No i w końcu doszło do tego, do czego dojść musiało. A przecież nie tylko poeci, ale również trzeźwi politycy przestrzegali, by nie wierzyć we własną propagandę. Propagandę – wiadomo – trzeba uprawiać, ale wierzyć w nią mają ci, dla których jest przegotowywana, to znaczy – inni – ale nie my. Podobnie poeta Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” pisał: „kto w szpony dostał się hipostaz, rzeczywistości już nie sprosta” – a hipostaza oznacza przypisywanie realnego istnienia pojęciom abstrakcyjnym. Taką hipostazą jest na przykład „lud”. Tymczasem żadnego „ludu” nie ma; są tylko ludzie. Tymczasem wielu ludzi myśli, że „lud” nie tylko istnieje, ale ma wyraźne opinie na różne tematy – tak, jak ludzie.
Ta skłonność wykorzystywana jest przez rozmaitych demagogów, którzy terroryzują ludzi, wmawiając im, że „lud” chce tego, czy tamtego. Prowodyrzy rewolucji francuskiej nawet mordowali pod tym pretekstem swoich prawdziwych, bądź urojonych przeciwników – że niby „lud” tego właśnie się domaga. Józef Stalin zresztą też – chociaż wolał powoływać się na „ludzi sowieckich” – że to oni chcą tego, czy tamtego, że to wychwalają, a tamto – potępiają – i tak dalej
Ale chodzi tu przede wszystkim o obywatela Tuska Donalda, który najwyraźniej zaczął mieć objawy. Oto w tubylczej propagandzie pojawiły się opinie, że Rosja jest już passe, jako mocarstwo, skoro nie może dać sobie radcy z Ukrainą. Takie rzeczy mogą głosić ludzie nie znający historii. Na przykład w latach 60-tych i 70-tych USA prowadziły wojnę w Wietnamie, którą przegrały. Ale nie prowadziły wojny z Wietnamem, bo z nim by sobie poradziły – tylko z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek. To była dla Ameryki bardzo ciężka wojna i nie pomogło nawet zaangażowanie w niej pół miliona amerykańskich żołnierzy. USA w końcu się z Wietnamu wycofały – ale przecież nie przestały być mocarstwem. Bo mocarstwowość oznacza, że jakieś państwo jest zdolne do ustanawiania własnych praw poza swoimi granicami. USA taką zdolność mają, podobnie, jak Chiny, czy Rosja, chociaż oczywiście mogą też ponosić porażki – ale jedna, czy druga porażka takiej zdolności nie musi wcale usuwać.
Wracając tedy do obywatela Tuska Donalda, to zaczął on zdradzać objawy wkrótce po publikacji tej opinii i rozgromieniu Rosji przez Księcia-Małżonka, który podczas swego pobytu w Kijowie zrobił minę tak straszną, że na jej widok Putin podobno struchlał, a Książę-Małżonek zaczął się przechwalać, że NATO by Rosję pokonało w trymiga. Objawy jednak polegały na tym, że obywatel Tusk ogłosił, jakoby otrzymał „raport” od samej amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej. Wcześniej szef CIA rzeczywiście był w Moskwie i prawdopodobnie pod tym pretekstem obywatel Tusk dopuścił dobie do głowy, że musiał tam spenetrować prawdę, że Rosja, jako mocarstwo jest już passe. No dobrze – ale skoro Rosja jest już passe, to jakie państwo zajęło jej miejsce? Ano – jakież by, jak nie Polska? W takiej sytuacji doszło do tego, do czego dojść musiało i obywatel Tusk wyobraził sobie, że teraz to on, jako szef tubylczego vaginetu, będzie otrzymywał z CIA raporty. Nie tylko sobie to wyobraził, ale nawet ogłosił to z trybuny sejmowej. Zrobiło to kolosalne wrażenie na jego wyznawcach, ale pojawił się też pewien rys niepokojący – że nie przedstawił on tego raportu nikomu, nawet swojemu zastępcy Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, który w jego vaginecie ma fuchę ministra obrony narodowej. Tymczasem poeta przestrzega, że „nie jest światło, by pod korcem stało”, więc pojawiły się podejrzenia, czy ten raport jest rzeczywiście, czy może go nie ma. Wreszcie przyciśnięty do ściany Wielce Czcigodny minister-koordynator od bezpieczniaków, Siemoniak Tomasz puścił farbę, że żadnego raportu nie było. Wywołało to kolejną falę spekulacji, jakie jeszcze objawy mogły wystąpić u obywatela Tuska i od kiedy. Nic pewnego na ten temat nikt nie może niestety powiedzieć, bo między obywatelem Tuskiem i jego vaginetem, a środowiskiem medycznym występują napięcia na tle reform, które najpierw z wielkim przytupem zapowiadała Wielce Czcigodna Jolanta Sobierajska-Grenda, piastująca w vaginecie obywatela Tuska fuchę ministra zdrowia. Wprawdzie teraz się z nich wycofała co najmniej na rok – powiadaj, że pod pretekstem, jakoby przekraczały one możliwości umysłu ludzkiego – ale nieufność i wynikające z niej napięcia pozostały. Inna sprawa, że z jakichś zagadkowych powodów środowisko medyczne ma poczucie siły, o czym świadczy odpowiedź pana doktora Dawida Kasprzyka na pytanie, jak się czuje po aferze w Szpitalu Południowym, od której wszystkie te zawirowania wokół systemu ochrony zdrowia się zaczęły. Pan Kasprzyk, nie wiedząc, że jest nagrywany ukrytą kamerą, oświadczył, że „ma to w d…” .
I słuszna jego racja, bo przecież muszą być jakieś ważne powody, dla których obywatel Żurek Waldemar, co to stawia „zarzuty” na prawo i lewo, co to co i rusz, za pośrednictwem niezawisłych sądów, wtrąca kogoś do aresztu wydobywczego, pana doktora Kasprzyka na razie nie ośmielił się nawet przesłuchać. Czyżby dostał od starych kiejkutów telefon: wy Żurek, wy u nas bardzo uważajcie, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa? Coś może być na rzeczy, bo właśnie Sejm wprawdzie wyraził zgodę na „zatrzymanie”, a nawet – na „tymczasowe aresztowanie” Wielce Czcigodnego posła Koalicji Obywatelskiej Wojciecha Króla – czego domagała się „prokuratura europejska” pod pretekstem „korupcji” – ale niezawisły sąd nie chciał nawet słyszeć o żadnym areszcie. Bo powiedzmy sami – kto to widział, żeby Króla wtrącać aresztu? Może gdzieś w Europie, w której zdarzały się nawet przypadki królobójstwa, panuje taka moda – ale na szczęście nie u nas. Czy niezawisłemu sądowi musiały o tym przypomnieć stare kiejkuty, czy też niezawisły sąd sam powinność swej służby zrozumiał – tak czy owak Wielce Czcigodny Wojciech Król jest wolny, wolność ubezpieczający.
Tymczasem rzeczywistość właśnie upomniała się o swoje prawa. Oto Agencja Ratingowa Moody`s, po raz pierwszy od 24 lat, a więc niemal od sławnej transformacji ustrojowej, na której wprawdzie stare kiejkuty się obłowiły – ale nie wiedząc, co z tym dalej robić, spuściły łup za grosze naszym nowym sojusznikom – obniżyła tzw. „rating” dla Polski z drugiego na trzeci stopień z powodu nadmiernego zadłużenia naszego bantustanu i rosnących kosztów jego obsługi. Wprawdzie ponury pan minister finansów Andrzej Domański zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo gospodarka „wzrasta” i jest „stabilna” – ale za Edwarda Gierka też tak było, a nawet lepiej, bo Polska była na 10, a nie – jak dzisiaj – dopiero na 20 miejscu światowej gospodarki – aż do momentu, kiedy wszystko się skawaliło i nie było innej rady, jak wprowadzić stan wojenny.
Stanisław Michalkiewicz




































































