„Muszę sta­nąć na nogi — powta­rza­łem sobie — bo jak nie to dalej już nie pój­dę. Muszę dojść do siebie!”

Szli­śmy ład­ny kawa­łek. Kwa­te­ra oka­za­ła się zwy­kłą góral­ską cha­łu­pą i na dobrą spra­wę to nie była samo­dziel­na kwa­te­ra tyl­ko łóż­ko w izbie, w któ­rej ktoś jesz­cze spał.

-No a gdzie jest jakaś łazien­ka? ‑Tego to tu ni ma, ale chodź — poka­żę ci — jest coś lepszego!

To coś lep­sze­go oka­za­ło się drew­nia­ną komór­ką w kącie ogro­du. W środ­ku były dwie ław­ki, a w kącie pry­mi­tyw­ne pale­ni­sko obło­żo­ne wiel­ki­mi kamieniami.

-To tu — powie­dział mój gospodarz.

-A co to jest na miłość boską??? — czu­łem, że ner­wy mi pusz­cza­ją i albo się roz­pła­czę albo zaraz pobie­gnę na dworzec.

-Tu się dobrze wypa­rzysz i wymy­jesz. Jak chcesz teraz, to przy­nieś drze­wa i zapalimy.

Byłem tak zre­zy­gno­wa­ny, że pod­da­łem się pole­ce­niu. Przy­nio­słem parę gru­bych polan, któ­re leża­ły na zewnątrz komór­ki. Mój góral zapa­łił je przy pomo­cy jakichś kła­ków i wiąz­ki patyków.

-Chodż do kuch­ni dam ci coś zjeść.

Był chleb i mle­ko. Za jakiś czas wró­ci­li­śmy do komór­ki. Ogień buzo­wał w najlepsze.

-No — roz­bie­raj się.

Wresz­cie zro­zu­mia­łem. Gospo­da­rze lunął wodą na kamie­nie i buch­nę­ła para.


Co tu dużo mówić. Nigdy wcze­śniej nie byłem w żad­nej sau­nie ani bani, ale wte­dy w sierp­niu 1972 roku zro­zu­mia­łem na czym pole­ga dobro­dziej­stwo tego urzą­dze­nia! Nigdy w życiu nie mia­łem tak feno­me­nal­nie relak­su­ją­cej kąpieli!

Góral przy­niósł mi wody i jak się tyl­ko roze­bra­łem przy­niósł wie­cheć gałą­zek i poka­zał jak się bić.

Byłem spo­co­ny jak ruda mysz. Dosłow­nie lało się ze mnie. Nagle, zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie lunę­ło na mnie wia­dro lodo­wa­tej wody. Szok był tak strasz­ny, że chcia­łem natych­miast zwy­mio­to­wać. Ogar­nę­ła mnie nie­opa­no­wa­na wście­kłość! Rzu­ci­łem się na gospo­da­rza z pię­ścia­mi, ale w tym samym momen­cie on wylał na mnie dru­gi cebe­rek. Woda pola­ła się też na kamie­nie, para, syk ognia, kamie­ni, dym… wszyst­ko razem. Nawet nie widzia­łem ściany.

W tej samej nie­mal chwi­li poczu­łem, że ta zim­na woda spo­wo­do­wa­ła coś wspa­nia­łe­go. Ener­gia wypeł­ni­ła mnie od czub­ka gło­wy do stóp jak jakiś nukle­ar­ny wybuch. Zaczą­łem okła­dać się gałąz­ka­mi. Gospo­darz rzu­cał co jakiś czas pola­na na pale­ni­sko. Posta­wił wia­dro wody i kubek. Bra­łem kubek i pole­wa­łem się.

Potem było jesz­cze wiel­kie pra­nie w zagrza­nej przy pale­ni­sku wodzie. Góral przy­no­sił wodę, dał mi kawa­łek sza­re­go mydła i co tu mówić — sta­rał się jak mógł.

Wie­czo­rem usie­dli­śmy na przy­zbie. Byłem tyl­ko w sta­rych, góral­skich por­t­kach, któ­re dosta­łem od gospo­da­rza. Były sta­re ale czy­ste. Przy­naj­mniej tak wyglą­da­ły. Wszyst­kie moje rze­czy suszy­ły się roz­wie­szo­ne na krzakach.

Sie­dzia­łem tak nie­bo­tycz­nie odprę­żo­ny jak nigdy w życiu! Mia­łem wra­że­nie, że mógł­bym tak sie­dzieć do skoń­cze­nia świa­ta. Mój umysł śli­zgał się leni­wie, nie zatrzy­mu­jąc na niczym spe­cjal­nym. Wszyst­kie demo­ny, stre­sy i myśli o powro­cie były jakieś dale­kie, nie­istot­ne i nie war­te tego, żeby im poświę­cić cho­ciaż małą sekundę.

Czu­łem się tak nie­biań­sko czy­sty jak­bym się przed chwi­lą uro­dził i żaden brud tego świa­ta nie dotknął jesz­cze moje­go ciała.

Byłem też strasz­nie śpią­cy, ale nie chcia­łem jesz­cze iść do łóż­ka. Gospo­darz krę­cił się, robiąc coś w kuch­ni i na podwó­rzu. Wyglą­da­ło na to, że miesz­ka sam i cie­szy się moją obec­no­ścią. Wresz­cie poja­wił się z obra­ną cebu­lą, chle­bem i butel­ką wód­ki. Ale, o dzi­wo, nie wypi­li­śmy dużo. Ot — parę łyków fajan­so­wych kub­kach. Potem padłem jak pies Plu­to! Zbu­dzi­łem się następ­ne­go dnia w połu­dnie tak wypo­czę­ty i cią­gle jesz­cze czy­sty jak anioł!

Mój góral był wdow­cem. Żon­ka odumar­ła go rok wcze­śniej i od tego cza­su — co tu dużo gadać — dzia­dział. Pił. Gospo­dar­kę miał skrom­ną. Parę spła­chet­ków tu i tam poprze­dzie­la­ne, roz­bi­te tak jak to na Pod­ha­lu bywa. Inwen­tarz sta­no­wi­ło parę owiec, kury, stad­ko kaczek i co naj­waż­niej­sze — pięć kóz! Te kozy to były żywi­ciel­ki i całe gospo­dy­nie obejścia.

Mówił, że nazy­wa się Woj­tek Kor­pie­lów i na tej gospo­dar­ce żywił się jego ojciec i ojca ojciec i ojciec tego ojca i tak dalej.

Poka­zy­wał mi swój góral­ski, odświęt­ny strój.To było już następ­ne­go dnia kie­dy do póź­ne­go śnia­da­nia wypi­li­śmy sobie po pół kub­ka nie­do­pi­tej poprzed­nie­go wie­czo­ra wód­ki i zagryź­li­śmy cebu­lą. Też z poprzed­nie­go dnia.

Woj­tek otwo­rzył skrzy­nię i poka­zy­wał mi swo­je skar­by. Bie­lu­sień­ką z zie­lo­no-czer­wo­ny­mi hafta­mi cuchę, por­t­ki z czer­wo­ny­mi kist­ka­mi i prze­pięk­ny­mi parze­ni­ca­mi po bokach, śnież­no­bia­łe koszu­le spi­na­ne mosięż­ną spin­ką, onu­ce, kierp­ce, kape­lusz, dwa laj­bi­ki — coś jak kami­zel­ki, kożu­szek i sam już nie wiem co jesz­cze. Byłem zachwy­co­ny. Nie mogłem uwie­rzyć, że te wspa­nia­łe hafty na por­t­kach to jego robota.

A Woj­tek był zwy­czaj­nie skrom­ny i to nie było uda­wa­ne. Nic a nic! Swo­je skar­by poka­zy­wał mi z dumą — to praw­da — ale bez jakie­go­kol­wiek chwa­le­nia się! To było praw­dzi­we i pro­sto­li­nij­ne. Zna­łem takich ludzi w cza­sach moje­go dzie­ciń­stwa. Chło­pi nie mie­li żad­nej skłon­no­ści impo­no­wa­nia i chwa­le­nia się. O ile sobie przy­po­mi­nam to w tam­tych pro­stych, bied­nych cza­sach w ogó­le nie było jakoś miej­sca na „chwa­le­nie się”. Pew­nie, że na przy­kład w cza­sie wese­la każ­dy chciał się poka­zać, ugo­ścić, przy­stro­ić, ale to nie mia­ło nic wspól­ne­go z jakimś wywyż­sza­niem. Wszy­scy wie­dzie­li „jak kto sie­dzi” i co ma. I każ­dy orał tę swo­ja ojco­wi­znę w pocie czo­ła i ze zgię­tym karkiem.

Teraz, przy oglą­da­niu Wojt­ko­wych wspa­nia­ło­ści byłem pełen podzi­wu. Pamię­tam, że chcia­łem od razu siąść i nary­so­wać te pięk­ne parze­ni­ce. Pamię­tam to tak dobrze. Nie mia­łem oczy­wi­ście żad­ne­go apa­ra­tu foto­gra­ficz­ne­go. Nic nie mia­łem, ale chło­ną­łem ten wspa­nia­ły, kolo­ro­wy wzór idą­cy od czer­wo­ne­go pom­po­ni­ka przy kost­ce w górę, wzdłuż łyd­ki i marzy­łem żeby go nary­so­wać! Zapa­mię­ta­łem go dobrze i rze­czy­wi­ście w dwa mie­sią­ce potem — już w domu — odtwo­rzy­łem go w moim szki­cow­ni­ku ze wszyst­ki­mi szczegółami.

Muszę to wyja­śnić. Jasne, że nie mia­łem żad­nych nad­zwy­czaj­nych talen­tów! Co to to nie! Moje „malar­skie wizje” bra­ły się od mojej Mamy, któ­ra całe życie malo­wa­ła i ryso­wa­ła i zara­zi­ła mnie swo­ją pasją.

Z całą pew­no­ścią była malar­ką. I to cał­kiem dobrą. Nie wszyst­ko jej wycho­dzi­ło, ale była dobra w akwa­re­li i w szyb­kich szki­cach z życia. Robi­ła wie­le por­tre­tów, ale zawsze, ale to zawsze bra­ko­wa­ło im wykoń­cze­nia. Moja Mama nie lubi­ła wykań­czać swo­ich obra­zów. Malo­wa­ła szyb­ko, śmia­ły­mi pocią­gnię­cia­mi pędz­la, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na sta­ran­ność. Szki­co­wa­ła mięk­kim ołów­kiem albo węglem. Pró­bo­wa­ła piór­ka, ale aku­rat to nie było jej spe­cjal­no­ścią. Robi­ła też olej­ne malar­stwo szta­lu­go­we a nawet kościel­ne fre­ski, ale zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza była w szki­cach i szyb­kiej akwa­re­li. Mie­li­śmy w domu albu­my z repro­duk­cja­mi wiel­kich mistrzów i Mama mówi­ła mi o malar­stwie, mala­rzach, tech­ni­kach i innych szcze­gó­łach. To były miłe, kocha­ne chwi­le i nigdy ich nie zapomnę!

Ogrom­nie dużo nauczy­łem się od Niej.


Woj­tek Kor­pie­lów poka­zy­wał mi swo­je stro­je wol­no, z sza­cun­kiem należ­nym cze­muś pra­wie świę­te­mu, bo w tych stro­jach było wszyst­ko to czym był!

Tak, wiem, że oglą­da­nie ciu­chów to jest kobie­ca dome­na, ale wte­dy — w Szczaw­ni­cy 1972 roku — nie mia­łem takie­go odczu­cia. To był dzień, któ­ry pamię­tam do dziś.

Gdy obser­wo­wa­łem pie­czo­ło­wi­tość z jaką mój gospo­darz skła­dał te wspa­nia­ło­ści do skrzy­ni czu­łem, że to jest to czym żyje i co go trzyma.

-Nie został­byś parę dni?- zapy­tał mnie znie­nac­ka — pomógł­byś mi tro­chę koło domu… Owies jest też do zwiezienia…

-A czym go zwo­zi­cie? ‑A Józek Sob­czak ma kunia to by i pomógł…

W gło­wie mi tro­chę szu­mia­ło, bo wód­ka rano to nie zawsze jest taka dobra rzecz więc zapy­ta­łem tro­chę bez sensu:

- Sob­czak?

-No Sob­czak. Pomo­gę mu przy jęcz­mie­niu i będzie dobrze. Nie bój nic!

No to zosta­łem. Była już poło­wa sierp­nia i żni­wa szły całą parą. Góra­le ścią­ga­li zbo­ża ze swo­ich nie­wiel­kich pole­tek. Wyso­kie pół­kop­ki na polach chro­ni­ły zają­ce, myszy i nie­prze­li­czo­ne rze­sze pta­ków. Widzia­ło się sze­re­gi prze­pió­rek, któ­re cie­kły jed­na za dru­gą z pustych już pól i cho­wa­ły się w rowach, przy­mie­dzach a nawet bli­sko gospo­dar­skich obejść. Kre­ty, jeże i inny dro­biazg polny ucie­kał przed żni­wia­rza­mi i pawęż­ny­mi woza­mi, któ­re ścią­ga­ły do sto­dół co tyl­ko było moż­na przed świę­tym Bar­tło­mie­jem — to jest dwu­dzie­stym czwar­tym sierp­nia — w oba­wie przed jesien­ny­mi deszczami.

Czu­ło się jesień.

Woj­tek nie miał dużo, ale dla jed­ne­go to nawet mało wyda­je się dużo. A z dru­giej stro­ny mnie przy­da­ła się prze­rwa. Pra­co­wa­li­śmy więc razem, jedli, pili i spali.

Wie­czo­ra­mi urzą­dza­łem banię, pra­łem jesz­cze raz co już było wypra­ne a potem pili­śmy na przy­zbie to co było do wypi­cia. Dałem Wojt­ko­wi sto zło­tych, co było nawet wię­cej niż zaosz­czę­dzi­łem w cią­gu dwóch mie­się­cy, a on w zamian za to i za moją pra­cę kar­mił mnie, poił i noco­wał. To poje­nie nie było za bez­piecz­ne, bo przy któ­rymś wyj­ściu z bani i łyk­nię­ciu wód­ki z kub­ka zro­bi­ło mi się ciem­no przed ocza­mi i dosłow­nie zemdla­łem. Szyb­ko dosze­dłem do sie­bie ale od tego cza­su zaprze­sta­łem codzien­nych parówek.

Co by jed­nak nie powie­dzieć bania mia­ła swo­je ogrom­ne zale­ty. Po paru dniach wie­dzia­łem co i jak. Wie­dzia­łem, że nie wol­no prze­sa­dzać, że codzien­na bania może być odro­bi­nę za dużo, ale jed­no­cze­śnie obie­cy­wa­łem sobie solen­nie, że jeśli kie­dy­kol­wiek w życiu będę miał taką moż­li­wo­ści to zro­bię sobie saunę!

Kozy były naj­waż­niej­sze. Waż­niej­sze od owiec, żniw, kaczek i w ogó­le wszyst­kie­go. Sie­dzie­li­śmy na pro­gu cha­łu­py, pili męt­ną wód­kę i gadali.

-Koza — mówił Woj­tek- to jest żywi­ciel­ka! Bez kozy nie ma gospo­dar­ki! Mle­ko, mię­so, skó­ra, rogi jed­nym sło­wem wszyst­ko. Moja kobi­ta zawsze tak mówiła…

Ni stąd ni zowąd przy­po­mnia­ło mi się czy­ta­ne kie­dyś opo­wia­da­nie o pod­ha­lań­skiej wio­sce, o bie­dzie i jakichś ludziach, któ­rzy jedli sma­żo­ną kozi­nę. Zupeł­nie nie mogłem sobie przy­po­mnieć auto­ra. Zaczą­łem je opo­wia­dać a Woj­tek patrzył przed sie­bie nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi, ale widać było że słucha.

Nagle się odezwał:

-Chciał­byś spró­bo­wać kozy?

-Co ty?

-Mam jed­ną sta­rą co już mle­ka nie daje — już z mie­siąc jak myślę żeby ją zarżnąć…

-Two­ja koza, two­ja wola. Inna rzecz, że dobrze by było zjeść coś inne­go niż cebula.

- Dobrze — powie­dział spokojnie.

Cały czas wyda­wa­ło mi się — chy­ba przez tę cho­ler­ną wód­kę — że to jakiś sen a nie praw­da — ale ten wariat wziął na ząb, poszedł i zarżnął jed­ną z kóz i w chwi­lę potem przy­niósł w rękach gorą­cą jesz­cze wątro­bę, ner­ki i coś tam jeszcze!

Oczom nie wie­rzy­łem i myśla­łem, że to jakiś sen­ny kosz­mar, ale Woj­tek poszedł do kuch­ni, roz­pa­lił ogień i rzu­cił na bla­chę te świe­że kawał­ki mięsa.

I wyglą­dał przy tym zupeł­nie trzeźwy.

-Szko­da kozy, ale I tak musia­łem ją zarżnąć bo mle­ka już nie dawa­ła i sta­ra była… powtórzył.

I trze­ba było zro­bić miej­sce dla mło­dych — dodał.

Byłem tak wstrzą­śnię­ty, że tyl­ko kiw­ną­łem gło­wą i powiedziałem:

-Woj­tek ‑a sól to ty masz?

A Woj­tek wziął z kre­den­su papie­ro­wą tor­bę z solą i roz­sy­pał ją wprost na sto­le. Potem bra­li­śmy te przy­sma­żo­ne kawał­ki wątro­by, nerek, kro­ili­śmy nożem, macza­li w soli i jedli. Wód­ka była dobra i jesz­cze lep­sza. Cebu­la to cebu­la, ale mię­so — zwłasz­cza świe­że to coś zupeł­nie innego!

Być może powi­nie­nem powie­dzieć, że z żalem żegna­łem Pod­ha­le, Pie­ni­ny i Wojt­ka Kor­pie­lów, ale w rze­czy­wi­sto­ści tak nie było.

Po „rekon­wa­le­scyj­nym” tygo­dniu w Wojt­ko­wej cha­łu­pie byłem goto­wy do dal­szej dro­gi. Mia­łem już dosyć nocy w dusz­nej izbie. Bra­ko­wa­ło mi świe­że­go powie­trza, roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba nad gło­wą i zapa­chu ogniska.

Poza tym cała ta walą­ca się gospo­dar­ka a tak­że oso­bo­wość Wojt­ka mia­ła w sobie coś depre­syj­ne­go. Nie było się cze­mu dzi­wić. Chłop stra­cił żonę i stra­cił sens życia.