W czwartek 24 września 2026 r. na terenie Opactwa Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu 31-letni obywatel Ukrainy Ihor M. zaatakował nożem pięć osób.

Dzień później były premier Leszek Miller opublikował na X wpis, który zestawił Jarosław z incydentem w autobusie w Bielsku-Białej i zapytał o konsekwencję publicznej moralności.

 Miller przypomniał, że gdy mężczyzna w bielskim autobusie zwyzywał ukraińskie dziewczyny, „w części komentarzy natychmiast zrobiło się od tego brunatno w całej Polsce. Jeden sprawca, a odpowiedzialność rozpisana na pół kraju i jego politycznych przeciwników”.

Tymczasem w Jarosławiu  zanim śledczy ustalili motyw, na klasztornym murze pojawił się już cień Putina. W mediach zaczęto rozważać udział rosyjskich służb. Część komentatorów z pasją twierdziła, że nie można wykluczyć, że stały za nożownikiem. Minister Siemoniak przewidywał, że Rosja wykorzysta zbrodnię do podsycania konfliktu. Wiceminister Bosacki tłumaczył zachowanie napastnika możliwą traumą po pobycie w okopach”.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Miller dodał precedens z Jedlanki, gdzie betonowe elementy na torach okazały się dziełem dwunastolatka, a nie dywersji. Puenta: „Nie wolno obwiniać wszystkich Ukraińców za czyn nożownika, tak samo jak nie wolno obwiniać wszystkich Polaków za obelgi w autobusie. Skąd więc ta różnica? Skoro w przypadku tragedii w Jarosławiu słyszymy wezwania, by nie wyciągać wniosków z narodowości sprawcy, dlaczego tej samej zasady nie stosuje się w autobusie?”.

Różnica skali jest oczywista: wyzwiska w autobusie to przestępstwo przeciwko godności, zabójstwo księdza w klasztorze — zbrodnia. Miller nie zrównuje obu zdarzeń pod względem wagi. Porównuje mechanizm reakcji.

W pierwszym przypadku pojedynczy sprawca szybko staje się pretekstem do oskarżeń o „brunatną Polskę”, rasizm społeczeństwa i winę konkretnej strony politycznej. W drugim — zanim prokuratura ustali motyw — pojawia się hipoteza rosyjskich służb, trauma wojenna i apel, by nie przenosić winy na całą narodowość.

Miller ma rację, że publiczny język po ataku na Ukraińców bywa natychmiast kolektywizujący („taka jest Polska”). Po ataku Ukraińca na Polaków — indywidualizujący i geopolityczny („to Putin / trauma / prowokacja”).

Jedlanka, którą przywołuje, też pasuje do wzorca: najpierw wielka narracja o sabotażu, potem banalne wyjaśnienie.

 Wpis Millera trafia w rzeczywistą hipokryzję debaty. Jeśli zasada brzmi „jednostka nie reprezentuje narodu”, powinna obowiązywać w obie strony — i przy wyzwiskach w autobusie, i przy nożu w klasztorze. Jeśli zaś media i politycy po każdym incydencie z Polakiem jako sprawcą mówią o „atmosferze nienawiści”, a po incydencie z Ukraińcem o „nieprzenoszeniu winy”, to nie jest to etyka, tylko zarządzanie emocjami elektoratu.