazda była wygodna. Wysłużony motocykl przeszedł już na emeryturę i Witek rozkoszował się autem.

Było późne lato i całe miasto rozbrzmiewało piosenkami z dopiero co zakończonego Festiwalu w Sopocie. Ciągle jeszcze wspominano niezapomnianą piosenkarkę Ludmiłę Jakubczak, która niecały rok wcześniej zginęła w wypadku, bo jej powszechnie lubiana piosenka „Gdy mi ciebie zabraknie”, też była w Sopocie śpiewana. Wykonała ją  Hanna Rek. Śpiewano też „Najtrudniejsze są chwile pożegnań” Ireny Santor, a także piosenki Połomskiego, Karin Stanek i innych, ale „Gdy mi ciebie zabraknie” królowała.

Od czasu gdy przyniesiony przez Zuzę i Leona mały Krzyś zamieszkał w domu na Zaciszu, Renia ocknęła się ze swojego smutku i niezrozumiałego poczucia winy.

Pewnej gorącej nocy, gdy wreszcie, po długich miesiącach chłodu, przytuliła się do Witka, coś w niej pękło i wyłkała mu do ucha długo wstrzymywane wyznanie.

-Dlaczego tak się stało – płakała cicho – dlaczego??? Witek – powiedz, czy to moja wina…spytała nagle z żałością.

A Witek czuł na swojej twarzy jej łzy, jej gorący oddech, cierpienie i aż się rzucił jak uderzony batem.

-Czyś ty dziewczyno oszalała? Czyś oszalała? Jaka wina? O czym ty mówisz? To nasza córeczka! Najlepsza!

I Renia słuchała tego jak najpiękniejszej melodii i chociaż Witek mówił to przedtem wiele razy, to teraz brzmiało jakoś inaczej. Nie ulegało kwestii, że to „inaczej” stało się za sprawą Krzysia, który jakby chcąc nadrobić za Marysię i za siebie, darł się wielkim głosem, gaworzył, jadł za dwoje, śmiał się i w ogóle pełny był energii i radości.

Czasami Renia kładła dzieci w łóżeczku koło siebie i widać było wyraźnie, że Marysia ożywiała się, uśmiechała, a raz nawet sama przekręciła główkę w kierunku braciszka.

Chociaż od chwili przyniesienia Krzysia mijał już rok, to cały czas nic nie było wiadomo. Leon węszył, pytał i szukał, a wraz z nim szukał cały bazar, bliskie i dalekie okolice, a wreszcie niemal cała Praga, bo Leon miał swoje kontakty w wielu miejscach, znał chłopaków nawet po lewej stronie Wisły i jego „śledztwo” objęło Powiśle, Czerniaków, a nawet dalekie Siekierki. Wszystko na nic. Nikt nic nie wiedział. I to było dziwne, a nawet bardzo dziwne, bo w poszukiwaniach brali udział nie tylko chłopcy z dzielnic, ale także ich dziewczyny, koleżanki dziewczyn, ich chłopaki, ekschłopaki i kto tylko mógł.

-Ktoś, coś musi wiedzieć – myślał Leon – ale wyglądało na to, że w tym przypadku się myli.

To było naprawdę dziwne, bo Leon był zazwyczaj niezawodny. Tym razem jednak  jakoś nie dawał rady. Niemniej obiecywał sobie, że sprawy, bez odpowiedzi nie zostawi.

Tymczasem – jak to już wcześniej zostało powiedziane – do „Kamieniołomów” w Hotelu Europejskim, zaczął przyjeżdżać niejaki pan Zbigniew, który sam siebie nazywał „królem czosnku”.  Wraz z nim otworzyły się dla Witka możliwości, które coraz bardziej zaczęły mu zaprzątać uwagę.

Ogrodnicze produkcje przeżywały wtedy wspaniałą, nieprzerwaną koniunkturę, a ci którzy się nimi trudnili napychali kieszenie, niebywałymi jak na ówczesne warunki zyskami. Nazywano ich „badylarzami”. To było trochę pogardliwe, trochę łączące ich z dawnymi kułakami, ale sami ogrodnicy nic sobie z tego nie robili. Czasy polowań na kułaków i spekulantów minęły, gorączka ideologiczna osłabła, a wszyscy chcieli kupować świeże warzywka, doskonałe koksy, renety, cortlandy i inne.

W wielu podmiejskich gospodarstwach powstawały szklarnie, dobrze zorganizowane gospodarstwa, a wraz z nimi budowano piękne domy, obok których widziało się Mercedesy, Fordy i Volva.

Reżim patrzył na to spod przymrużonych powiek dobrze wiedząc, że w każdej chwili może na tych bogactwach położyć swoją „sprawiedliwą, ludową, karzącą dłoń”. Narazie pozwalano.

Jednym z takich „wyżartych” badylarzy był właśnie pan Zbigniew. Specjalizował się w czosnku.

W „Kamieniołomach”  był dość częstym, ale nie za częstym, gościem. Jego Cadillak czekał wraz z kierowcą całą noc, aż „król” łaskawie wytoczy się z lokalu.

Przychodził z dużym towarzystwem, jadł smacznie, pił dobre trunki, śmiał się serdecznie, rozsiewał zapach dobrej wody kolońskiej i gdy płacił nigdy nie wyjmował żadnego portfela, tylko wyciągał banknoty z różnych kieszeni luzem, czasem pogniecione, czasem złożone w pół, tak jakby cały był nimi naładowany.

Witek znał to jeszcze z dawnych lat. Starzy kelnerzy mawiali, że prawdziwie bogaty gość nigdy nie trzyma pieniędzy w portfelu. Ktoś, kto przy płaceniu wyciągał portfel, w którym miał porządnie ułożone, policzone  banknoty, nie był dla nich tzw. „płacącym gościem”. Ten, który prawdziwie „płacił” nie miał policzonych pieniędzy i nigdy się z nimi zbyt czule nie obchodził. W jednej kieszeni zwitek pięćsetek, w innej też parę tysięcy, jeszcze w innej coś jeszcze… Taki gość nie liczył wysokości zostawianego napiwku.

Otóż takim był właśnie gościem był pan Zbigniew.

-Dwa wagoniki czosneczku poszło! – mówił swoim tubalnym głosem, tak żeby go słyszano.

-Poszło, sprzedane i teraz można się trochę zabawić!

Takie były wejścia pana Zbigniewa do lokalu.

Witek obsługiwał go nie raz, a robił to tak sprawnie, że któregoś wieczoru pan Zbigniew zagadnął go czy nie chciałby z nim wypić koniaczku i pogadać o pewnym interesiku.

-Teraz nie mogę, bo sam pan rozumie – praca – uśmiechnął się Witek  -ale zaraz po zamknięciu, jeśli pan szanowny będzie miał życzenie, to służę uprzejmie…

Pan Zbigniew „miał życzenie”, więc po zamknięciu lokalu przysiedli na chwilę przy opustoszałym już barze.

Pan Zbigniew proponował nie tyle interes, co po prostu pracę przy organizacji i obsłudze wesela córki.

-Widziałem pana w pracy – mówił smakując koniaczek –  zasięgnąłem języka i widzę i słyszę, że z pana jest niezły, przedwojenny fachowiec! Widzi pan, panie Witku kochany, to jest wesele mojej córeczki i chciałbym, żeby to było takie wesele jakiego nie było! Żeby wszystko było  tip-top-mucha-nie-siada! Rozumiemy się? Będą różni sławni ludzie, będzie ktoś z rządu – jednym słowem – zabawa na sto dwa! I musi być elegancko! Mówiono mi, że pracował pan na jakichś rządowych przyjęciach, to rozumiem, że wie pan co i jak!

-Aaa – i o pieniążki proszę się nie martwić!

Witek słuchał z  zaciekawieniem. Od dłuższego już czasu nie dostawał zaproszeń na rządowe czy partyjne rauty, ale tłumaczył to sobie tak jak inni, a mianowicie wprowadzonym przez Gomułkę oszczędnym stylem pracy. Pewnie, że nie wszyscy się tym skąpstwem pierwszego sekretarza przejmowali i taki premier Cyrankiewicz zawsze lubił dobre jedzenie i dobre alkohole, ale ogólna tendencja była taka, żeby się nie afiszować.

W ten sposób doskonały, dodatkowy zarobek przepadł jak kamień w wodę. Teraz pojawiała się inna możliwość, więc dlaczego nie?

-Nie ma problemu, szanowny panie! Zrobimy takie weselisko, że ludzie długo o nim nie zapomną! – odpowiedział bez dłuższego namysłu.

-No to rąsia, panie Witku i napijmy się za powodzenie!

Pan Zbigniew nie posiadał się z radości i stawiając pusty kieliszek dodał niecałkiem wytwornie:

-Ja, panie Witku, to zawsze dostanę to co chce! Wszyscy lubią moje pieniążki!

Mówiąc to wepchnął Witkowi pięćset złotych do butonierki.

-Na dobry początek, panie Witku! Żeby się nam dobrze pracowało!

I w taki sposób Witek poznał zupełnie nowe, nieznane mu środowisko, o którego istnieniu nie miał wcześniej zielonego pojęcia. To byli ludzie, którzy jak sami mówili  „ciężko na swój kawałek chleba pracowali i dzięki temu mogli na nim położyć odrobinę kawiorku”.

Wielkie przyjęcie odbywało się w połowie września. Pogoda była jak wymarzona, panna młoda olśniewająca, goście wspaniali, a wszystko razem nie mogło być lepsze! Ślubu udzielał biskup, operowa śpiewaczka śpiewała „Ave Maria”, a przed kościołem stał wspaniały Rolls Royce.

Goście wysypali się szeroko. Panowie wyciągali amerykańskie papierosy, trzaskali zapalniczkami, kelnerzy roznosili powitalny szampan, strzelały korki i wszędzie było radośnie i swobodnie.

Wyglądało na to, że to nie jest szara, socjalistyczna Polska, ale przyjęcie gdzieś w Ameryce, czy  jak mówił  jeden z gości „w jakiejś innej Kalifornii”!

A gdy było już po deserach i zaczęła się niezgorsza pijatyka, podszedł do Witka jeden z gości i zaproponował mu pracę.