Od jakiegoś czasu spotykam się w takiej grupie, która nie tylko pije kawę,  obgaduje i opowiada ze szczegółami o chorobach, ale również tańczy – albo przynajmniej próbuje tańczyć. Jeden taniec w jednym czasie, żeby nam nie było za ciężko zapamiętać jakie kroki i jakie figury po sobie następują.
Spotykamy się co tydzień o tej samej porze. Co prawda niektórzy przychodzą za wcześnie, i to dużo za wcześnie, bo im się godziny mylą – czyli przychodzą nie na 11:00 tylko na 10:00, albo i przed. A niektórzy przyjeżdżają za późno, bo się wszędzie spóźniają, co im nie przeszkadza być zdziwionymi, że już tańce są w toku. Czasem próbują zawrócić próbę  do początku, tak jakby to była wina wszystkich, łącznie z instruktorką, że próba jest już w toku a oni ponownie się spóźnili.

Na samym początku spotykamy się i opowiadamy co tam się wydarzyło w ciągu ostatniego tygodnia, opowiadamy o tym co się dzieje w świecie z tym, że nie wszyscy chcą wiedzieć co się dzieje w świecie twierdząc że mają dostatecznie dużo problemów w domu i to co tam się dzieje poza ich miedzą to ich nie obchodzi.

Pijemy kawę, albo herbatę, czasem ktoś przynosi jakieś wypieki, a potem zaczynamy… taniec. Na początku instruktorka podaje nam zarys tego co już umiemy (choć większość i tak nie pamięta), oraz podaje plan tego czego będziemy się dzisiaj uczyć. Puszcza muzykę i zaczynamy.  Problem z tym zaczynaniem jest taki jak z tym przychodzeniem na spotkania: niektórzy zaczynają tańczyć zanim jeszcze muzyka leci, inni stoją wytrwale i próbują naśladować instruktorkę, a niektórzy mają spóźniony zapłon i jak już kilka figur przeszło to oni zaczynają pierwszą. A głównie chodzi o to, żebyśmy się nauczyli tych tańców tak jak powinno być i równo. To znaczy zgodnie z pewnymi zasadami i zgodnie z figurami i równym krokiem w takt muzyki. Próba trwa około godziny, a potem następuje jej najfajniejsza część: rozładowanie emocji.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Wszyscy już są zmęczeni i mają dość i odgrażają się, że więcej nie przyjdą. Na całe szczęście instruktorka nie bierze tych gróźb na poważnie. Następnie prawie wszyscy potajemnie opowiadają jak to ta i ta, albo ten i ten fatalnie tańczyli, no i mówią to w takich słowach bardzo nieprzyjemnych, nie koleżeńskich, bo mówią ‘o to jest taki babor, który nie pamięta, że się ma obrócić w lewo’, albo mówią ‘a ten dziadyga to przytupuje ze złej nogi albo ciągle myli krok’. I jak tak wszyscy się już wygadają o tych, którzy kręcą się w kółko w odwrotną stronę, przytupują gdzie nie trzeba, i mylą figury to rozjeżdżają się do domów. Po rozładowaniu wszystkich frustracji życiowych zwalonych na złych tancerzy, szybko zapominają o nie umiejących tańczyć paniach i panach, i po jakimś dniu zaczynają ładnie mówić o wszystkich. Na przyszły tydzień przychodzą. Nikt nie rezygnuje. Chętnych do tańców jest coraz więcej, a miejsc wolnych brak.

A taniec jest coraz bardziej płynny. W końcu gotowy do przedstawienia na różnych (nie tylko polonijnych) uroczystościach. Tak to jest. Kiedyś oklaskiwaliśmy różne folklorystyczne zespoły młodzieżowe i dziecięce, a teraz przyszło nam oklaskiwać zespoły seniorów w pokazie walca, albo poloneza. No cóż, ani krakowiaka, ani oberka nie zobaczymy, bo te tańce wymagają podskoków. A taki rytm z możliwością nie tylko tańca, ale i rozładowania pozwala całej trupie tańczyć coraz lepiej.

Michalinka, 3 marca, 2026