Kontynuuejemy druk nigdzie nieopublikowanych wspomnień — zapisu dziejów jednej polskiej rodziny, wyimka polskich losów. Tragiczna historia naszych ziem, w wielu wypadkach przerwała ciągłość międzypokoleniowych relacji, dlatego tak ważne są dzisiaj opowiadania o tym, jak było; jak było naprawdę…

Anto­ni­na i Fran­ci­szek Wil­czyń­scy z dzieć­mi w żało­bie po śmier­ci syna Tade­usza. Mię­dzy rodzi­ca­mi Kazi­mierz Wil­czyń­ski. Obok rodzi­ców od lewej: Jani­na Wil­czyń­ska, Wale­ria Wil­czyń­ska, Józef Wil­czyń­ski, Hele­na Wil­czyń­ska (mama autor­ki Książ­ki Babci).

Peł­na życia i ener­gii cały dom trzy­ma­ła w gar­ści, łącz­nie z wycho­wa­niem dzie­ci. Ojciec pro­szo­ny przez nas o pozwo­le­nie na jakąś eska­pa­dę odsy­łał nas do niej ze sło­wa­mi „jeże­li mama pozwoli”.

Może tak uło­ży­ły się te spra­wy dla­te­go, że gdy rodzi­ce mie­li czwo­ro dzie­ci, wybu­chła pierw­sza woj­na świa­to­wa i ojciec jako austriac­ki obe­rleut­nant opu­ścił nas na czte­ry lata. Był na woj­nie od 1.VIII. 1914 r. w kom­pa­nii szta­bo­wej 46 dywi­zji strzel­ców i jako komen­dant kom­pa­nii odbył kam­pa­nię na fron­cie rosyj­skim Lublin Iwan­grod, potem na Woły­niu: Dub­no Bro­dy, a potem na fron­cie wło­skim do 13.XI.1918 r. Otrzy­mał order „Signum Lau­des” 29.VII.1918 r., srebr­ny „Signum Lau­des” 5.IX.1917 r., do tego mie­cze 21.VII.1918.

Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek pod­pi­sa­ła to dwu­stron­ne zdję­cie: Mój ojciec Jan Kra­mar­ski idzie do biu­ra i wraca.
Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek pod­pi­sa­ła to dwu­stron­ne zdję­cie: Mój ojciec Jan Kra­mar­ski idzie do biu­ra i wraca.

W miej­sco­wo­ści XXX nad rze­ką XXX, gdzie front zatrzy­mał się na dłu­żej, zbu­do­wał ojciec most nazwa­ny mostem Kra­mar­skie­go. Mosięż­ną tabli­cę z odpo­wied­nim napi­sem wmon­to­wa­no w filar. Gdy armia zaczę­ła odwrót, ktoś wyrwał tę tabli­cę „Kra­mar­ski Bruc­ke” i przy­niósł ją ojcu. Jako pamiąt­kę rodzin­ną prze­cho­wu­je ją Marian.

Ojciec dłu­go wojo­wał, więc mama przy­zwy­cza­iła się do sta­no­wie­nia o sobie i o nas i to w warun­kach nie­nor­mal­nych. Gdy Kra­ków przy­go­to­wa­no do obro­ny jako twier­dzę i kaza­no wszyst­kim rodzi­nom ofi­ce­rów opu­ścić mia­sto, kie­ru­jąc je do Czech, mama zde­cy­do­wa­ła z miej­sca się nie ruszać. Powo­łu­jąc się na samot­ną mat­kę (tzn. bab­kę Anto­ni­nę) wymo­gła na wła­dzach woj­sko­wych pozwo­le­nie na pozo­sta­nie w obrę­bie twier­dzy, a że musia­ła mieć doku­men­ty moty­wu­ją­ce tę decy­zję, posta­ra­ła się o legi­ty­ma­cje, któ­re potem sta­no­wi­ły źró­dło do żar­tów, mając wszyst­kie jeden punkt zacze­pie­nia. Bab­ka zosta­wa­ła jako wła­ści­ciel­ka real­no­ści, mama jako cór­ka wła­ści­ciel­ki real­no­ści, a my jako cór­ki i syno­wie i cór­ki wła­ści­ciel­ki real­no­ści. Na roz­kaz władz poro­bi­ła wie­le zapa­sów: cukier w gło­wach, wory mąki, poszew­ki od beci­ków peł­ne suszo­nych roga­li, a gdy pew­ne­go dnia odwró­co­no roz­kaz i komi­sje cho­dzi­ły po miesz­ka­niach, aby zare­kwi­ro­wać zgro­ma­dzo­ną żyw­ność, potra­fi­ła wszyst­ko tak ukryć, że nic nie zna­le­zio­no. No, ale mia­ła do dys­po­zy­cji cały dom, była prze­cież „cór­ką wła­ści­ciel­ki real­no­ści”. Mama umia­ła upo­mnieć się o swo­je. Zda­rzy­ło się raz, że ofi­cer austriac­ki ude­rzył bra­ta Maria­na; roz­sier­dzo­na mama wpa­dła do kwa­te­ry ofi­cer­skiej i tak mu nawy­my­śla­ła od „dekow­ni­ków”, że nie wie­dział, gdzie się przed nią schować.

Ze swo­je­go dzie­ciń­stwa pamię­ta­ła mama nie­szczę­śli­wy wypa­dek, któ­ry z bra­ta jej, Tade­usza, zro­bił gar­ba­te­go kale­kę. Słu­żą­ca upu­ści­ła dziec­ko i niko­mu nie powie­dzia­ła. Wobec tajem­ni­czych dole­gli­wo­ści maleń­stwa bab­cia Anto­ni­na roz­po­czę­ła wędrów­kę po leka­rzach, wresz­cie przy­jezd­ny z Wied­nia spe­cja­li­sta stwier­dził, że dziec­ko będzie obu­stron­nie gar­ba­te, bo już za póź­no na ratu­nek i wte­dy dopie­ro wyda­ła się przyczyna.

Stąd mama mia­ła wiel­ki uraz przed zosta­wia­niem nas pod opie­ką słu­żą­cej i nigdy nie zde­cy­do­wa­ła się na to. Wycho­dząc z domu pro­si­ła o zastęp­stwo bab­cię albo któ­reś z rodzeństwa.

Jani­na Wil­czyń­ska-Rut­kow­ska. Dla autor­ki Książ­ki Bab­ci: cio­cia Janka.

Dużo cza­su poświę­ca­ła nam naj­młod­sza sio­stra mamy, cio­cia Jan­ka, wte­dy pan­na na wyda­niu. Przy­cho­dząc na dyżu­ry rozu­mia­ła, że trze­ba się nami zająć. Śpie­wa­ła nam więc roman­tycz­ne bal­la­dy, dekla­mo­wa­ła wier­sze. Wie­le z nich pamię­tam do dzi­siaj. Jeden wiersz robił na nas spe­cjal­ne wrażenie:

Róże panien­kom, tuli­pa­ny mężatkom,

drob­ne kwiat­ki wdowulinkom,

a pokrzy­wy babkom.

Pała­ce panien­kom, kamie­ni­ce mężatkom,

Małe chat­ki wdo­wu­lin­kom, a cha­łu­py babkom.

Do nie­ba panien­ki, do raju mężatki,

Do czyść­ca wdo­wu­lin­ki, a do pie­kła babki.

Jak widać, wier­szyk był nie­zbyt mądry, ale słu­cha­jąc go odczu­wa­ły­śmy ulgę, że nasza uko­cha­na bab­cia „wyso­ka malut­ka” jest wdo­wu­lin­ką, więc nie przy­pad­nie jej w udzia­le to najgorsze.

Wier­sze dekla­mo­wa­ne przez cio­cię mia­ły prze­waż­nie treść patrio­tycz­ną, bo jak wyżej wspo­mnia­łam, taki był bab­ci dom. Oto jeden z nich:

Pośród ste­po­wej, śnież­nej zamieci,

dzwo­nek żało­sny zawo­dzi, jęk

W stro­nę Sybi­ru kibit­ka leci,

z kibit­ki kaj­dan docho­dzi dźwięk.

To na Kam­czat­kę jedzie ofiara,

z ofia­rą mat­ka i mały syn,

Ich potę­pi­ła swa­wo­la cara,

za to, że wol­ni byli od win.

Mamo, mnie zim­no, ja spać chcę, matko,

mamo zdejm z nóg mych żela­za te,

Mamo, gdzie jedziem, gdzie jest nasz tatko,

gdzie domek nasz, zabaw­ki me?

Tak szcze­bio­ta­ło maleń­kie dziecko,

mat­ce po twa­rzy stru­mień łez ciekł,

A Kozak w dziec­ko patrzył zbójecko,

ude­rzył plet­nią i „małcz ty” rzekł.

A oto pio­sen­ka na bar­dzo rzew­ną melodię:

Jedzie, jedzie rycerz zbrojny,

do dom wra­ca z dłu­giej wojny,

Suk­nia jego krwią zbroczona,

sza­bla jego wyszczerbiona.

I wita go ojciec stary,

sio­stry mu wyno­szą dary,

cie­szą się nim bra­cia mili

i sąsie­dzi się cieszyli.

Mat­ko moja, wyjdź z pokoju,

Wszak naresz­cie wra­cam z boju,

Ale oka­za­ło się, że mat­ka już nie żyje:

Ach, nie mogę wyjść do ciebie,

Wszak po moim już pogrze­bie itd.

Taka poezja robi­ła na nas nie­sły­cha­ne wra­że­nie, czu­li­śmy zim­no doku­cza­ją­ce małe­mu, nie­mal łka­ły­śmy z żalu nad żoł­nie­rzem. Dowo­dem, jak bar­dzo to prze­ży­wa­li­śmy jest fakt, że dzi­siaj go pamiętam.

W listo­pa­do­we i gru­dnio­we wie­czo­ry cio­cia Jan­ka zasia­da­ła z nami do robie­nia cacek na cho­in­kę, bo wte­dy nie było baniek, drzew­ko ubie­ra­ło się tyl­ko ozdo­ba­mi wła­snej robo­ty i łako­cia­mi. Ogrom­nie dużo wymy­śla­ły­śmy „łań­cu­chów”, taka była moda. W jed­nych domach zwi­sa­ły w for­mie festo­nów, w dru­gich od czub­ka w dół. Pierw­sze bań­ki dosta­li­śmy w pacz­ce od ojca, wyrób austriac­ki, z jego wojen­nej cho­in­ki w szta­bie i dłu­go, dłu­go cie­szy­li­śmy się nimi.

Cio­cia Jan­ka była zawsze ele­ganc­ko ubra­na. Pra­co­wa­ła w biu­rze, ale tyl­ko do zamąż­pój­ścia. Pamię­tam ją w dzień oswo­bo­dze­nia Kra­ko­wa w paź­dzier­ni­ku 1918 r., jak wpa­dła do nas opo­wie­dzieć wra­że­nia z wypad­ków w ryn­ku, peł­na rado­ści, roz­en­tu­zja­zmo­wa­na, nie zauwa­ży­ła wca­le, że zgu­bi­ła ogon od pięk­ne­go lisa narzu­co­ne­go na ramię. Przepadło.

Cio­cia zabie­ra­ła nas na zwie­dza­nie wystaw, robi­ła dla nas dro­bia­zgi szy­deł­kiem, wresz­cie dostar­czy­ła wiel­kiej atrak­cji wycho­dząc za mąż.

To było pierw­sze wese­le, w któ­rym uczest­ni­czy­łam. Mia­łam wte­dy sie­dem lat; na ślub mnie wpraw­dzie nie zabra­no, odby­wał się póź­nym wie­czo­rem, ale samo oglą­da­nie pary mło­dej, praw­dzi­wie pięk­nej i ślicz­nie ubra­nej (ciot­ka była uro­dzi­wa, zgrab­na, smu­kła i wyso­ka, pan mło­dy przy­stoj­ny i weso­ły), oglą­da­nie pre­zen­tów ślub­nych, toż to była ucie­cha. Widok klę­czą­cej na pro­gu pary przyj­mu­ją­cej bło­go­sła­wień­stwo rodzi­ców, widzia­ny ocza­mi dziec­ka na zawsze pozo­stał mi w pamię­ci. Cio­cia mia­ła już wte­dy tyl­ko mat­kę, pan mło­dy tyl­ko ojca; obo­je kre­śli­li krzyż nad gło­wa­mi klę­czą­cych ze sło­wa­mi: „Bez Boga ani do pro­ga”. Potem oglą­da­li­śmy pre­zen­ty. Naj­wię­cej zachwy­ci­ła mnie srebr­na cukier­ni­ca napeł­nio­na cze­ko­lad­ka­mi, jak to dzie­ci, cią­gle łak­ną słodyczy.