Amerykański dług publiczny brutto przekroczył właśnie historyczną barierę 40 bilionów dolarów. Według danych Departamentu Skarbu z połowy sierpnia 2026 r. wynosił on około 40,05 biliona dolarów. Zadłużenie w rękach publiczności (bez intragovernmental holdings) sięgało około 32,3 biliona dolarów. Stosunek długu brutto do PKB oscyluje wokół 122–124 proc., a długu publicznego – blisko 100 proc. PKB.

Jeszcze dekadę temu dług wynosił około 19,4 biliona. Tempo wzrostu przyspieszyło dramatycznie: od 30 bilionów na początku 2022 r. do 40 bilionów w sierpniu 2026 r. Samo przejście z 39 do 40 bilionów zajęło zaledwie kilka miesięcy. Deficyt budżetowy w roku fiskalnym 2026 (rozpoczętym 1 października 2025) jest szacowany przez Congressional Budget Office na około 2,1 biliona dolarów – więcej niż w poprzednim roku. Sam lipiec przyniósł rekordowy miesięczny deficyt rzędu 432 miliardów dolarów.

Główne czynniki to rosnące wydatki obowiązkowe (Social Security, Medicare/Medicaid), koszty obsługi długu oraz utrzymujące się duże deficyty strukturalne. Odsetki od długu stały się już jednym z największych pozycji budżetowych – w pierwszych miesiącach FY2026 przekroczyły 800–900 miliardów dolarów i zmierzają w kierunku ponad biliona rocznie, często przewyższając wydatki obronne.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Stany Zjednoczone nie ogłoszą formalnego bankructwa jak firma czy gospodarstwo domowe. Posiadają własną walutę rezerwową świata, zdolność do emisji dolara i głęboki, płynny rynek obligacji skarbowych. Historycznie kraje w podobnej sytuacji częściej wybierają inflację, monetyzację długu, podwyżki podatków, cięcia wydatków lub selektywne restrukturyzacje niż otwarte bankructwo.

Jednak trajektoria jest niebezpieczna. CBO i niezależne analizy (w tym GAO) wskazują, że przy utrzymaniu obecnej polityki dług publiczny będzie rósł szybciej niż gospodarka, a koszty odsetek będą coraz bardziej wypierać inne wydatki. Ryzyko tzw. „doom loop” – rosnącego długu → wyższych rentowności obligacji → jeszcze wyższych kosztów obsługi – jest realne. Fitch utrzymuje rating AA+, ale ostrzega przed pogarszającą się ścieżką fiskalną. Limit długu (obecnie 41,1 biliona po podwyżce z 2025 r.) może zostać osiągnięty w 2027 r., co znów wywoła polityczne zawirowania.

Formalne bankructwo w najbliższych latach jest mało prawdopodobne dzięki statusowi dolara. Natomiast kontynuacja obecnej ścieżki zwiększa ryzyko kryzysu zaufania, wyższych stóp procentowych i ograniczenia swobody polityki gospodarczej.

Rząd amerykański ma kilka dźwigni, żadna nie jest łatwa politycznie:

  • Cięcia wydatków – zwłaszcza w programach obowiązkowych (Social Security, Medicare), które rosną wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Dyspozycyjne wydatki (w tym obronne) są już mocno naciskane przez odsetki.
  • Podwyżki podatków – klasyczne rozwiązanie, ale politycznie trudne. Obecna struktura opiera się silnie na podatku dochodowym od osób fizycznych.
  • Wzrost gospodarczy – najlepsze, ale najtrudniejsze do wymuszenia rozwiązanie. Szybszy realny wzrost PKB obniża relację długu do gospodarki.
  • Polityka monetarna i inflacja – Fed może utrzymywać niższe stopy lub tolerować wyższą inflację, co realnie eroduje wartość długu. To jednak niesie koszty społeczne i ryzykuje utratę wiarygodności dolara.
  • Dalsze pożyczanie – wciąż możliwe dzięki popytowi na amerykańskie obligacje, ale coraz droższe.

 Prezydent Trump uczynił taryfy kluczowym elementem polityki gospodarczej drugiej kadencji. W 2025 r. przyniosły one wyraźny wzrost wpływów celnych (rekordowe poziomy w porównaniu z wcześniejszymi latami). Pomogły nieco ograniczyć deficyt w FY2025.

Jednak w lutym 2026 r. Sąd Najwyższy uznał, że szerokie taryfy nałożone na podstawie International Emergency Economic Powers Act (IEEPA) były nielegalne. Skutkiem są zwroty już pobranych ceł (ponad 100 miliardów dolarów do połowy 2026 r.) oraz znaczący spadek planowanych wpływów. CBO obniżył prognozy wpływów celnych o około 250 miliardów dolarów w samym 2026 r., co bezpośrednio podniosło szacunek deficytu do 2,1 biliona.

Nawet przy wysokich stawkach taryfy generują setki miliardów dolarów rocznie – to zauważalna, ale nie decydująca kwota wobec deficytu rzędu 2 bilionów i wydatków przekraczających 6–7 bilionów. Taryfy mają też koszty: podnoszą ceny dla konsumentów i firm, mogą ograniczać handel i wzrost. Nie są magicznym źródłem finansowania państwa.

Prezydent wielokrotnie sugerował, że wpływy z taryf pozwolą z czasem „zastąpić” lub znacznie ograniczyć federalny podatek dochodowy. W przemówieniach (w tym State of the Union) powtarzał, że taryfy płacone przez obce kraje odciążą Amerykanów.

Matematyka tego nie potwierdza. Indywidualny podatek dochodowy przynosi rocznie rzędu 2,5–2,7 biliona dolarów (plus podatek korporacyjny). Nawet optymistyczne szacunki wpływów z wysokich taryf Trumpa dają kilkaset miliardów – rząd wielkości 5–15 proc. tego, co potrzeba do zastąpienia podatku dochodowego. Aby zbliżyć się do takich kwot, stawki musiałyby być ekstremalnie wysokie, co drastycznie ograniczyłoby import i zniszczyłoby bazę podatkową.

Ekonomiści i think-tanki zgodnie oceniają, że pełne zastąpienie podatku dochodowego taryfami jest matematycznie i ekonomicznie nierealne. Taryfy mogą być narzędziem negocjacyjnym i częściowym źródłem przychodów, ale nie fundamentem budżetu federalnego XXI wieku.

Realne rozwiązanie wymaga trudnych decyzji: ograniczenia dynamiki wydatków obowiązkowych, reform podatkowych i polityki sprzyjającej trwałemu wzrostowi. Bez tego dług będzie rósł, a koszty obsługi coraz mocniej ograniczały swobodę działania kolejnych administracji – niezależnie od partii..

USA mogą wybrać monetyzację długu (debt monetization) , w której bank centralny finansuje wydatki rządu poprzez tworzenie nowego pieniądza i kupowanie obligacji skarbowych (długu państwa). W praktyce oznacza to dewaluację dolara.

Rząd emituje obligacje, żeby pokryć deficyt budżetowy (wydaje więcej, niż zbiera z podatków). Bank centralny (w USA – Fed) kupuje te obligacje, płacąc za nie nowo utworzonymi pieniędzmi (elektronicznie zwiększa bazę monetarną). Rząd otrzymuje gotówkę i może nią finansować wydatki (Social Security, obronę, odsetki od poprzedniego długu itd.). Dług formalnie nadal istnieje, ale jest w rękach banku centralnego, a nie prywatnych inwestorów. W praktyce państwo „pożycza samo od siebie”.  Bank centralny de facto drukuje pieniądze, żeby rząd mógł wydawać więcej, niż zbiera.   Rząd unika natychmiastowej podwyżki podatków lub cięć wydatków. Stopy procentowe mogą pozostać niskie (bank centralny jest gotowym nabywcą długu). Łatwiej obsługiwać rosnący dług.

Ale więcej pieniądza w obiegu przy podobnej ilości towarów i usług prowadzi do wzrostu cen. Inwestorzy mogą tracić zaufanie do dolara.
Utrata niezależności banku centralnego – politycy naciskają na drukowanie pieniędzy zamiast na reformy. W skrajnych przypadkach następuje  hiperinflacja (historyczne przykłady: Weimar, Zimbabwe, Wenezuela).

W latach 2020–2022 Fed mocno zwiększył bilans właśnie poprzez skup obligacji. Obecnie (2026) przy długu przekraczającym 40 bilionów dolarów i wysokich kosztach odsetek, pełniejsza monetyzacja byłaby jedną z opcji „łatwego” finansowania, ale kosztem inflacji i ryzyka utraty statusu dolara jako waluty rezerwowej.