Od lip­ca marzy­ło mi się, żeby usły­szeć, jak bije dzwon Zyg­mun­ta w Kate­drze Wawel­skiej. Wła­śnie w lip­cu, gdy dzwon obcho­dził 500-lecie swo­jej “dzia­łal­no­ści”, usły­sza­łam w jakiejś audy­cji radio­wej, że jego dźwięk nie­sie się na 30 kilo­me­trów. I to mi nie dawa­ło spo­ko­ju. Pod koniec paź­dzier­ni­ka, wra­ca­jąc z Beski­du Sądec­kie­go, minę­li­śmy się z biciem dzwo­nu dosłow­nie o kil­ka godzin. Gdy dzwon bił, my już nie­ste­ty sie­dzie­li­śmy w pen­do­li­no rela­cji Kraków–Warszawa.

Zyg­munt bije oko­ło 20 razy w roku. Roz­pi­skę moż­na zna­leźć na stro­nie inter­ne­to­wej Kate­dry Wawel­skiej. Jed­no z “bić” wypa­dło w tym roku 11 listo­pa­da o godzi­nę 9:45, czy­li sta­ło się jasne, że w dru­gi dłu­gi week­end listo­pa­da jedzie­my do Krakowa.

Poza słu­cha­niem dzwo­nu zapla­no­wa­li­śmy sobie jesz­cze sze­reg innych atrak­cji, bio­rąc oczy­wi­ście pod uwa­gę zain­te­re­so­wa­nia i moż­li­wo­ści dzie­ci. I tak nasz plan obejmował:

Dzień 1, czwar­tek – Słu­cha­nie bicia dzwo­nu Zyg­mun­ta, orien­ta­cyj­ny spa­cer po Sta­rów­ce, Cole­gium Maius, prze­jazd pocią­giem do Boch­ni i zwie­dza­nie kopal­ni soli (4 godzi­ny, 5‑kilometrowa tra­sa pod zie­mią z pły­nię­ciem łodzią), powrót pocią­giem wie­czo­rem do Krakowa;

Dzień 2, pią­tek – Cmen­tarz i syna­go­ga Remu (noc­leg mie­li­śmy na Kazi­mie­rzu), plac Nowy, zwie­dza­nie Kate­dry Wawel­skiej z wej­ściem na dzwon­ni­cę i do krypt kró­lew­skich (nie­ste­ty kom­na­ty kró­lew­skie na Wawe­lu są teraz zamknię­te, więc nie byli­śmy w Zam­ku), wej­ście na wie­żę ratu­szo­wą, wysta­wa Rynek Podziemny;

Dzień 3, sobo­ta – Pra­cow­nia i Muzeum Witra­żu (osob­ne zwie­dza­nie dla dzie­ci i osob­ne dla rodzi­ców, pole­cam!), muzeum sztu­ki pol­skiej w Sukien­ni­cach (ide­al­ne dla dzie­ci, 4 sale i obra­zy w przy­stęp­nej ilo­ści, któ­re robią na dzie­ciach wra­że­nie), Żywe Muzeum Obwa­rzan­ka (w któ­rym pani tłu­ma­czy, jak np. odróż­nić ory­gi­nal­ne obwa­rzan­ki od pod­ró­bek, a tak­że moż­na same­mu spraw­dzić swo­je umie­jęt­no­ści piekarskie);

Dzień 4, nie­dzie­la – Muzeum Arche­olo­gicz­ne w eks­pre­so­wym tem­pie (po 45-minu­to­wym cze­ka­niu w kolej­ce pani wpu­ści­ła wszyst­kich ocze­ku­ją­cych na 15 minut zazna­cza­jąc, że potem będzie dłu­ga prze­rwa na dezyn­fek­cję eks­po­zy­cji; zdą­ży­li­śmy zoba­czyć mumie i kupić książ­kę w skle­pi­ku), Msza św. u Domi­ni­ka­nów, kawa w kawiar­ni por­tu­gal­skiej koło szpi­ta­la im. J. Die­tla (na taką kawę cze­ka­li­śmy od lat! ale zupeł­nie nie w kana­dyj­skim sty­lu), wysła­nie pocz­tów­ki do kuzyn­ki i powrót pocią­giem do domu.

Czte­ry dni peł­ne wra­żeń. I już wie­my, co zoba­czy­my, gdy przy­je­dzie­my do Kra­ko­wa następ­nym razem, może wte­dy w mniej popu­lar­nym terminie.

Kata­rzy­na Nowosielska-Augustyniak