Rower był przygotowany dzień wcześniej. Baterie w pedałach Garmin i w przerzutkach sprawdzone. Smary suche uaktywniają się po kilku godzinach po aplikacji, trzeba więc pamiętać, aby łańcuch i przerzutki były naoliwione poprzedniego dnia.
Następnie przygotowanie ciała na wydatek energetyczny rzędu 3.5 – 4 tysięcy kalorii w kilka godzin, co wynosi dwa razy więcej niż dorosły przeciętnie zużywa przez całą dobę. Na wieczór przed, spora porcja węglowodanów jak spaghetti z sosem. Chodzi o to, aby ciało zmagazynowało maksimum wolno rozkładających się węglowodanów, które potem będą uwalniane w czasie jazdy.
Pobudka o 5:30. Trzeba przejść minimum toalety, ubrać się i wyjść z mieszkania. Potem 20 minut jazdy do miejsca zbiórki całej grupy w High Park – przybędzie tam gdzieś z czternaście osób.
Po 20 minutach jazdy pierwszy żel energetyczny i potem kolejne co 35 minut. Każdy to porcja 22 do 28 gramów węglowodanów. Naprzemiennie „granola bar” z 32 gramami węglowodanów. Do tego woda, a w zasadzie elektrolit; 750 ml do litra co godzinę, z dodatkiem 1/4-3/8 łyżeczki soli, albo lepiej cytrynianu sodu, plus kolejne 50-60 gramów cukrów; mieszaniny glukozy i np. maltodekstryny we właściwych proporcjach. Wszystkie takie mieszanki są bardzo indywidualne a wspomniane proporcje to tylko przykład.
Trzeba pilnować rytmu dokarmiania i nawadniania organizmu. Gdy poczujesz głód, będzie już za późno, ciało osłabnie i cykl trawienny nie nadąży za wydatkiem energetycznym związanym z intensywną jazdą. Równocześnie nie powinno to być pożywienie, które niejako siedzi na żołądku.
Pod koniec jazdy komputerek Elemnt pokaże 3150 kalorii.
Wyjazd 6:30 rano. Pierwszy stop po 76 km w Milton, drugi po następnych 55 km w Dundas koło Hamilton, trzeci w drodze powrotnej w Oakville. Całość przejazdu to 202 km w czasie 6 godzin i 40 minut. Z postojami ponad dziewięć godzin. Średnia prędkość 30.3 km/h, ale często dochodząca do 40 km/godz.
Do tego dochodzi monitorowanie tętna. Gdy dajesz zmianę na przedzie grupy jesteś na poziomie 155 na minutę. Jadąc w środku grupy jest łatwiej, bo opory powietrza są nawet o 25-30 procent niższe i tętno spada do 135-140/ min. Podjazd pod górę to dodatkowy wysiłek organizmu i tętno rośnie do 168-172/ min. Profesjonaliści mają te wyniki jeszcze bardziej podkręcone, do granic wytrzymałości, co przesuwa rytm serca w górę o następne 20, a nawet 30 uderzeń na minutę. Takie rezultaty to efekt wielu lat harówy na treningach, połączonych z dietą i wyspecjalizowaną opieką medyczną. Dla przeciętnego, nawet zdrowego organizmu, próba wyśrubowania wyników do takiego poziomu to wręcz śmiertelne niebezpieczeństwo.
Inna sprawa to technika jazdy w grupie. Profesjonaliści jeżdżą na sprawdzonych, przygotowanych trasach. W przypadku grupy amatorskiej można znać trasę, ale nie da się uniknąć niespodzianek na drodze; przypadkowych dziur czy przedmiotów na asfalcie. Tu szczególna rola czołówki peletonu, której obowiązkiem jest informowanie reszty grupy o potencjalnych przeszkodach czy zagrożeniach na drodze. Jadąc w środku grupy, koło przy kole, 30-40 km/godz. nie jest się w stanie zareagować w ostatniej chwili, bo to kwestia milisekund.
Półtorej tygodnia później, na kolejnej wyprawie, ta współpraca jakoś zaszwankuje. Przed przednim kołem pojawi się nagle spora dziura. Z lewej i z prawej koledzy, nie da się uskoczyć w bok, ani zahamować. Pozostaje poderwanie przedniego koła w górę. Tylne zapada się. Struktura koła wytrzymuje, ale dętka pęka od uderzenia. Koniec jazdy. Uber i Go-train do domu. Potem szczegółowe, strukturalne sprawdzenie koła i ramy w warsztacie, czy aby coś nie pękło.
Bez tego manewru, znanego jako „bunny hop”, z przednim kołem zastopowanym nagle w dziurze przy prędkości pod czterdzieści km/godz., wypadek mógłby mieć tragiczny koniec. Ciało wykatapultowane ponad kierownicą. Prawdopodobne złamanie obojczyka czy rąk, i to przy sporej dozie szczęścia, nie mówiąc o ranach – kolarz latem jeździ prawie nagi.
Ten tekst to zapis z wypraw naszego syna Patryka, kilka tygodni temu. Ojciec jeździ na dużo krótszych trasach. Chciałem jednak pokazać, że szczególnie długie dystanse to olbrzymia praca, zarówno przed, jak i w trakcie jazdy i nie polegająca jedynie na kręceniu pedałami. Nie zamieszczam tu żadnego przepisu, co i jak robić. Próby naśladowania mogą być bardzo niebezpieczne w skutkach i są stanowczo odradzane. Uczestnicy takich rajdów to zwykle wytrenowani młodzi atleci o sprawdzonych już możliwościach i osiągach, pracujący często z trenerami i w kontakcie z lekarzami, więc znający możliwości swego ciała.
***
Wychodzi na to, że Pan Wilk zawziął się i mówi „wszyscy won”. Trzeba wreszcie przeczyścić stajnie Augiasza. W tym celu opuścił przyjazną Kanadę i nie najgorszą, choć pewno trudną pracę, jaką było szefowanie liniom lotniczym. To dla nas dobrze, bo Pan Wilk musi coś wiedzieć o styku szeroko-formatowego managementu i ekonomii, w której dodruk banknotów czy pożyczki od Ursuli nie wchodzą w rachubę. Na pierwszy ogień ma pójść Trzaskowski, bo szpital go trochę obnażył i teraz więcej osób widzi, jak wygląda król bez majtek. Miałoby się więc odbyć referendum w sprawie odwołania obecnego prezydenta stolicy, jak niedawno w Krakowie.
Zbieranie podpisów w sprawie referendum już się rozpoczęło i potrwa do 28 września. Do akcji zgłosiło się kilkuset wolontariuszy. Zobaczymy!
Chcę się jednak skupić na tym, czym aktualnie zajmuje się pan Prezydent. Po pierwsze usunął panie: Aldonę Machnowską-Górę i Renatę Kaznowską z Rady Nadzorczej osławionego, od niedawna, szpitala. Następnie przyjął ich rezygnację jako wiceprezydentek Warszawy. Słyszymy, że jest to część procesu odpartyjniania miejskich spółek i pewno trzeba mu się przypatrywać.
Pamiętajmy też, że ojcem Aldony Machnowskiej-Góry był Konstanty Machnowski. W latach 80-tych pełnił funkcję komendanta komisariatu Milicji Obywatelskiej przy ul. Jezuickiej w Warszawie, w którym w maju 1983 roku śmiertelnie pobity został Grzegorz Przemyk.
Najdziwniejsze, że komendant po śmierci Przemyka awansował do stopnia majora. Ówczesną sprawę na komisariacie przybliża artykuł w serwisie Portal Warszawski.
Warto więc śledzić losy obu pań; czy obecne dymisje to faktyczne sankcje za rażące niedbalstwo w zarządzaniu, czy może po prostu ochronka na bocznym torze, aż wrzawa ucichnie? Czyli istnieje pytanie, co te dwie osoby będą robiła za kilka miesięcy czy może za rok, dwa? Ratusz warszawski ma tu przecież tradycje. Słynną Gronkiewicz -Waltz, której nie udało się odwołać ze stanowiska prezydentki Warszawy, spotkała w 2018 zasłużona emerytura a od 2024, jeszcze bardziej zasłużona rola posłanki europejskiej. Na tym stanowisku zastąpiła nie mniej zasłużonego Marcina Kierwińskiego, który we wrześniu tamtego roku został powołany przez Tuska na pełnomocnika rządu do spraw odbudowy po powodzi.
Przy okazji warto dodać, że zastępczyni Trzaskowskiego, pani Kaznowska, zarobiła w 2019 roku ponad 325 tysięcy złotych. Do tego jeszcze ponad 57 tysięcy za zasiadanie w radzie nadzorczej spółki Miejskie Przedsiębiorstwo Realizacji Inwestycji. Te informacje pochodzą z portalu „Do Rzeczy” z 16 czerwca 2020. Pani Kaznowska jest jeszcze członkiem rady nadzorczej spółki Metro Warszawskie.
Fakt podaje, że w 2025 było jeszcze lepiej, bo jako wice miasta stołecznego zarobiła 414 600 zł plus jakieś sto tysięcy innych dochodów. No i liczę, ile to jest na godzinę? Zakładając standardowe 2000 godzin na rok, wychodzi ponad 200 zł/godz., biorąc pod uwagę jedynie pensję z ratusza. Uwzględniając tamte dodatkowe 100 000, mamy 250 zł/godz. Ale ta sama Renata Kaznowska była zbulwersowana stawką 250-330 zł za godzinę pracy lekarza! Czyż mylę się w rachunkach? Myślę, że albo pani wice, arogancja zlasowała mózg do reszty, albo może nie umie liczyć? Sądząc jednak po ilości dyplomów, to drugie jest wysoce nieprawdopodobne. Pani Aldona miała dochody podobnej wielkości. Przy okazji, przerażenie ogarnia na samą myśl o tym jak te biedaczki dadzą sobie radę bez tych pensji?
Ale drugi temat, na którym skupia się pan Prezydent jest może jeszcze ważniejszy.
To wdrażanie dokumentu „Założenia Strategii Rozwoju Warszawy 2040+. Musi to być bardzo ważne, bo Trzaskowski wspomniał, że nie przejmuje się całym referendum i skupia się na przyszłości stolicy.
Według powyższych dokumentów, przyszłą politykę przestrzenną oparto na trzech głównych koncepcjach:
─ Miasto bliskich odległości – „będziemy rozwijać Warszawę zgodnie z koncepcją piętnastominutowego miasta, w którym podstawowe potrzeby mieszkańców (m.in. edukacja, opieka zdrowotna, rekreacja, transport publiczny) można zaspokoić w zasięgu krótkiego spaceru lub przejazdu rowerem.”
W koncepcji miasta bliskich odległości warto spojrzeć na Oksford, który został już praktycznie podzielony na odizolowane dzielnice. Plan Warszawy nie wspomina tego bezpośrednio, ale wprowadza zagadkowe bramy wielkomiejskie. W rozwiązaniu oksfordzkim podobne bramy służą jako filtry komunikacyjne i jedyne miejsca, przez które można do dzielnicy się dostać i z dzielnicy wydostać. Albo stolica będzie miastem 15-minutowym na niby, albo Warszawiacy są uczestnikami wielkiego gotowania żaby i niczego się jeszcze nie domyślają. Wystarczy prześledzić powyższe dokumenty i widać, że większość tez jest szeroko otwarta na wielorakość potencjalnych rozwiązań co jest przynajmniej niepokojące.
─ Zrównoważona mobilność – „będziemy rozwijać i promować transport zbiorowy, ruch pieszy i rowerowy oraz ograniczać rolę samochodów w centrum miasta.”
Wiele tu o rowerach, szczególnie przydatnych, gdy temperatury spadną do i poniżej zera i pojawi się śnieg. A jednak geniusze od planowania liczą na rowery jako istotny środek transportu. Będzie to także jedna z wymówek, aby ograniczyć ilość samochodów w dzielnicach. Po prostu nie będzie miejsc parkingowych!
─ Odporność miasta – „będziemy wzmacniać zdolności Warszawy do reagowania na kryzysy oraz do adaptacji do zmian demograficznych, gospodarczych czy klimatu, w tym chronić tereny pod przyszłe inwestycje ważne dla interesu publicznego.”
To ostatnie hasło jest majstersztykiem „mowy-trawy”, która się przez te dokumenty przewija. Jeśli gospodarze zauważyli, że w stolicy, tak jak w innych miejscowościach, nie ma schronów dla ludności cywilnej to powinni jak najszybciej tę lukę zacząć usuwać.
Całość dyskusji trwa. O kierunkach rozwoju decyduje w dużej mierze interes partyjny. Wychodzi też na to, że nie można zbytnio liczyć na rozsądek radnych.
Odwołuję się do przykładu Wawra, gdzie radni, ku swemu (potem) zdziwieniu zagłosowali za poważnym zwiększeniem intensywności zabudowy w tej, w większości jednorodzinnej dzielnicy. Nikt się chyba nie przyznał ani do błędu, ani do matactwa, ale gdy wszyscy poniewczasie połapali się, zaczęto całą sytuację odkręcać.
Stało się to jednak dopiero, gdy Gazeta Wawerska zamieściła kolaż przedstawiający wawerskie domki jednorodzinne przerobione na 15-piętrowe budynki.
To tylko jeden przykład, ale sądzę, że takich ukrytych pułapek może być więcej. Oby nie połapano się zbyt późno, tym bardziej, że Prezydenta Warszawy gorliwość wydaje się pożerać.
Cytowane dokumenty odwołują się też, z jakiegoś powodu, do wytycznych „Agendy miejskiej dla UE”, a także „Nowej Agendy Miejskiej ONZ”. Co – niby – UE czy ONZ ma do tego, jak planować miasta w Polsce? Widać ma, a ludzie jak Trzaskowski, zobowiązali się na forach takich jak Davos, do implementowania zrównoważonego planowania i – jak widać – to się dzieje.
Leszek Dacko





































































