Pani Basia uwielbia margaretki. Więc rosną wszędzie. Na środku trawnika i w doniczkach. Te rosnące w trawie staram się objeżdżać kosiarką, bo trzeba przyznać, że z pospolitego trawnika robi się kawałek łąki.

Ostatnio doniczki z margaretkami pojawiły się w sklepach więc teraz okupują schody przed domem. Pod koniec tygodnia wyprzedaży, Pani Basia dochodzi do wniosku, że przydałoby się ich jeszcze kilka. Jestem więc wydelegowany do Basic Food na rogu Neilson i Ellesmere, ale znalazłem tylko jedną doniczkę, gdzie część kwiatków była uszkodzona. Nie kupiłem.

Po południu, tego samego dnia wylądowaliśmy w Basic Food w Pickeringu i zakupiliśmy ostatnią, która była w sklepie. Okazało się też, że tamta, ze skrzyżowania Neilson i Ellesmere może nie jest aż taka zła. Pojechaliśmy więc z powrotem i doniczka jeszcze stała. Trzeba będzie obciąć kilka połamanych kwiatków, ale całość nie wygląda źle. Na dodatek, pod jesień margaretki zostaną wkopane w ziemię i ozdobią nasz trawnik.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Myślałem, że to koniec, ale dzisiaj Pani Basia nagle napomknęła, że potrzebowałaby jeszcze ze dwie doniczki z kwiatkami. Jedziemy do sklepu. Przy regałach, obok wejścia, robimy konkurs piękności. Pani Basia liczy kwiaty i pączki. W końcu wybieramy, ale zamiast dwóch doniczek do samochodu wędrują cztery. Na podatek dwie wiązanki słoneczników.

***

Co to się porobiło? W szczególności, nam, Polakom poprzewracało się w głowach. To prawda, że Niemcy napadli nas w 39-tym i wywieźli co się dało. Ale, żeby zaraz domagać się, aby to wszystko oddali? W końcu była wojna i silniejsi wygrywają! Mądrzy Niemcy wywieźli te wszystkie zabytki, aby je zabezpieczyć. Pochowali więc gdzie się dało, a to w prywatnych zamkach, a to w galeriach i schowali tak dobrze, że do dzisiaj nie da się prawie niczego odnaleźć.

Rosyjska armia jak szła na Berlin, także masowo grabiła polskie ziemie. Specjalne oddziały (Trofiejnyje otriady) powołane przez Stalina, wywiozły na wschód wyposażenie 1100 zakładów przemysłowych. Było przyzwolenie na kradzieże, zdarzały się przemoc i gwałty.

Opisałem już kiedyś porządek jaki zrobili na zamku w Krasiczynie. Ot, wielkie ognisko na dziedzińcu i wszystko, drewno czy papiery wystarczyły na tydzień z okładem, aby się warty miały przy czym ogrzać. Do dziś zwiedza się tam puste pomieszczenia.

Niemcy byli jednak przygotowani metodycznie, jeszcze sprzed wojny. Jak opisała Pani Magda Ogórek, Otto von Wächter wraz małżonką Charlotte przyjechali do Krakowa z gotową listą zabytków do wywiezienia i pracowali w pocie czoła, od pierwszego momentu pobytu. Ten Reich musiał być rzeczywiście strasznie biedny, bo Wächterowie, z takiego na przykład kościoła w Wiśniczu, wywieźli – jak wspominał Prof. Karol Estreicherwszystko, łącznie z kawałkami jakiegoś marmuru!

https://historia.org.pl/2018/01/20/magdalena-ogorek-gdybysmy-mieli-mozliwosc-zajrzec-do-niemieckich-i-austriackich-domow-znalezlibysmy-mnostwo-artefaktow-z-polski-nasz-wywiad/

***

Ale to nie koniec.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak łagodnie obchodzimy się ze Szwedami. Redaktor Michalkiewicz twierdzi od dawna, że szkody i grabieże dokonane przez nich w czasie potopu (1655–1660), porównywalne są do tych z okresu drugiej wojny światowej. Jak to jest, że zamiast domagać się zadośćuczynienia, czyli zwrotu skradzionych dzieł sztuki, wręcz lubimy Szwedów? Nie jestem tu wyjątkiem. Pamiętam, jakieś pięćdziesiąt lat temu, piliśmy wódkę ze szwedzkimi robolami na polu namiotowym pod Trzema Koronami w Pieninach, bardzo zadowoleni z towarzystwa zagranicznych turystów, którzy do Polski przyjeżdżali na tanią wódkę.

Tak na przykład, rękopisy Mikołaja Kopernika, czy najstarszy drukowany tekst Bogurodzicy znajdują się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Uppsali.

Zbroje królewskie, w tym zbroja Zygmunta Augusta i inne przedmioty, popiersia zdobią zbiory państwowe.

Najbardziej ponoć ucierpiała Warszawa, ale np. skarby wywiezione z zamku Lubomirskich w Wiśniczu trzeba było załadować na 150 wozów.

Zamiast zwrotu zrabowanych dzieł sztuki, mamy do czynienia z sytuacjami wręcz kuriozalnymi.

Skradziony wcześniej, unikatowy fryz przedstawiający wjazd Konstancji Habsburżanki do Krakowa, premier Szwecji Olof Palme przekazał Polsce w formie daru w 1974 r.

A w 2002 r. szwedzkie łupy wojenne można było oglądać na wystawie “Orzeł i Trzy Korony” na Zamku Królewskim w Warszawie. Szwedzi wypożyczyli nam wówczas zrabowane eksponaty, które mają w swoich zbiorach; potem obiekty powróciły na drugi brzeg Bałtyku.

Jak pokazuje przykład zabrania Orderu Orła Białego Zeleńskiemu, jedynie radykalne działania przynoszą rezultaty. My na razie jednak kochamy Szwedów.

Informacje podaję za portalem Dzieje.pl, gdzie można znaleźć więcej szczegółów.

https://dzieje.pl/aktualnosci/prof-rottermund-szwedzka-grabiez-pozbawila-polske-najcenniejszych-dobr

***

Ale to nie koniec.

Moja prababka ze strony mamy, Barbara Witowska, wraz z pradziadkiem popłynęli dwukrotnie do Ameryki. Zmarła w 1945 roku w Ropczycach. Na granitowej tablicy na ropczyckim cmentarzu nie ma nawet daty urodzenia. O pradziadku, opowiadał czasami wujek Julek. Od czasu pierwszej podróży morskiej był głuchy. Ponoć przekłuł mu bębenki uszne jakiś felczer na statku i tak zostało.

Znalazłem jej nazwisko w bazie danych Ellis Island. Podaję ten zapis:

First Name: Barbara

Last Name: Witowska

Ethnicity: Austria, Polish

Last Place of Residence: Ropczyce, Galicia

Date of Arrival: Nov 30, 1910

Age at Arrival: 30y Gender: F Marital Status: M

Ship of Travel: Friedrich der Grosse

Port of Departure: Bremen

Manifest Line Number: 0029

W czasach ich podróży, nie było nawet Polski. Ropczyce, to była Galicja. Widnieje też w dokumencie nazwa statku, którym przypłynęli z Bremy. Podróż niewyobrażalna. Z Ropczyc do Nowego Jorku w 1910 i z powrotem.

W czasach mej młodości, następne pokolenie, czyli moja babcia Maria i dziadek Władysław, ich dzieci, żyli na trzydziestu metrach kwadratowych, na drugim piętrze ropczyckiego bloku. Pradziadków już nie było. Uciekinierzy z Janczyna, z czworgiem dzieci, skąd uszli z życiem. Byli właściciele wielkiego gospodarstwa; pole, bydło, konie, ule. W domu stała beczka miodu. Kupione za pieniądze zarobione przez pradziadków Witowskich w Ameryce. Majątek stracony i wygląda na to, że bezpowrotnie. Beneficjenci porządku Jałtańskiego.

Wszystko przepadło, gdy ukraińskie bandy zaczęły rozprawiać się z Polakami. Musieli uciekać ostrzeżeni przez przyjazne dusze. Nie wszystkich Ukraińców ogarnął amok krwi.

***

Jedną z przyczyn wojen jest bezkarność napastników, połączona z polityką negocjowania pokoju, której podstawą jest wykluczenie stron, których to dotyczy. Bezkarni byli Szwedzi. Bezkarni są jak dotąd banderowcy. II-ga wojna światowa zakończyła się Norymbergą i ukaraniem pewnej grupy sprawców. Ale na jakichś tam odszkodowaniach położyła łapę Rosja i zarządzała po swojemu, bo triumwirat jałtański dbał głównie o interes zwycięzców. Więc bardzo dobrze, że się upominamy o odszkodowania od Niemców. Zapewne nigdy nie odzyskamy wszystkiego, ale równie ważny jest mechanizm odwołania się i sprawiedliwego wyegzekwowania winy. Taki, zaimplementowany raz czy drugi mógłby ostudzić ambicje bezkarnej mocarstwowości.

Mechanizm bezkarności jest jednak powszechny.

Bezkarnością skończyły się rządy komunistów w Polsce. Bezkarne były też dotychczasowe rządy post-komunistyczne. Tusk robi też praktycznie co chce.

Równie niepokojące i symptomatyczne są obecne spotkania międzynarodowe najwyższego szczebla z których Polscy przedstawiciele są systematycznie wyrzucani. Nie tylko pokazuje to, że mają facetów pokroju naszego Premiera za nic. Pokazują, że Polska nie należy do elity światowej, pomimo nieprawdopodobnych rozmiarów pomocy udzielonej Ukrainie. Najbardziej niepokojące są potencjalne rozmowy o kształcie przyszłej Ukrainy, które mogą mieć zasadniczy wpływ na geografię i gospodarkę Europy Środkowej a w tym Polski, na następne kilkadziesiąt lat. Wszystko o nas, ale bez nas! Taka sama była Jałta.

Oficjalna wartość finansowych roszczeń Polski wobec Niemiec z tytułu strat poniesionych w czasie II wojny światowej zaprezentowanych w 2022 wynosi 6 bilionów 220 miliardów 609 milionów złotych (ok. 1,3–1,5 biliona euro/dolarów). Temat jest tam przynajmniej na pewnym poziomie niemieckiej debaty publicznej, choć rezultaty są jak na razie na etapie epoki kamienia łupanego. Pan Bąkiewicz chciał dodać do tego kamienia drewniany symbol ale w ramach przestrogi policzono mu żebra. Widać Niemcy nie chcą abyśmy się do tego wewnętrznego dialogu wtrącali.

Tymczasem, u nas grasują faceci pokroju Kohuta czy Tylikowskiego i włos im z głowy nie spada?

Warto jeszcze dodać, że lata temu, o rozmiarach i wycenie niemieckiej grabieży wojennej pisała, zamilczana przez komunę socjolog Anna Pawełczyńska.

Znamienne jest też, że jak dotąd, nie wysunięto żadnych roszczeń w stosunku do Rosji, choć Instytut Strat Wojennych pracuje ponoć nad danymi.

Za mej bytności w Polsce, rodzina nie chciała nigdy rozmawiać o tym co bezpowrotnie zostało stracone w Janczynie.

Polska dopiero w 2004 otworzyła możliwość częściowych odszkodowań. O ile to rozumiem, do 2008 roku można było zgłaszać roszczenia, które rozpatrywane były przez polskie władze. Potencjalny zwrot mienia mógł być w granicach do 20%.

https://operaty.eu/odszkodowanie-za-mienie-zabuzanskie-co-musisz-wiedziec/.

Rodzina zaczęła wtedy czynić poważne kroki, ale w pewnym momencie dziadek nagle wycofał się i powiedział, że niczego nie chce dochodzić i tak zostało.

Należy też pamiętać, że repatrianci ze wschodu, choć wybrali Polskę, mieli zapisane w dowodach osobistych jako miejsce urodzenia ZSRR. Pamiętam dowody osobiste rodziców.

Przypomniał o tym niedawno telegram Ambasady Rosyjskiej do Prezydenta Nawrockiego. Tak więc ofiarami zbrodni wołyńskiej byli obywatele rosyjscy. Tak się robi politykę!