Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez cór­kę autor­ki Książ­ki Bab­ci, Jolan­tę: Od lewej sto­ją: z tyłu Jan Kra­mar­ski i Jani­na Kra­mar­ska. Z przo­du: Józef Wil­czyń­ski, Marian Kra­mar­ski, Adam Kra­mar­ski, Lud­mi­ła Sucho­dol­ska, Ste­fan Kra­mar­ski (tyłem), Kry­sty­na Kra­mar­ska (autor­ka Książ­ki Bab­ci), Maria Sowic­ka, Jan Any­szek, Jan Dzióbek.

Ire­na z Wil­czyń­skich Mączyń­ska ma jed­ne­go syna Jac­ka, miesz­ka przy ul. Dzier­żyń­skie­go. Jacek jest nie­zmier­nie podob­ny do swe­go dziad­ka, a mego wuja Kazi­mie­rza, jak­by na potwier­dze­nie praw natu­ry. Rodzi­na Ire­ny ogrom­nie lubi zwie­rzę­ta, jest to aż rozczulające.

Oprócz tej naj­bar­dziej zży­tej rodzi­ny prze­wi­ja­li się przez moje dzie­ciń­stwo jesz­cze inni krew­ni, ale wła­ści­wie tyl­ko krew­ni. Nie pamię­tam, żeby rodzi­ce szu­ka­li przy­jaź­ni mię­dzy obcy­mi ludź­mi. Owszem, mie­li bar­dzo dużo zna­jo­mych, z któ­ry­mi łączy­ła ich pra­ca, kole­żeń­stwo czy inte­re­sy, ale chy­ba naj­więk­szą przy­ja­ciół­ką mamy była cio­cia Waler­cia, a ojca dzia­dek Feliks i wujek Józek.

Na rodzi­ców chrzest­nych wybie­ra­li zawsze człon­ków rodzi­ny i tak: Maria­na trzy­ma­ła bab­cia Felik­sa i wujek Józek, Janecz­kę bab­cia Anto­ni­na i stryj Alfred, mnie dzia­dzio Feliks i cio­cia Tomia­ko­wa, Ada­ma wujek Kazek i cio­cia Jan­ka, Ste­fa­na bab­cia Felik­sa i jedy­ny obcy p. Miko­łaj Cichy (nie wiem, kto to był, taki był cichy), Halin­kę cio­cia Waler­cia i dzia­dzio Feliks, Józi­ka bab­cia Felik­sa i wuj­cio Pio­truś. Mamu­sia trzy­ma­ła Mary­lę Flor­czyk, Zoś­kę Rut­kow­ską jed­no z Wil­czyń­skich, a ojciec trzy­mał Wie­sła­wa Flor­czy­ka i Zyg­mun­ta Wilczyńskiego.

Czę­sto zja­wiał się u nas brat ojca, stryj Alfred Kra­mar­ski, wiel­ki miło­śnik dzie­ci, na wła­sne dłu­go nie mógł się docze­kać. Sta­wał w drzwiach obwie­szo­ny zabaw­ka­mi i patrzył, jakie to na nas robi wra­że­nie. Musiał moc­no stać, żeby­śmy go nie prze­wró­ci­li, gdy każ­de chwy­ta­ło za wyma­rzo­ne cac­ko, a umiał pod­pa­try­wać nasze zachce­nia (potem miał syna, rów­nież Alfre­da, któ­ry rzu­cił się w wir inte­re­sów). Stryj był inż. archi­tek­tem (jak wujek Józek Wil­czyń­ski), robił pie­nią­dze i jakoś bra­cia odsu­nę­li się od sie­bie; widocz­nie róż­ni­li się poglą­da­mi, a i wyglą­dem rów­nież, bo stryj podob­ny był do mat­ki zupeł­nie, a nasz ojciec do dziadzia.

Stry­jo­stwo darzy­li nas zawsze wiel­ką przy­jaź­nią, ale żyli­śmy raczej na odle­głość. Stryj był rycer­ski wobec naszej mamy, wyra­żał się o niej z naj­wyż­szym uzna­niem. Mama pod­czas nie­spo­dzia­nych spo­tkań na uli­cy pro­wa­dzi­ła z cio­cią Zosią (stry­jen­ką) dłu­gie roz­mo­wy, były prze­cież kole­żan­ka­mi, mia­ły za sobą wspól­nie prze­ży­tą mło­dość. Cio­cia inte­re­so­wa­ła się naszy­mi postę­pa­mi w nauce i chęt­nie widzia­ła­by nas u sie­bie, ale my do miesz­ka­nia stry­jo­stwa cho­dzi­li­śmy bar­dzo rzad­ko, na uro­czy­ste oka­zje i dotąd wła­ści­wie nie wiem dla­cze­go. Że stryj Alfred Kra­mar­ski bar­dzo kochał bra­ta, moje­go ojca, dowo­dził gło­śny płacz, jakim zaniósł się na uli­cy na wia­do­mość o jego nagłej śmier­ci 11 czerw­ca 1937 r. Sam zmarł w dwa mie­sią­ce po nim, tego same­go dnia 11 sierp­nia. Że mama moja była bar­dzo miłą oso­bą dla ciot­ki, wnio­sku­ję z rado­ści jej na każ­dy mój widok, któ­rą pod­kre­śla­ła sło­wa­mi: jaka ty jesteś podob­na do mat­ki. W życiu codzien­nym jakoś dziw­nie ich dro­gi nie scho­dzi­ły się. Naj­czę­ściej spo­ty­ka­li­śmy się w miesz­ka­niu dziad­ków. Stryj Alfred Kra­mar­ski lubił malo­wać. Robił to spe­cjal­ną tech­ni­ką, nie jestem znaw­czy­nią, ale nazwa­ła­bym ją archi­tek­to­nicz­ną. Malo­wał prze­waż­nie wido­ki, umiesz­czał dużo drob­nych, wypra­co­wa­nych szcze­gó­łów. Mnie to odpo­wia­da­ło. Lubi­łam patrzeć na obra­zy stry­ja. W naszym miesz­ka­niu było kil­ka, teraz są u moje­go bra­ta Maria­na. Stryj znał się na sztu­ce i dużo kupo­wał obra­zów. Syn jego Alfred zala­ty­wał do nas, bo nie czuł się dobrze w roli jedy­na­ka (sio­stra Jani­na umar­ła w dzie­ciń­stwie). Stryj nawet miał kie­dyś ocho­tę wziąć któ­reś z nas jako swo­je, ale rodzi­ce nigdy nie zgo­dzi­li­by się na to. Fre­dek był rówie­śni­kiem moje­go bra­ta Ada­ma, więc do nas, star­sza­ków, się nie liczył. Do koń­ca życia narze­kał na brak rodzeń­stwa, nawet, gdy się oże­nił i był ojcem trzech synów. Wdo­wa po Alfre­dzie Kra­mar­skim, Flo­ren­ty­na, oso­ba bar­dzo ener­gicz­na i ogrom­nie przed­się­bior­cza, zgi­nę­ła w wypad­ku samo­cho­do­wym pod Myślenicami.

Wil­lę stry­ja na Sal­wa­to­rze, przy ul. św. Bro­ni­sła­wy 11, w któ­rej stryj zaj­mo­wał pierw­sze pię­tro, a na pod­da­szu miał pra­cow­nię, zamiesz­ku­ją teraz obcy ludzie. Żaden z wnu­ków nie pozo­stał na Sal­wa­to­rze, a prze­cież osie­dle domów urzęd­ni­czych zwa­ne Sal­wa­to­rem powsta­ło według pla­nów wuja Józe­fa Wil­czyń­skie­go i stry­ja Alfre­da Kra­mar­skie­go w r. 1909.

Syno­wie Alfre­da i Flo­ren­ty­ny noszą imio­na: Roman, Zbi­gniew i Mar­cin zwa­ny Mać­kiem. Stryj nie docze­kał żad­ne­go wnu­ka, a tak bar­dzo umiał zachwy­cać się dzieć­mi. Z jaką rado­ścią patrzył na Ewę, gdy przy­je­cha­łam na pogrzeb ojca. Po pro­stu kon­tem­plo­wał każ­dy szcze­gół. Roman, mgr inż. mecha­nik, oże­nił się z Mar­tą Waidu­da, Lwo­wian­ką, jest absol­wen­tem Wydzia­łu Mecha­nicz­ne­go Poli­tech­ni­ki Kra­kow­skiej. Maciek oże­nił się z Lucy­ną Kanior, jest mecha­ni­kiem i kie­row­cą. W chwi­li śmier­ci mat­ki wszy­scy syno­wie byli już żona­ci. Roman ma dwóch synów: Andrze­ja i Sta­ni­sła­wa. Zby­szek, wraz z żoną Kry­sty­ną Budzia­szek, jed­ne­go Ryś­ka, a Maciek Seba­stia­na. Rodzi­na Kra­mar­skich zawsze obfi­to­wa­ła w potom­ków męskich, cór­ki tra­fia­ły się jak rodzyn­ki. W tej chwi­li wśród naj­młod­sze­go poko­le­nia jest sied­miu chłop­ców, o dziew­czyn­ce nie wiem, chy­ba żeby u Maćka.

Miej­scem, gdzie z sio­strą cho­dzi­ły­śmy bar­dzo chęt­nie był domek Sawic­kich przy ul. Emaus 33. Piszę Sawic­kich jak­kol­wiek oni teraz nazy­wa­ją się Sowic­cy, podob­no błąd w metry­kach. Wte­dy jesz­cze pisa­li się Sawic­cy. Cio­cia Sta­ni­sła­wa z Wil­czyń­skich Sawic­ka, stry­jecz­na sio­stra mamy i jej rówie­śni­ca, umia­ła stwo­rzyć atmos­fe­rę odpo­wied­nią dla młodzieży.

Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez Kry­sty­nę Kra­mar­ską-Any­szek, autor­kę Książ­ki Bab­ci: Bab­cia Karo­li­na Wil­czyń­ska, z domu Wagner, żona Miko­ła­ja, z dzieć­mi: Sta­ni­sła­wa Wil­czyń­ska, Józef (gene­rał Józef Olszy­na-Wil­czyń­ski), Wlhelm, Anna.

Była nie­sły­cha­nie żywot­na, bar­dzo inte­li­gent­na, peł­na ini­cja­ty­wy i mia­ła środ­ki mate­rial­ne do reali­zo­wa­nia swo­ich pomy­słów. Dom pełen był gwa­ru i śmie­chu. Przy­jaź­ni­ły­śmy się ser­decz­nie z naj­star­szą jej cór­ką Mary­sią, a że przy­jaźń prze­trwa­ła do dzi­siaj więc i wy ją znacie.

Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez cór­kę autor­ki Książ­ki Bab­ci, Jolan­tę. Od lewej: Hali­na Sowic­ka, Kry­sty­na Kra­mar­ska (autor­ka Ksiaż­ki Bab­ci), Mary­sia Sowic­ka, Jani­na Kramarska.

Mary­sia Sawic­ka była dla nas jak­by star­szą sio­strą. Mia­ła trzy zain­te­re­so­wa­nia: Kra­ków, książ­ki i robo­ty ręcz­ne. Dzie­li­ła się z nami chęt­nie swo­imi spo­strze­że­nia­mi, uczy­ła nas nowych robó­tek, a zna­ła ich bar­dzo wie­le, dawa­ła rady, co czy­tać. Była bar­dzo zdol­na i dzię­ki swo­jej pil­no­ści zdo­by­ła dużą wie­dzę odno­śnie histo­rii Kra­ko­wa. Póź­niej otrzy­ma­ła zło­tą odzna­kę m. Kra­ko­wa. Wte­dy roz­po­czy­na­ła dopie­ro swo­ją karie­rę zapi­su­jąc się na pierw­szy zor­ga­ni­zo­wa­ny kurs prze­wod­ni­ków po Kra­ko­wie i temu zawo­do­wi zosta­ła wier­na ko koń­ca życia. Mia­ła wiel­ką łatwość rymo­wa­nia, na wie­lu impre­zach recy­to­wa­ne były jej kra­ko­wiacz­ki, szop­ka, bal­la­da o Zwie­rzyń­cu. Bar­dzo szko­da, że dotąd jej oko­licz­no­ścio­we utwo­ry nie zosta­ły zebra­ne w jed­nym zeszy­cie, szko­da, aby tyle dow­ci­pu poszło w nie­pa­mięć. Była u nas czę­stym i mile widzia­nym gościem, cho­dzi­ła z nami na stu­denc­kie bale, jeź­dzi­ła na kuli­gi. Życie pry­wat­ne nie uło­ży­ło się jej pomyśl­nie. Mło­dy czło­wiek, z któ­rym sym­pa­ty­zo­wa­ła, zgi­nął tra­gicz­nie w cza­sie oku­pa­cji. Dobrze, że wybra­ny przez nią zawód dał jej satys­fak­cję i zyskał uzna­nie wśród miło­śni­ków Krakowa.

Cio­cia Sta­ni­sła­wa Wil­czyń­ska-Sawic­ka mia­ła jesz­cze dwóch synów: Ste­fa­na i Tade­usza, i naj­młod­szą, drob­ną, ete­rycz­ną Halin­kę, któ­ra wte­dy była zupeł­nie małą dziew­czyn­ką i sta­wia­ła pyta­nia w rodza­ju: Po co mamy w nosie prze­gród­ki? (odpo­wiedź: żeby się kozy nie pobodły).

Zdję­cie poda­ro­wa­ne Kry­sty­nie Kra­mar­skiej-Any­szek z pod­pi­sa­mi na odwro­cie: Maryś­ka Sawic­ka, Halu­sia Sawic­ka. Kra­ków 10 XI 1929 r.

Ste­fan Sawic­ki, uczeń szko­ły kadec­kiej, mun­du­rem nada­wał szy­ku, według przy­sło­wia „za mun­du­rem pan­ny sznu­rem”. Uczył mnie jeź­dzić kon­no, nie­ste­ty bez spe­cjal­nych efek­tów oprócz olbrzy­mich sinia­ków na nogach, za któ­re od ojca otrzy­ma­łam upo­mnie­nie. Ze szko­ły przy­wo­ził nowi­ny o naj­now­szych tań­cach i wdra­żał nas w tajem­ni­ce nowych tanecz­nych pas. Na moim ślu­bie wystą­pił pierw­szy raz z sza­blą, był już po nomi­na­cji ofi­cer­skiej (1935). Krót­ko cie­szył się uzy­ska­ną ran­gą. Po wojen­nych przy­go­dach i ponie­wier­ce w kil­ku wię­zie­niach zgi­nął w Oświę­ci­miu w r. 1941.

Ste­fan Sawic­ki. Kra­ków 1930. Zamor­do­wa­ny przez Niem­ców w nie­miec­kim obo­zie zagła­dy Auschwitz w Oświę­ci­miu w 1941 r.

W pierw­szym roku woj­ny oże­nił się z nauczy­ciel­ką Ire­ną Barań­ską (zwa­ną przez Mary­się „Ino­gą”, bo cią­gle sły­sza­ła „Iren­ka, Iren­ka”, więc dla uroz­ma­ice­nia zmie­ni­ła na „Ino­ga”). Jej też się życie nie uło­ży­ło. Zaaresz­to­wa­na przez Niem­ców sie­dzia­ła na Mon­te­lu­pich i wła­ści­wie jej mał­żeń­stwo trwa­ło tyl­ko kil­ka miesięcy.